Rachel Weisz wiele już dla kina zrobiła. Zdobyła Oscara, zagrała w kultowej serii przygodowe, zachwycała u Lanthimosa, grała w MCU. Zdecydowanie nie ma dość, o czym świadczy najnowsza produkcja Netfliksa z jej udziałem. Czy najlepsza, biorąc pod uwagę jej bogaty dorobek?

Gdy w jednym zdaniu zawiera się "tematyka romansowa" i Netflix, zwykle zapala mi się żółta lampka. Z doświadczenia wiem, że zwykle albo oznacza to coś intensywnego i emocjonującego, albo kompletnie przerysowanego, a przez to niewiarygodnego. Książkowy oryginał "Vladimira", autorstwa Julii May Jonas (będącej też twórczynią serialu), opisywany jest jako tytuł, który "z ironią i bezbłędnym wyczuciem demaskuje hipokryzję środowiska akademickiego po erze #MeToo, zadaje niewygodne pytania o moralność i podwójne standardy". Czy serialowe realia odzwierciedlają ten porywający, książkowy opis?
Vladimir - recenzja serialu. (Nie)literacka fantazja
M (Weisz) jest profesorką wykładającą na uczelni. Jej karierę można określić długą i generalnie owocną jednak im większy "kod", tym bohaterka odczuwa mniejsze spełnienie - jako wykładowczyni, matka, kobieta. Nie czuje zainteresowania intelektualnego ze strony studentów, podziwu od córki, ani pożądania ze strony męża Davida (John Slattery), z którym jednocześnie żyje w dość otwartym małżeństwie. Innymi słowy, przepis na życiowe wypalenie, spotęgowane przez pewne pokoleniowe różnice w myśleniu. Wkrótce małżonek kobiety zostaje oskarżony o kontakty seksualne ze studentkami, a w tym samym czasie grono pedagogiczne zasila charyzmatyczny, młody i zdolny powieściopisarz, Vladimir (Leo Woodall). Mężczyzna staje się obiektem fantazji i obsesji ze strony M.
"Vladimir" zaskakuje od początku na poziomie formy i metrażu. Każdy odcinek trwa mniej więcej pół godziny, co w dobie częstego kręcenia "minifilmów" (seriali z odcinkami trwającymi ok. godziny) jest pewnym zaskoczeniem, jak i wyzwaniem związanym z wyciągnięciem jak najwięcej potencjału fabuły. Dość prędko, praktycznie od razu, okazuje się również, że Rachel Weisz, niczym Deadpool, Frank Underwood albo Fleabag, będzie przemawiać do nas w ramach łamania czwartej ściany. Oczywiście nie ma co silić się na głębsze porównania z powyższymi bohaterami kultowych marek. Po pierwsze dlatego, że taki wybór zawsze jest obarczony pewnym ryzykiem na zasadzie "jak widz to odbierze", a po drugie: "Vladimir" raczej nie aspiruje do miana kultowego. Bardziej ująłbym to tak, że elastycznie operuje kiczem, dzięki czemu całość łatwo jest kupić.
Mimo potencjalnych pułapek decyzja Julii May Jonas się broni - oprócz komentarzy odnoszących się do aktualnej rzeczywistości głównej bohaterki, dużo tutaj spojrzeń, gestów, małych detali, które tworzą spójną całość. Czasami można odnieść wrażenie, że M tłumaczy to, co my już wiemy, albo jest to forma samousprawiedliwienia jej przed widzem (zwłaszcza gdy podejmuje dyskusyjne lub po prostu złe decyzje), ale jednak czuć w tym jakąś autentyczność, nawet jeśli bohaterce ciężko jest kibicować. Dużo tu pola do refleksji i rozważań - m.in. na temat wstydu, własnych potrzeb, konsensualności określonych relacji, poczuciu uznania.
Twórczynie (oprócz JMJ mamy też m.in. showrunnerkę Kate Robin) może nie wymyślają koła na nowo, ale potrafią ożywić dyskusję, która wydawała się martwa lub przemielona, jednocześnie - co doceniam - nie próbując udawać opowieści głębszej niż Rów Mariański. Mamy jednak czynienia z dość delikatnymi tematami, takimi jak relacje seksualne czy granice między emocjonalnym a zawodowym zaangażowaniem w stosunki profesor-student. "Vladimir" dość uczciwie odnosi się do tego, bez infantylizacji czy dydaktyzmu - słusznie zauważając, jak wiele pojawia się w tej problematyce niejednoznaczności. O czym mowa? Dla przykładu: jest taki moment w fabule, gdzie okazuje się, że studenci czują się niekomfortowo, bo M nie odcięła się od tego, co robił jej mąż. Łatwo byłoby tu stanąć po jednej ze stron, ale dzięki narracyjnej sprawności, serial dostrzega racje obu stron.

