REKLAMA

HBO Max zachwyciło mnie nowym serialem, który na pewno przeoczyliście

Gatunek jidaigeki - czyli japońskie dramaty historyczne - ma się ostatnio świetnie. Jasne, od dekad cieszy się renomą - na jego gruncie wyrosło przecież wiele ponadczasowych, wpływowych dzieł, pereł kina, telewizji i literatury. Wydaje się jednak, że w ostatnich latach przechodzi spektakularny renesans na arenie międzynarodowej. „Song of samurai” to kolejny znakomity (no, przynajmniej póki co) reprezentant nurtu - po „Shogunie”, „Niebieskookim samuraju” czy „Bitwie samurajów”. A zarazem kolejna po „One Piece”, „Yu Yu Hakusho” czy „Alice in Borderland” udana live action adaptacja mangi.

song of the samurai hbo max
REKLAMA

Nowy serial bazuje na mandze „Chiruran: Shinsengumi Requiem” autorstwa Shinya Umemura, znanego również z „Record of Ragnarök”. Tytuł ukazywał się się przez 13 lat i sprzedał się w ponad trzech milionach egzemplarzy. Fabularyzuje on schyłkowy okres Edo, ukazując wydarzenia z perspektywy Shinsengumi - elitarnej formacji wojowników odpowiedzialnych za ochronę urzędników siogunatu w czasach gwałtownych niepokojów społecznych i politycznych.

W prologu scenarzysta Masaaki Sakai i reżyser Kazutaka Watanabe przedstawiają upadek ostatniego siogunatu - tzw. siogunatu Tokugawy (1603-1867, to właśnie okres Edo, w którym klasa wojowników władała krajem w oparciu o feudalizm, przez długi czas niezagrożona), dynastii zapoczątkowanej przez Tokugawę Ieyasu, historyczną inspirację dla Lorda Toranagi granego przez Hiroyuki Sanada w serialu „Shōgun”. I robi to z imponującym rozmachem i dużą dawką emocji.

REKLAMA

Song of the samuraj - opinia o nowym serialu dostępnym w HBO Max

Rok 1912. Wiekowy Nagakura Shinpachi (w tej roli Akira Emoto), dawny kapitan Shinsengumi, opowiada historię formacji młodej kobiecie, Ichikawie Makoto (Meru Nukumi), pragnącej poznać prawdę o niemal legendarnym zastępcy dowódcy. Wtem akcja cofa się do roku 1859, gdy feudalna władza siogunatu była już w trakcie rozkładu. Kraj rozdzierają starcia pomiędzy zwolennikami otwarcia się na świat a obrońcami izolacjonistycznej polityki obowiązującej od początku XVII w.

Obserwujemy, jak do dōjō Shieikan w Edo przybywa porywczy, ambitny wojownik Hijikata Toshizō (podobnie jak większość - jest to postać historyczna, a portretuje ją Yuki Yamada), który rzuca wyzwanie uczniom szkoły prowadzonej przez Kondō Isamiego - niezwykle utalentowanego szermierza i człowieka o wielkim sercu. Toshizō również jest bardzo utalentowany, ale lekkomyślny i impulsywny. Dopiero pod okiem mistrza (który, rzecz jasna, bez trudu wygrywa pojedynek) zacznie rozumieć, że prawdziwe bushidō to nie tylko technika walki, lecz także (a może i przede wszystkim) dyscyplina ducha. Razem z nowymi towarzyszami wkroczy na ścieżkę, która uczyni ich legendami japońskiej historii.

Już sam początek pochłania bez reszty. Z jednej strony dostarcza spektakularnych scen walk i rozmachu godnego historycznej produkcji, z drugiej - niesie w sobie melancholię opowieści o schyłku pewnej epoki. Muszę podkreślić: serial stawia bardziej właśnie na sceny akcji niż na polityczne intrygi (choć historyczne tło ma kluczowe znaczenie dla rozwoju fabuły). To tytuł napędzany niemal nieustanną akcją - zrealizowaną, na szczęście, na najwyższym poziomie.

Choreografie starć są obłędnie imponujące.

Warto dodać, że kolejne potyczki nie służą wyłącznie widowiskowości - każda walka rozwija postacie i buduje relacje między nimi. Zaskakuje realistyczna warstwa wizualna. W przeciwieństwie do wielu aktorskich adaptacji anime i mang, mamy tu do czynienia z brudnym autentyzmem. Jednocześnie produkcja nie odcina się od swojego rodowodu: Toshizō to klasyczny, porywczy bohater, kierowany ambicją i determinacją. Towarzyszą mu postacie przypominające dobrze znane archetypy (choć, rzecz jasna, pogłębiane): milczący twardziel, inteligent w okularach, te sprawy. Przy tym wszystkim serial przypomina, że można zachować nerw i charakterystyczny mangowy ton, nie rezygnując z wiarygodności i powagi.

Wspomniałem o choreografii - a ta jest wręcz hipnotyzująca. Serial łączy klasyczne chambara (teatralny, niemal taneczny sposób inscenizacji) z dynamiką nowoczesnego kina akcji. Efektem jest fascynująca hybryda - widowiskowa i technicznie złożona, a jednak nawiązująca do tradycji japońskiego samurajskiego kina. Coś pięknego, tym bardziej na takich tłach - szerokie kadry podkreślają malarskość krajobrazu i potężną skalę scenografii. Piękna rzecz.

Piękne jest też to, że twórcy nie sprowadzają Shinsengumi do pomnikowych legend - pokazują ich jako ludzi pełnych pasji, gniewu i wątpliwości. Poza tym umiejętnie podejmują dobrze znane motywy: honor, hańbę, lojalność, potrzebę zdobywania szacunku, trudności związane z awansem społecznym. Wydaje się, że kluczową rolę odegra tu też wątek dojrzewania - to, w jaki sposób doświadczenia kształtują człowieka, którym człowiek (w tym wypadku - Toshizō) chce się stać.

„Song of samurai” to produkcja brutalna, niebywale atrakcyjna audiowizualnie i zaskakująco poruszająca. Jeśli kolejne odcinki utrzymają ten poziom, całość może okazać się jednym z najlepszych seriali historycznych od lat (i na pewno trafią do mojej osobistej tegorocznej topki). Na kolejne epizody będę czekał z niecierpliwością. 

Serial obejrzysz TUTAJ:
REKLAMA

Czytaj więcej w Spider's Web:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-11T18:02:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-11T15:09:59+02:00
Aktualizacja: 2026-05-11T15:06:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-11T12:33:58+02:00
Aktualizacja: 2026-05-10T16:24:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-10T15:31:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-10T14:36:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-10T12:42:36+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA