Twórca serialu „The Boys” - Eric Kripke - odniósł się ostatnio do narzekań w mediach społecznościowych na tzw. „fillery”, czyli odcinki-zapychacze, które zdaniem części widzów rozwadniają historię w finałowym sezonie. Te same zarzuty mógł przeczytać wielokrotnie również Robert Kirkman, twórca znakomitego „Niezwyciężonego” - i wielu innych autorów współczesnych produkcji. Jestem zdania, że w tym przypadku wina niekoniecznie musi leżeć po stronie twórców.

Ceniony serial „The Boys” dobiega końca - przedostatni odcinek liczącej 5 sezonów serii trafi na platformę streamingową Prime Video w przyszłą środę, natomiast finał zadebiutuje już 19 maja o 21:30 w kinach 4DX (niestety - nie w Polsce), a dzień później również w serwisie. Pomimo narzekań na poszczególne elementy cyklu, każdy kolejny sezon został ciepło przyjęty przez większość widzów i krytyków - nie licząc może serii 4., która spotkała się z agresywnym review bombingiem ze strony widzów. Przyczyną tego stanu rzeczy nie był jednak mizerny poziom odsłony - ta była udana, choć niepozbawiona wad - a dość kuriozalna sytuacja. Otóż lwia część wyborców Donalda Trumpa potrzebowała aż pięciu lat i bezpośrednich wypowiedzi twórców, by wreszcie się zorientować, że serialowa satyra uderza przede wszystkim w rządy republikanów (choć, rzecz jasna, tym drugim tez się nieraz dostało) i samego prezydenta. Nie jestem jednak zanadto zdziwiony faktem, że nawet tak prostolinijna i dosłowna szydera (która na poziomie 5. sezonu została, niestety, daleko w tyle za rzeczywistością) była nieczytelna akurat dla tej grupy widzów.
Choć najnowszy sezon nie padł ofiarą frustracji, w social mediach pojawił się nowy powód do narzekań - tym razem, na szczęście, są one bardziej merytoryczne i związane z rzeczywistym poziomem jakości produkcji. Chodzi o tak zwane „fillery”, czyli „odcinki-zapychacze”. Do krytyki odniósł się Eric Kripke, twórca produkcji.
The Boys i odcinki-zapychacze. Twórca broni serialu
Żadna z rzeczy, które dzieją się w ostatnich kilku odcinkach, nie będzie miała znaczenia, jeśli odpowiednio nie rozbudujesz postaci. Delikatnie mówiąc, widzę sporo niezadowolenia w internecie. A ja pytam: czego właściwie oczekujecie? Wielkiej sceny bitwy w każdym odcinku?
- mówił w rozmowie z TV Guide.
Tłumacząc, że nawet budżet nie pozwoliłby na ciągłe naparzanki, Kripke stwierdził, że taki kierunek byłby przede wszystkim „pusty i nudny” - sprowadzałby się jedynie do „ruchomych kształtów pozbawionych znaczenia”.
Dodał też:
Na żadnym etapie pisania nie pomyślałem: och, tak, robimy odcinki-zapychacze, więc jakie to ma znaczenie? Wszyscy byliśmy przekonani, że pokazujemy ważne szczegóły dotyczące charakterów bohaterów. Mamy około 14, może 15 postaci. I jestem im to winien - bo telewizja opiera się właśnie na bohaterach - żeby ich rozwinąć, uczłowieczyć, doprowadzić ich historie do końca.
Dwukrotnie nominowany do Primetime Emmy Awards twórca i jego scenarzyści są zdania, że udało im się dowieźć w finałowym sezonie kilka „szalonych, wielkich momentów”. „Po prostu czasami są to właśnie ogromne zmiany dotyczące rozwoju postaci” - stwierdził.
Najwyraźniej, jeśli coś nie posuwa gwałtownie całej akcji do przodu, ludzie dochodzą do wniosku, że nic się nie wydarzyło. Jestem innego zdania. Najbardziej szalone, największe zwroty właśnie się wydarzyły - po prostu nie polegały tylko na tym, że ktoś do kogoś strzelał: pew, pew, pew. Jeśli oczekujesz tylko tego, to po prostu oglądasz niewłaściwy serial.
Trudno się z nim nie zgodzić. Swego czas podobne uwagi mogliśmy przeczytać w kontekście „Niezwyciężonego”, przez większość uznawanego za jeden z najlepszych seriali superbohaterskich w historii. Jasne, w produkcji faktycznie zdarzają się zauważalne przestoje w ramach poszczególnych odcinków, warto jednak zwrócić uwagę na inny problem: pokaźne grono odbiorców czuje się usatysfakcjonowana wyłącznie wówczas, gdy na ekranie dzieją się wielkie rzeczy, ktoś ginie, a akcja pędzi na złamanie karku.
Stopniowy rozwój postaci, oparty - przykładowo - na dłuższych scenach dialogowych, to stara szkoła telewizji.
Współczesny widz ma jednak znacznie większy problem ze skupieniem swojej uwagi na danej produkcji, o ile ta nie dostarcza mu nieustannie intensywniejszych bodźców. To dlatego jednym z najpopularniejszych oskarżeń padających ze strony widowni jest „nuda” - poczucie mocno indywidualne, którego nie da się zmierzyć, z którym trudno dyskutować. Istotnie w ostatnich latach nadużywane.
Zgadzam się, że bezczelne zapychacze, które w żaden sposób nie rozwijają postaci, nie rozbudowują świata przedstawionego i nie pełnią żadnej funkcji poza wypełnieniem czasu antenowego scenariuszową papką (doskonałym tego przykładem jest „The Mandalorian”, w którym mniej więcej co drugi odcinek wszystko staje w miejscu), to spory problem. Nie twierdzę też, że w „The Boys” nigdy nie trafiły się fillerowe momenty. Coraz częściej jednak już sam brak przełomowych wydarzeń czy intensywnej naparzanki wystarcza, by zirytować scrollującego odbiorcę. Źródła tego problemu nie doszukiwałbym się jednak wyłącznie w scenarzystach.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Aktorka oskarża Camerona. Zrobił z niej Pandoriankę w Avatarze
- HBO ogłasza 2. sezon serialu Harry Potter. To już oficjalne
- Netflix usuwa duże udogodnienie. Skończyło się rumakowanie cwaniaków
- Mocna scena w nowym odcinku Euforii. Początkowo jej nie zauważyłem
- Czy będzie 3. sezon Daredevil: Odrodzenie? Rozwiewamy wątpliwości


















