Podsumowań nadszedł czas. 2025 rok był dla kina bardzo, ale to bardzo bogaty w przykuwające uwagę filmy i aktorskie kreacje. Dla kogo to był udany rok, kto zaś nie będzie go wspominać dobrze? Oto najwięksi wygrani i przegrani branży filmowej w 2025 roku.

Zawsze są dwie strony medalu - tam, gdzie dobro, tam i zło. Tam, gdzie ktoś osiąga sukces, inni się od niego oddalają. Tyczy się to również branży filmowej, która jest środowiskiem zmiennym - potrafi wywindować w górę, by zaraz zafundować upadek, albo i na odwrót. Wybraliśmy 10 nazwisk, które zapisały się w filmowej historii ostatnich 12 miesięcy zarówno z tej dobrej, jak i słabej strony. Oto najwięksi wygrani i przegrani 2025 roku
Najwięksi wygrani 2025 roku
Paul Thomas Anderson

"Jedna bitwa po drugiej" to jeden z najlepszych, a na pewno najgłośniejszy film w karierze Paula Thomasa Andersona. Najnowsze dzieło tego reżysera jest powszechnie chwalone i wymieniane jako faworyt do zgarnięcia wielu Oscarów. Ja jednak chciałbym ugryźć temat nieco od innej strony. PTA nie jest twórcą, którego filmy słyną z przesadnego spłacania się, odpowiadania na wymagania związane z box office. Inwestycja w ten film ze strony Warner Bros. była ryzykowna nie tylko na poziomie finansowym - w swojej wymowie "Jedna bitwa po drugiej" to film bardzo jawnie komentujący określoną rzeczywistość polityczną, a zatem potencjalnie narażający się obecnym amerykańskim władzom. Stworzenie przez Andersona tego typu filmu i przekonanie do wyłożenia rekordowego budżetu w wysokości 205 milionów dolarów jest absolutnym sukcesem reżysera, któremu trudno nie życzyć, by go doceniono najważniejszymi nagrodami.
Dwayne Johnson

Przez ostatnie lata Dwayne Johnson, nie bójmy się użyć tego słowa, zapychał swoją obecnością filmy, które były oparte w dużej mierze o ten sam schemat - oto The Rock wciela się w rolę osiłka, który w jakiś sposób ratuje świat. Wyglądało na to, że box office'owa pogoń zmęczyła samego Johnsona, który zwrócił się ku bardziej artystycznemu, ambitniejszemu kinu. Choć "Smashing Machine" wiele nie zarobiło, należy je traktować jako osobisty sukces Dwayne'a Johnsona. Rola Marka Kerra to nie tylko fantastyczna, skomplikowana psychologicznie i emocjonalnie kreacja aktorska. To także, a może przede wszystkim, sygnał, który aktor wysyła do świata: "nie warto mnie skreślać czy szufladkować, mam wiele do zaoferowania". Zdaje się, że zwrot Johnsona ku mniej komercyjnej części kina może być permanentny - właśnie pracuje z Darrenem Aronofskym nad "Breakthrough", a także kolejnym filmem, w którym połączy siły z Bennym Safdie.
Josh O'Connor

Nie oszukujmy się, odkąd masowa publiczność zobaczyła znakomite popisy O'Connora w "The Crown", wiadomo było, że tego gościa czeka świetlana przyszłość w aktorstwie. Na całe szczęście angielski aktor nie poprzestał na powyższej kreacji, w ubiegłym roku zachwycał w "Challengers", ale ten rok zdaje się być momentem, w którym świat przekonał się do niego na amen. Sporą rolę odegrał w tym "Żywy czy martwy: Film z serii Na noże", w którym O'Connorowi udała się rzadka sztuka - jego bohater, Jud Duplenticy, przyćmił samego Benoit Blanca. Spora w tym zasługa angielskiego aktora, który wniósł do swojej filmowej kreacji dużo autentycznych emocji - gniew na kierunek wyznaczany przez prałata Wicksa, bezsilność wobec jego władzy, a także bezgraniczna wiara w ludzką dobroć. Świetnie zagrał też w "History of Sound" wraz z Paulem Mescalem, a na horyzoncie mamy "Dzień objawienia", w którym zagra u Spielberga.
Bill Skarsgard

