W swoim najnowszym filmie twórca "Oldboya" brutalnie rozprawia się z późnym kapitalizmem. Przemocy w "Bez wyjścia" nie brakuje, ale Chan-wook Park podlewa ją czarnym humorem. Wychodzi z tego opowieść trochę śmieszna i trochę tragiczna. Bo to przez takich ludzi jak główny bohater system ciągle nas tłamsi.

Albo ten moment, gdy wysłałeś 300 CV, a dzwoni do ciebie jedynie automat z fotowoltaiką. W analogicznej sytuacji znalazł się Man-su. Był menadżerem w firmie papierniczej. Ale - wiadomo - przez cyfryzację produkt coraz słabiej się sprzedaje, powstają narzędzia automatyzujące pracę i szefostwo postanawia ciąć koszty. W efekcie prezes wciąż jeździ limuzyną i opływa w luksusy, podczas gdy główny bohater "Bez wyjścia" zostaje wyrzucony na bruk. Poduszka finansowa się kurczy, żona musi rezygnować z dotychczasowych aktywności, a jego nie stać nawet na dentystę, żeby wyrwał mu bolącego zęba. A mimo to na grupie wsparcia dla bezrobotnych jakaś idiotka próbuje mu wmówić, że nie szuka nowej pracy tylko możliwości.
To jest język kultury zapierdolu, w której praca zmienia się w przygodę. Przestaje spełniać swoją podstawową funkcję, jaką jest przeżycie w kapitalizmie, a staje się szansą na rozwój. Jako Polacy chętnie takiemu podejściu ulegamy. Chwytamy się marnie płatnych stanowisk, bo przecież kiedyś to człowiek za darmo robił i się cieszył, że robota była. Pod względem przepracowanych godzin pozostajemy przez to w czołówce krajów Unii Europejskiej. Jeden etat rzadko starcza na godne przeżycie miesiąca, więc zawsze trzeba coś dorobić. Z powodu braku czasu na hobby i życie rodzinne rośnie w nas frustracja, którą wylewamy w memach o januszach biznesu czy depresji. Jest źle, ale bohater "Bez wyjścia" ma jeszcze gorzej. Nawet pośmieszkować sobie nie może. Żyje przecież w Korei Południowej, gdzie praca jest czymś znacznie więcej niż cnotą. Jest tożsamością.
Bez wyjścia - recenzja czarnej komedii
Chan-wook Park chętnie pokazuje, jak brak pracy zmienia człowieka. Prócz głównego bohatera poznajemy też innych pracowników branży papierowej, którzy pozostali bez etatu. W najlepszym wypadku sprzedają buty i marzą o powrocie na dawne stanowisko, a w najgorszym - pogrążają się w depresji i alkoholizmie. W Man-su zwolnienie budzi natomiast mordercze instynkty. Reżyser widzi bowiem życie w późnym kapitalizmie jak ciągłą walkę o przetrwanie. W świecie przedstawionym panuje więc prawo dżungli, prawo silniejszego. Zabij albo zostań zabitym. Zgodnie z tytułem: innego wyjścia nie ma.
Man-su wybiera po prostu przemoc. Jest tylko trybikiem w systemowej machinie wyzysku. Kamera Woo-hyunga Kima nam to uzmysławia. Nadaje banalnym przestrzeniom nadmierną godność – sterylne i pozornie nijakie biura stają się niemal monumentalne, podkreślając kapitalistyczny ucisk jednostki. Wizualnie dominują nad bohaterem, który nieświadomy swej marginalności pozostaje wiernym żołnierzem opresyjnego systemu. Nie cofnie się przed niczym, by zająć kierownicze stanowisko w nowej firmie papierniczej. Zmyślnym fortelem poznaje swoich głównych konkurentów i zaczyna ich eliminować. Jednego po drugim.
Tylko Man-su nie jest mordercą. Często widzimy go gdzieś na skraju kadru, bo to człowiek przyparty do ściany. Dlatego z bronią w ręku wchodzi do domu jednego z konkurentów, ale powrót żony nieco komplikuje mu plany. Bo reżyser prowadzi swoją opowieść jak thriller psychologiczny, ale przełamuje go czarnym humorem. Rozsmakowuje się w długich, statycznych ujęciach, aby potem nas atakować dynamicznymi i rwanymi ruchami kamery. Wytwarza wtedy wizualną energię i sytuacyjne żarty, eksponując chaos przedstawianych wydarzeń. To vintage Park: formalna kontrola rozpada się pod ciężarem nagłych wybuchów absurdu.
Bo agresja Man-su, choć nieprzemyślana i "na hurra", wcale nie jest spontaniczna. Zostaje wymuszona przez uciskające go struktury. Brak pracy go uwiera. W końcu nie bez powodu Park nadaje mu fizyczny wymiar, gdy główny bohater ciągle skarży się na ból zęba. Jakby był nośnikiem presji koreańskiej kultury zapierdolu, z której nie ma ucieczki. Park bierze bowiem na warsztat powieść Donalda Westlake'a, żeby pod płaszczem czarnej komedii przemycić krytykę kapitalizmu. Bezlitośnie punktuje system ekonomiczny, ale nie widzi z niego ucieczki. "Bez wyjścia" staje się przez to filmem gorzkim.
Park każe nam podążać za swoim bohaterem, ale do samego końca nie pozwala nam go polubić. Chce tylko żebyśmy go zrozumieli. Dlatego "Bez wyjścia" naszpikowane jest kontekstami mikro- i makrospołecznymi. Rodzina oddaje psa, bo nie stać jej na jego wyżywienie, a żona jest gotowa zabić męża, żeby tylko ukrócić jego męki na bezrobociu. Czarny humor sytuacyjny i slapstickowe żarty zapewniają odpowiedni dystans do przedstawianych zdarzeń, dzięki czemu chce się sprawdzić, jak daleko Man-su jest w stanie się posunąć. A że reżyser go nie ogranicza, otrzymujemy film, po którym zastanawiamy się, ile osób musiał zabić nasz przełożony, żeby dostać się na swoje stanowisko. I chce się temu dorobkiewiczowi napluć w twarz.
Albo nie, bo kredyt sam się nie spłaci.
Premiera "Bez wyjścia": 13 marca w kinach.
Więcej o filmach poczytasz na Spider's Web:
- Czy Projekt Hail Mary to arcydzieło science fiction? Mnie rozczarował
- To najbardziej odjechany film roku. Mnie już wbił w fotel
- Dobry chłopiec to kandydat na thriller roku. Najlepszy film w karierze Polaka
- Panna Młoda! to czyste szaleństwo. Właśnie dlatego płacę za kino
- Takiego polskiego kina brakowało. Pojedynek mnie zaskoczył
- Tytuł filmu: Bez wyjścia
- Rok produkcji: 2025
- Czas trwania: 139 minut
- Reżyser: Chan-wook Park
- Aktorzy: Byung-hun Lee, Ye-jin Son, Seung Kim Woo
- Nasza ocena: 8/10
- Ocena IMDB: 7,6/10



















