Ten film jest wycieńczający. "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" męczy, gniecie i zapiera dech. Gna do przodu, nie zwalniając ani na chwilę, żeby nauczyć widzów empatii do matek, dla których świat nie zna litości.

Gdy kobieta zachodzi w ciążę, jej ciało przestaje należeć do niej. Przestaje być ważna, bo bardziej liczy się dziecko. Staje się nośnikiem nowego życia. Naczyniem. Inkubatorem. Nie piszę tego z doświadczenia. Przemawiam językiem filmu, który uprzedmiotawia kobiety w ciąży bardziej niż Kaja Godek. Od "Dziecka Rosemary" przez "Najście" po "Opowieść podręcznej" - kino i telewizja odmawiają kobietom w ciąży podmiotowości. Odzierają je z godności i jednostkowości, a potem jeszcze z tożsamości. Bo przecież piekło kobiet nie kończy się wraz z urodzeniem. Wtedy dopiero zaczyna się koszmar.
Mainstreamowe kino w służbie konserwatywnych wartości lubi pokazywać, jak matki przechodzą chwilowe kryzysy, żeby w końcu zaakceptować swoją rolę, odnajdując spełnienie w wychowaniu dziecka. Filmy uczą dzięki temu "Jak urodzić i nie zwariować", jakby macierzyństwo było jedyną słuszną drogą. Inaczej będzie postrzegana jako potwór niczym w "Córce". Społeczeństwo wymaga, aby kobieta w pełni oddała się wychowaniu dziecka, a X muza lubi przychylać się do takiego spojrzenia. Na szczęście coraz częściej pojawia się w niej też bunt. Wyraz sprzeciwu wobec ciągłego uprzedmiotawiania matek.
Kopnęłabym cię, gdybym mogła - recenzja filmu
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" przedłuża linię filmów pokroju "The Babadook", "Tully" czy "Mother!", które skupiają się na macierzyńskim koszmarze. Eksplorują bowiem psychologiczną i społeczną presję macierzyństwa, utratę autonomii oraz ambiwalencję emocji wobec dzieci. Nie klepie matek po ramieniu, twierdząc, że jest źle, ale będzie lepiej. Wprost mówi, że będzie coraz gorzej. Główna bohaterka przechodzi kryzys za kryzysem. Scenarzystka i reżyserka Mary Bronstein wprawia w ruch spiralę problemów, gdy tylko sufit w mieszkaniu Lindy się załamuje. Musi się ona przenieść do motelu i użerać ze znikającym robotnikiem. Nieobecny mąż ciągle dzwoni, żeby przypomnieć, że ma się opiekować dzieckiem. Pielęgniarka każe tuczyć córkę, która nie chce jeść. Nowy sąsiad za nią chodzi. A ta upierdliwa ekspedientka nie chce jej sprzedać wina, gdy w nocy ma wreszcie czas dla siebie. Prowadzi to do niekończącego, a wręcz nasilającego się ataku paniki.
Bronstein nie daje swojej bohaterce ani chwili wytchnienia. Linda jest w ciągłym biegu i niedoczasie. Jakby cały świat sprzysiągł się przeciwko niej. Toczy nieustanne boje z parkingowym, który nie pozwala jej nawet porozmawiać przez telefon we własnym samochodzie. Chomik się na nią wydziera. Musi tłumaczyć pacjentce, że nie może nachodzić swojej terapeutki nocą. Funkcjonuje w chaosie. Ciągłym nadmiarze. Przebodźcowaniu. Szumie. Nie może rozwiązać jednego problemu, żeby zająć się następnym. Musi mierzyć się ze wszystkimi naraz, co prowadzi do wycieńczenia.
Reżyserka filtruje narrację przez rozpadającą się psychikę głównej bohaterki. Pozwala nam spojrzeć na świat przedstawiony jej oczami. Kolejnymi bodźcami atakuje ją i nas przy okazji. Muzyki dużo w "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" nie ma, a i tak tęsknimy za ciszą, bo kolejne dźwięki nakładają się na siebie. Szum, rozmowy zza ściany, odgłosy domu, dzwonek telefonu, krzyk córki - to natarczywy, powtarzający się hałas codzienności. To on daje klaustrofobiczne poczucie zamknięcia, jest agresywny, męczący, trzyma nas w ciągłym napięciu. Nie daje chwili wytchnienia, odwzorowując stan ducha Lindy.
Bronstein stawia ją w centrum swoich zainteresowań. To nie jest film o relacji dwustronnej. Ona "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" nie interesuje. Produkcja woli skupiać się na samotności w wychowywaniu dziecka przez matkę. Dlatego kamera Christophera Messina nie pozwala nam nawet dostrzec twarzy córki, która przestaje być jedną konkretną osobą. Zmienia się w uniwersalną figurę - ciężar, obowiązek, bezimienne centrum życia matki. Linda projektuje na nią wszystkie swe traumy, obawy, lęki, pragnąc tylko wyciągnąć rurkę z jej brzucha, niczym w symbolicznym geście odcięcia pępowiny. Jakby chciała się od niej odciąć, bo nie daje już rady. Niknie w naszych oczach, rozsypując się coraz bardziej.
Kamera zatraca się w twarzy Lindy. Nawet nie tyle nadaje to filmowi intymności, co zamyka nas w jej prywatnym piekle, z którego nie ma ucieczki. Wcielająca się w główną rolę Rose Byrne brawurowo nas do niego wprowadza. Jest bezkompromisowa, ciągle napięta. W nieustannej irytacji zaciska szczękę. Wykonuje nerwowe ruchy, współgrające z rozczochranymi włosami i podkrążonymi oczami. Zapisuje zmęczenie tak w swojej mimice, jak i postawie. Nie mamy do czynienia z matką w kryzysie, tylko kobietą mającą już kompletnie dość. Niepotrafi utrzymać frustracji na wodzy, przez co zdarzają się wybuchy, w których aktorka szaleje - wylewa całą złość na nawarstwiające się absurdy.
Bo "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" lubi przesadę.
Działa na najwyższych obrotach, zahaczając o groteskę. Przez to przerysowanie, pomieszane z surrealistycznym zacięciem, przypomina "Głowę do wycierania" Davida Lyncha. Tylko zamiast opowiadać o strachu przed rodzicielstwem z perspektywy ojca, robi to z perspektywy matki. Rodzicielski horror podaje przy tym znacznie luźniej. Film przyjmuje formę czarnej komedii, w której chomik błyskawicznie spełnia swoje zadanie, ucząc dziecko czym jest śmierć. Produkcja balansuje przez to między absurdem a tragedią.
Choć "Kopnęłabym cię, gdybym mogła" jest głośne, szybkie i dynamiczne, pozostaje jednocześnie bardzo ciepłe, empatyczne, wręcz współczujące. Perfekcyjnie pozwala wczuć się w rolę pozostawionego samego sobie rodzica, któremu wszystko wali się na głowę. Dlatego po seansie aż chce się przytulić matkę. I ją przeprosić.
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" już w kinach.
Więcej o filmach poczytasz na Spider's Web:
- Tytuł filmu: Kopnęłabym cię, gdybym mogła
- Rok produkcji: 2025
- Czas trwania: 103 minuty
- Reżyserka: Mary Bronstein
- Aktorzy: Rose Byrne, A$AP Rocky, Conan O'Brien
- Nasza ocena: 8/10
- Ocena IMDB: 6,6/10







