Z takim nazwiskiem trudno o brak talentu. Od dawna wiemy, że Bill Skarsgard ma go w nadmiarze - przekonaliśmy się o tym zwłaszcza kilka lat temu, gdy wykreował swoją własną interpretację demonicznego klauna, Pennywise'a, znanego z filmów "To". Kończący się rok to dla niego żyła złota, której początkiem była tytułowa rola w "Nosferatu" Roberta Eggersa (w polskich kinach film wyszedł w 2025 roku). Szwedzki aktor dokonał wówczas niezwykłej, powalającej przemiany wizualnej i głosowej i autentycznie przerażał jako Orlok (Akademia skrzywdziła go brakiem nominacji za drugoplanową rolę). To był jednak początek - Skarsgard dał bardzo energiczny występ w kameralnym "Uwięzionym", zachwycił u Gusa van Santa w szalonym "Desperacie", pokazując, że nie tylko w kinie grozy potrafi serwować znakomite aktorstwo. Rok zamknął jednak epickim powrotem do roli Pennywise'a - w serialu "Witajcie w Derry" pozwolił sobie na jeszcze większe i bardziej przerażające szarże.
Amy Madigan

Jestem pewien, że spora część współczesnej widowni nie miała zielonego pojęcia kto to jest, dopóki nie obejrzała "Zniknięć" Zacha Creggera. To błąd - aktorka nie tylko jest na ekranie od dawna, ale ma również swoje sukcesy - wiele lat temu zdobyła Złoty Glob za rolę w serialu "Bez wyroku", wystąpiła również w "Pollocku" czy "Polu marzeń" z Costnerem. Na dobre zapisała się w zbiorowej pamięci dzięki tegorocznej, kapitalnej kreacji w "Zniknięciach" - pod reżyserskim okiem Creggera wcieliła się w przerażającą ciotkę Gladys, która pojawia się nieco później w fabule, ale odgrywa w niej istotną rolę. Madigan zagrała ją z niesamowitą charyzmą i skutecznie wywoływała ciarki. Niedługo później zaczęto mówić o konieczności uwzględnienia aktorki w walce o Oscary. Choć początkowo wielu było sceptycznych (nie bez przyczyny, Akademia raczej nie patrzy przychylnie na horrory), to Madigan w ostatnich tygodniach dostała już parę nagród za swoją kreację i rzeczywiście ma szansę na status oscarowego gamechangera.
Najwięksi przegrani 2025 roku
Sydney Sweeney

Amerykańska aktorka znajdowała się na językach w tym roku nie raz, nie dwa i nie trzy. Szeroko komentowana była słynna dżinsowa kampania oraz poglądy aktorki, ale bądźmy szczerzy - 2025 rok także pod kątem aktorskim nie jest etapem, który Sydney Sweeney może uznać za udany. "Eden" z jej udziałem niespecjalnie podbił czyjekolwiek serca, szału nie było również w przypadku "Kresów szczerości". Jej najważniejszym tegorocznym projektem była "Christy", biopic słynnej amerykańskiej bokserki. O ile rola Sweeney się wybroniła, o tyle sam film poniósł klęskę w box office (podobny los podzieliła też "Americana" z jej udziałem), ale też na poziomie jakości mocno rozczarował. Sweeney była jedną z producentek, więc odpowiedzialność pozaaktorska spada również na nią. Nowy rok rozpocznie kreacją w "Pomocy domowej" - zobaczymy wówczas, czy Sweeney wróci na dobre tory.
Ryan Murphy

