Timothée Chalamet to supergwiazda, której obecność w obsadzie zamienia każdy projekt w niecierpliwie wyczekiwany, filmowy gorący kąsek. Machina promocyjna bardzo pompowała "Wielkiego Marty'ego", sam aktor zrobił wiele, by wszyscy usłyszeli o tym tytule. Usłyszałem, zobaczyłem, a po seansie ręce same złożyły się do oklasków. To absolutnie niesamowite kino.

Moja relacja z dokonaniami aktorskimi Timothée Chalameta nie była usłana różami. Nie od początku umiałem się do niego przekonać, ale na całe szczęście przejrzałem na oczy. Od kilku lat Timmy skutecznie zrywa z mianem "złotego chłopca", stając się "złotym facetem" - postacią, dla której przychodzi się do kina. Artystą, dla którego nie ma gatunku filmowego przewyższającego możliwości. "Wielki Marty" nie jest jednak tytułem wyłącznie wartym uwagi ze względu na aktora. Mamy bowiem do czynienia z samodzielnym debiutem reżyserskim Josha Safdiego, któremu dodatkowo doszło wyzwanie stanięcia w szranki z bratem Bennym, autorem "Smashing Machine". Oba filmy są od siebie zupełnie różne, ale gdyby musieć porównywać, ping-pongista pokonał wojownika z ringu.
Wielki Marty - recenzja filmu. Z rakietką przez życie
Marty Mauser (Timothée Chalamet) na co dzień pracuje jako sprzedawca butów. Prowadzi jednak drugie, zdecydowanie ważniejsze dla niego życie - wymiata w tenisa stołowego i reprezentuje swój kraj w zawodach. Jest bardzo bliski dotarcia na szczyt - bierze udział w mistrzostwach świata w ping-ponga. Idzie zdecydowanie przez większość etapów, zwycięża i zwycięża. Jest przy tym niezwykle pewny siebie, można go nazwać wręcz ucieleśnieniem sportowego ducha walki. W finale przegrywa jednak z rywalem z Japonii, Koto Endo. Rozgoryczony i wściekły nie poddaje się. Za cenę w postaci kolejnej możliwości wywalczenia sukcesu zawrze sojusze i znajomości z ludźmi, z którymi nie powinien i zrobi rzeczy, których nie powinien.
Choć dzieła Josha i Benny'ego Safdiech są od siebie znacząco różne, pierwsze solowe tytuły obu tych twórców po rozpadzie ich duetu, łączy coś więcej niż nazwisko. I jeden, i drugi, wziął na swój, autorski warsztat tematykę sportową, która zdecydowanie stoi takimi tematami jak ambicje, waleczność, pogoń za marzeniami czy podjęcie dyskusyjnych decyzji, dzięki którym będzie można je realizować. Obaj wycisnęli z tych schematów znacznie więcej, ale większe, pozytywne filmowe szaleństwo i brawura, emanują zdecydowanie z "Wielkiego Marty'ego". Nie będzie zaskoczeniem, gdy powiem, że to nie jest film o ping-pongu. To wielkie dzieło o człowieku, którego nikt nigdy nie powstrzymał w poczuciu, że wielkość jest mu pisana.
Marty zdecydowanie nie jest bohaterem, w którym można się zakochać, dużo łatwiej go nienawidzić. Ma osobowość nawijającego makaron na uszy kanciarza, który zawsze mówi, że odda pieniądze, ale nigdy - kiedy. Obiecuje złotą górę, choć na razie nie udało mu się wdrapać na jej połowę. Paulo Sousę, trenera piłkarskiej kadry, Polska nazywała siwym bajerantem - Mauser zaś to amerykański, kruczoczarny bajerant, który wie do kogo i jak zagadać, byle tylko zbliżyć się do osiągnięcia celu. Jak to w tego typu historiach bywa, napędzany swoim wielkim ego, podejmie brzemienne w skutkach decyzje, które zamiast pozwolić mu spokojnie przygotować się do sportowych zmagań, wpędzą go w poważne, intensywne kłopoty.

