Gdzie kończy się troska, a zaczyna opresja? Helena Ganjalyan i Bartosz Szpak o filmie Glorious Summer
Światowa premiera na SXSW, Szafirowe Lwy w Gdyni, świetne przyjęcie na festiwalach w Polsce i za granicą. O kulisach filmu "Glorious Summer", który trafił właśnie do kin, rozmawiamy z reżyserami Heleną Ganjalyan i Bartoszem Szpakiem.

Sukces „Glorious Summer” na festiwalach: Od Gdyni po SXSW
Film "Glorious Summer" pokazywany był z powodzeniem na wielu festiwalach zarówno w Polsce jak i za granicą. W ubiegłym roku odebraliście za niego nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jak z perspektywy czasu oceniacie odbiór Waszego filmu?
Helena Ganjalyan, Bartosz Szpak: Dla nas od początku ważne było, by ten film miał w sobie bardzo dużo przestrzeni na dialog z odbiorcą - by móc go odczuwać i interpretować na wielu poziomach. Te momenty, kiedy trafia on na „swojego widza” - takiego, któremu bliskie jest takie opowiadanie, są dla nas bardzo wzmacniające. Na pewno ogromną satysfakcję przynosi nam też fakt, że tak kameralna opowieść miała szansę się przebić na tylu festiwalach międzynarodowych. To, że film w języku polskim okazał się czytelny i poruszający w tak różnych kontekstach kulturowych ośmiela nas do tego, by w dalszej drodze również szukać historii, które mogą rezonować szerzej. Utwierdza nas to w poczuciu, że chcemy i możemy robić kino uniwersalne - wykraczające poza polski kontekst. A lokalnie - nagroda na festiwalu w Gdyni, czy ta otrzymana na Nowych Horyzontach były dla nas sygnałem, że jest miejsce na kino autorskie, które nie podaje gotowych odpowiedzi, jest poszukujące formalnie. Może nie jest to najprostsza droga, ale możliwa.
"Glorious Summer" to opowieść o utopijnym systemie i przestrzeni dających pozorne szczęście. Skąd wzięliście pomysł na tematykę filmu?
H.G., B.Sz.: Pomysł wyrasta z kilku źródeł. Punktem wyjścia był spektakl teatralny, bardzo luźno inspirowany „Ryszardem III” Szekspira, w którym interesowało nas to jak język może stać się narzędziem kontroli i manipulacji, jak bardzo może ograniczać świat, który poznajemy. Skupialiśmy się tam na postaciach kobiecych, które u Szekspira często są spychane na drugi plan. Później, gdy zaczęliśmy pracę nad scenariuszem filmowym, temat ewoluował w stronę współczesności — kultury wellness, mindfulness, potrzeby bezpieczeństwa i komfortu. Zastanawialiśmy się, gdzie przebiega granica między troską a opresją, między ochroną a zniewoleniem. Interesowało nas, jak łatwo nawet z założenia pozytywne narzędzia mogą — doprowadzone do skrajności — stać się mechanizmem zniewolenia.

Swój film zrealizowaliście na taśmie filmowej. Skąd taki pomysł? Jak to wpłynęło na Wasz film?
H.G., B.Sz.: Decyzja o zrealizowaniu tego filmu na taśmie była z nami w zasadzie od początku. Czuliśmy, że to medium idealnie odda nastrój, który chcemy przekazać widzom. Zależało nam na stworzeniu świata „poza czasem” — takiego, który nie daje się jednoznacznie przypisać do konkretnej epoki. Taśma 16 mm dała nam miękkość obrazu, sensualność i specyficzną teksturę, która idealnie współgrała z opowiadaną historią. Wpłynęła też na sam tryb pracy: wymusiła precyzję, skupienie i bardzo dobre przygotowanie - każdy dubel miał znaczenie.
Jak wyglądał dobór obsady do filmu?
H.G., B.Sz.: Część obsady (trzy główne bohaterki) była z nami już od etapu spektaklu teatralnego. To dało nam ogromny komfort przy pisaniu scenariusza - znaliśmy ich środki wyrazu i warunki fizyczne. Mieliśmy mocno rozpoznane relacje między postaciami, a w procesie prób udało się wytworzyć rodzaj chemii i obecności przed kamerą, o który nam chodziło. Ten film jest grany bardzo subtelnie, często na bliskich planach, gdzie liczy się każdy niuans, więc świadomość ciała i rodzaj pewnej „surowości” aktorskiej były dla nas kluczowe.
Jedyną rolą obsadzaną w drodze otwartego castingu była postać Nowej. Szukaliśmy kogoś, kto wniesie poczucie „obcości”, a jednocześnie naturalnie wpisze się w bardzo specyficzną dynamikę grupy. Zadawaliśmy sobie też przy tej roli pytanie „jaką twarz miałby „system”?” - bo w zasadzie tym jest Nowa. Za pomocą jakich środków próbowałby manipulować naszymi bohaterkami? Weronika Humaj od początku złapała odpowiedni ton i w bardzo nieoczywisty sposób „uwiodła” postać graną przez Danielę.
Jakie było dla was największe wyzwanie jako reżyserów? Co okazało się najtrudniejsze przy pracy nad tym filmem?
H.G., B.Sz.: Największym wyzwaniem był czas. Film zrealizowaliśmy w czternaście dni zdjęciowych, co przy tak precyzyjnej pracy kamery i realizacji na taśmie było ogromnym logistycznym wyzwaniem. Do tego dochodził czynnik pogodowy — kręciliśmy w lipcu, zależało nam na iluzji nieustannego słońca, a co chwilę przechodziły burze, także musieliśmy w kółko manewrować planem pracy.
Z punktu twórczego najtrudniejsze było balansowanie między oszczędnością narracyjną a zrozumiałością filmu. Wielokrotnie zadawaliśmy sobie pytanie, ile informacji zostawić widzowi, a ile świadomie przemilczeć.
Jakiego typu filmy i o jakiej tematyce chcielibyście realizować jako kolejne?
H.G., B.Sz.: Nie chcemy zamykać się w jednym gatunku ani powtarzać tej samej formy. Dla nas to temat zawsze definiuje język filmu i za tym chcemy iść, próbując różnych konwencji. Natomiast mamy też poczucie, że ci twórcy, którzy nas najbardziej inspirują, zawsze są jednak na tyle wyraziści, że ich głos i tak przebija się przez daną formę. W takim kierunku chcemy zmierzać.
Po "Glorious Summer"pracujemy nad projektem bardzo odmiennym formalnie — dużo szybszym, bardziej dialogowym. Natomiast niezależnie od tematu na pewno zależy nam na traktowaniu widzów jak partnerów.







