Pojawił się trochę rzutem na taśmę, ale z własnej winy. "Glee", "American Horror Story", "Dahmer" - te i inne tytuły składają się na bardzo bogatą twórczość Ryana Murphy'ego, można powiedzieć: człowieka-instytucji, który ma na koncie filmy, ale również (a może przede wszystkim) seriale. Niestety, jeśli chodzi o 2025 rok, Murphy zaliczył chyba jeden z najbardziej dramatycznych zjazdów jakościowych. Już po zeszłorocznym serialu o braciach Menendez pojawiały się wątpliwości co do formy tego twórcy, ale w "Historii Eda Geina" Murphy przekroczył granice fetyszyzacji głównego bohatera (a szkoda, bo Charlie Hunnam zagrał go wspaniale), co znacząco osłabiło odbiór produkcji. Jakby tego było mało, dostarczył nam również kiczowate i koszmarnie zagrane "Wszystko dozwolone" - serial o bogatych prawniczkach specjalizujących się w rozwodach. Może w końcu wróci na dobre tory.
Jared Leto

Umówmy się - choć Jared Leto jest postacią niewątpliwie popularną, to opieranie na nim filmu już od bardzo dawna nie jest wyznacznikiem jakości. Prawdę powiedziawszy, ostatnia rola tego aktora, o jakiej z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że była znakomita, miała miejsce w 2013 roku, kiedy zagrał w "Witaj w klubie" i zgarnął za to Oscara. Później miewał więcej upadków niż wzlotów, a w 2025 roku z dość niejasnych przyczyn postanowiono, że to na barkach Leto spocznie nowa odsłona serii "Tron". O ile na poziomie technicznym "Tron: Ares" wypadł zachwycająco, a nawet sam aktor starał się dobrze wypaść, o tyle sam film jakościowo i finansowo zawiódł, co okazało się gwoździem do trumny całej serii. Wygląda więc na to, że Leto naprawdę stał się "odwróconym Midasem" branży filmowej.
The Weeknd

Żeby było jasne: nikt nie kwestionuje muzycznego geniuszu The Weeknda. To jeden z najważniejszych współczesnych twórców, autor wielu hitów, innymi słowy: postać, bez której ostatnie lata w muzyce nie byłyby takie same. Ambicje Abla Tesfaye sięgały jednak wyżej - postanowił porwać się na aktorstwo. W ubiegłym roku został - zasłużenie - masowo zjechany za fatalną na wielu poziomach rolę we współtworzonym przez siebie serialu "Idol". W tym roku ponownie podjął próbę walki o docenienie przez branżę filmową, gdy zadebiutował na wielkim ekranie w quasi-autobiograficznym "Hurry Up Tomorrow". Co się okazało? Że w życiu jednak nie są pewne tylko śmierć i podatki, ale również to, że The Weeknd, niezależnie jak bardzo by chciał, jest tragicznym i po prostu drewnianym do bólu aktorem. Nawet Harry'emu Stylesowi udało się zagrać dobrze, więc może jest jeszcze skrawek nadziei dla The Weeknda? Wątpię.
Friz i Wersow

Ktoś powie: hej, jak to przegrani? Przyciągnęli sporo widzów do kina, zainkasowali niemałe pieniądze. Pod tym kątem rzeczywiście można traktować ich film, "Friz & Wersow. Miłość w czasach online", jak sukces. Kino to jednak nie tylko kapitalistyczne spojrzenie, monetyzujące wszystko co popadnie. To także jakaś forma sztuki, dzielenia się autentycznymi emocjami, pokazywania bohaterów w nieoczywisty lub interesujący sposób. Tego w dokumencie poświęconym power couple polskiego internetu nie ma - ich film to ziejący sztucznością i pozbawiony jakiejkolwiek przenikliwości vlog, który z chciwości głównych bohaterów trafił na wielkie ekrany oraz potwierdził, że influencerzy powinni trzymać się z daleka od kina, bo po prostu nie mają mu nic ciekawego do zaoferowania.
Czytaj więcej:
- Odyseja pod ostrzałem. Widzowie śmieją się z kostiumów
- Widziałem fragment Odysei. Wbiła mnie w fotel
- Thor powróci w Avengers: Doomsday. Marvelowi znów wyciekł zwiastun
- Netflix dodaje ten film, żeby nas dobić. Szybko się nie pozbieramy
- To była najlepsza postać Avatara 3. Została koszmarnie zmarnowana






