"Wielki Marty" to jest właśnie ten typ kina - rozedrgane, energetyczne, niedające wytchnienia i sprawiające, że widz będzie siedział 2,5 godziny na krawędzi fotela, a ręce będą mu się pocić z poczucia ciągłego napięcia i wkręcenia w historię. Josh Safdie jednak kontroluje ten chaos z niesamowitą precyzją - niezależnie od liczby interakcji z innymi postaciami, nigdy nie traci z oczu Marty'ego, a tym bardziej nie narzuca widzowi, co ma o nim myśleć. Tu nie ma źle napisanej postaci, czy wątku - zwłaszcza drugi plan objawiający się w wiernie stojącej przy Martym Rachel, starym biznesmenie nazwiskiem Rockwell, czy przebrzmiałej gwieździe Kay Stone - każde z nich jest tu po coś i na swój sposób wnosi dodatkową perspektywę do tej historii.
Choć Safdie zdecydowanie nie robi z "Wielkiego Marty'ego" politycznego manifestu, osadza tytułowego bohatera w rzeczywistości, w której trudno na ten temat nie rozmawiać. Za pomocą Mausera bezceremonialnie rozprawia się z amerykańskim kultem indywidualizmu, który wmawia jednostce, że jeśli będzie się mierzyć wysoko i dążyć do ideału, to wszystko się uda, a dostatek sam przyjdzie. Marty niewątpliwie jest perfekcjonistą, ale w przełożeniu tego na realny sukces blokuje go brak pieniędzy. Film nie namawia widza do współczucia, a raczej przeprowadza przez coraz większe życiowe komplikacje i ukazuje cenę, jaką mniej lub bardziej świadomie płaci, za swój, przepełniony pychą, sprint do chwały. Safdie nie zapomina też o tym, by podglądać stopniowy wzrost znaczenia mocno niedocenianego i niedostrzeganego tenisa stołowego - a wraz z nim wzrost zainteresowania ze strony ludzi mających władzę, zwłaszcza finansową.
Timothée Chalamet od lat walczy o najważniejsze branżowe nagrody. Ma podstawy do tego, by stawać w szranki z innymi wielkimi, a już na pewno do tego, by tytułować się jednym z najlepszych. To aktor, który nie wstydzi się swojej pracy i tego, że wkłada wiele i w nią, i w to, by wszyscy o niej wiedzieli. Może dlatego jest tak kosmicznie dobry jako Marty Mauser. Timmy jest w roli nie na 100, nie na 200, a na przynajmniej 300 procent - jakby jutra miało nie być. Jego bohater to butny, arogancki gówniarz, dzieciak mający ambicję do przeskoczenia wszystkich przeszkód. Cwaniak, który równie prędko, co odbija piłeczkę, wystrzeliwuje z siebie kolejne słowa.

Używając sportowej metafory - tam, gdzie inni boją się wsadzić nogę, Mauser wsadza głowę, obie ręce i obie nogi. Gdyby miał trzecią, wsadziłby i trzecią. Jest gotowy krzewić amerykańską narodową dumę, choć oficjalnie reprezentujący ją ważniacy z radością kopną go w pośladki (kto widział film, ten wie, czemu o nich wspominam), byle nie fikał zbyt mocno. Marty urabia, przekonuje, namawia, a widz nie ma żadnych wątpliwości, że wierzy w każdą swoją wypowiedź i absolutnie nie bierze pod uwagę, że mu się nie uda. Obserwowanie, jak próbuje uciec spod topora, który trzyma nad nim wielu, jest pasjonujące. W przypadku głównego bohatera jest to wielka ucieczka przed negatywnymi konsekwencjami i widoczną na horyzoncie autodestrukcją, zaś w przypadku samego Chalameta - autostrada do zdobycia cholernie zasłużonego Oscara.
Nie widzę innej możliwości - to rola, która musi przynieść Chalametowi Oscara.
Pomimo pozornej, pełnej koncentracji filmy na postaci Marty'ego, Josh Safdie nie zapomina o pozostałych bohaterach, nie zaniedbuje ich wątków. O ile nie mam zbyt wiele sympatii do Gwyneth Paltrow i jej aktorstwa, o tyle nie mogę negować, że w roli Kay Stone wypada znakomicie. Dużo więcej dobrego mogę jednak powiedzieć o jednej z najciekawszych młodych aktorek ostatnich lat, Odessie A'Zion, która jest kapitalna w roli Rachel - przyjaciółki Marty'ego, od dawna niemal beznadziejnie w nim zakochanej, z czasem stającej się jego "partnerką w zbrodni".
Imponują również znakomity Kevin O'Leary w roli Miltona Rockwella, starego, biznesowego wyjadacza, grający równie wygadanego przyjaciela Marty'ego Tyler the Creator, czy Abel Ferrara w cudownie przegiętej roli starego gangusa poszukującego zaginionego psa. Nie samym tekstem scenariusza i aktorstwem film jednak żyje - Darius Khondji wykonuje doskonałą operatorską robotę, wprowadzając nas w ciasny, duszny nowojorski mikroświat, w którym mieszczą się zarówno wystawne apartamenty, jak i okolice bogate w obskurne bloki, w tym takie, w którym Marty mieszka z matką. Muzyka to absolutne mistrzostwo - Daniel Lopatin dokłada do pieca i dodaje filmowi niesamowitej, pulsującej energii.
Mówi się, że jaki pierwszy dzień roku, taki cały rok. Jeśli to prawda, to mam przed sobą znakomitę 12 miesięcy. Choć w momencie publikacji tej recenzji mijają zaledwie pierwsze dni 2026 roku, już możemy mieć do czynienia z filmem, którego nic nie przebije. "Wielki Marty" to dzieło praktycznie kompletne. Energia i warsztat Timothée Chalameta rozsadzają ekran w atomowej skali, genialnie łączący kropki scenariusz odurza i stuprocentowo pochłania uwagę. Josh Safdie jest tak sprawnym reżyserem, jak Marty Mauser ping-pongistą - raz po raz spektakularnie uderza, a każdy wyprowadzony przez niego cios jest niesamowicie skuteczny. Szaleństwo w najczystszej, filmowej postaci.
"Wielki Marty" od 30 stycznia w kinach.
Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google
Więcej o filmach przeczytacie na Spider's Web:
- Najwięksi wygrani i przegrani 2025 roku. Mocny czas dla kina
- Filmy science fiction, na które czekamy w 2026. Jest bogato
- Najbardziej kasowe filmy 2025 roku. TOP tytułów, w które rzucaliśmy pieniędzmi
- Pikantna polska komedia już na Netfliksie. Przed chwilą była w kinach
- Marvel dopiero się rozkręca. Mamy nowy zwiastun Avengers: Doomsday







