Czy studenci, świadomi, że jeden z profesorów sypia ze studentkami, mają prawo oczekiwać zajęcia stanowiska w sprawie? Oczywiście. Czy główna bohaterka, znająca swojego męża niemal na wylot, będąca z nim w obustronnie uzgodnionym układzie, ma prawo nie chcieć go publicznie "dobijać"? Tak. Nie ma tutaj jednostronnego osądu, w myśl którego studenci byliby "przesiąknięci woke", a akademicy "strażnikami porządku". "Vladimir" często, raz poważnie, a raz ironicznie, odnosi się do różnic pokoleniowych, hierarchii, odmiennego rozumienia pewnych spraw i osobistych perspektyw.
Zdaję sobie jednak sprawę, że pośród morza intelektualnych tematów jakie stara się podjąć "Vladimir", uwagę wielu przykuje przede wszystkim główny punkt tej historii, czyli obsesja M względem tytułowego bohatera. Twórczynie nieźle się bawią w kotka i myszkę, operują niezręcznościami i obrazem na tyle sprawnie, że ciężko się dziwić coraz większemu zacieraniu granic między fantazją a rzeczywistością. Punktem kulminacyjnym całości jest ostatni odcinek, będący jednym z lepszych i ciekawszych serialowych finałów, jakie ostatnio widziałem.

Serial często i gęsto pozostawia widza z pytaniami o realną naturę relacji M i Vladimira.
Nie jest łatwo ją rozgryźć, bywa, że wraz z kobietą zastanawiamy się, czy jej młodszy kolega wysyła jej realne sygnały, czy to kwestia jego naturalnego uroku i sympatii wobec starszej koleżanki, z którą złapał dobre flow. Chciałoby się, żeby serial trochę częściej pozwalał widzowi na poznanie tytułowego bohatera, przetestowanie jego literackiego geniuszu, ale zdaję sobie sprawę, że owianie go pewną tajemnicą to świadomy zabieg. Pozostaje on bowiem obiektem fascynacji, fantazji, a działania M wobec niego mimo wszystko nie są nastawione na to, by poznać go głębiej, tylko żeby zrealizować własne pragnienia. Obsesja okazuje się bardziej ekscytująca, niż akt jej urealnienia.
To wszystko nie wypaliłoby, gdyby źle dobrano dwoje głównych bohaterów, a chemia między nimi by nie istniała. Na szczęście Julii May Jonas i spółce udało się to bardzo dobrze. Nie wiem, czy to jedna z najlepszych ról Rachel Weisz, ale na pewno ścisła TOP-ka, jeśli chodzi o wielowymiarowość. M pełni w tej historii wiele ról - inteligentnej profesorki, odkrywającej swoje pożądanie kobiety, nieco cringe'owej i zakłopotanej matki, osoby pochłoniętej przez (przesłaniającą racjonalny ogląd i inne obowiązki), mającą bardzo erotyczny wymiar, obsesję. Serial nie czyni z niej, broń Boże, ikony emancypacji, ale pozwala jej na sporo autentycznych przemyśleń na temat swojej pozycji we własnym życiu: tak osobistym, jak i zawodowym. M jest świetną antybohaterką, która ma wady i nie wymaga, by widz ją lubił.
Weisz odnajduje się w tej roli świetnie i znów przypomina światu o tym, jak znakomitą jest aktorką.
Po drugiej stronie mamy Leo Woodalla, dla którego rola przystojnego Adonisa adorowanego przez starszą od niego kobietę nie jest pierwszyzną (mam flashbacki z "Bridget Jones: Szalejąc za facetem"). Młody aktor wyraźnie odnajduje się w tej "szufladce". To bardzo udana kreacja - Woodall wydobywa z niej tyle, ile może, będąc na zmianę uroczym, zakłopotanym, bohaterem, mającym wartościowe przemyślenia na temat swojego życia jako młodego ojca i małżonka. Świetnie ogląda się też Johna Slattery'ego w roli mierzącego się z oskarżeniami Johna, który z jednej strony jest pozbawiony wstydu, ma skłonności do obcesowego zachowania, ale z drugiej ma z M doskonałą chemię długoletniego małżeństwa. Stan ten jest efektem świetnego zgrania Weisz i Slattery'ego.

"Vladimir" to niepozbawiony wad, ale udany serial. Julia May Jonas przelała literacki sukces na wciągającą, przewrotną i nieraz naprawdę elektryzującą, świetnie obsadzoną produkcję. Świetnie wnika w szarości oraz zawiłości sytuacji głównej bohaterki, która próbuje zbalansować własne pragnienia z twórczymi ambicjami oraz rodzinnym dobrem. Nie ma niespodzianki w tym, że owa misja jest trudna i pełna podjętych po drodze niełatwych decyzji. Mimo tego jako widzowie zanurzamy się w ten życiowy chaos z całą siłą i energią.
Więcej o Netfliksie poczytasz na Spider's Web:
- Obejrzałam Oskarżoną Netfliksa. Tandeta to komplement
- To sci-fi oglądało pół Polski. Teraz wleciało na Netfliksa
- Thriller Netfliksa mnie wciągnął. Siedziałam jak na szpilkach
- Komedia sportowa Netfliksa dostanie kontynuację. Co za zaskoczenie
- Nowy dreszczowiec Netfliksa zapiera dech. Widzowie nie wierzą w ten finał



















