W "Dreams" Michel Franco w sposób chłodny opowiada o zakazanej miłości. Choć przedstawia nam romans, w rzeczywistości intymna relacja bohaterów go nie interesuje. Jak zwykle najważniejsza dla niego okazuje się przemoc.

Co prawda zdjęcia do "Dreams" zakończyły się jeszcze w 2023 roku, ale wypuszczenie filmu już po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu nadaje mu nowych znaczeń. Zaraz po ponownym objęciu władzy biznesmen wrócił przecież do swojej bezwzględnej polityki migracyjnej - ICE (Urząd Celno-Imigracyjny) dostało więcej zasobów i swobody, przez co znacząco zwiększyła się liczba deportacji - a Franco rozpoczyna swą opowieść od nielegalnego przekroczenia granicy. Gdzieś na pustyni z ciężarówki pełnej imigrantów ucieka Fernando, który z czasem dostaje się do San Francisco. Tam wchodzi do bogatego domu. Gdy jego właścicielka go nakrywa nie wzywa policji, nie panikuje. Jak się za chwilę okaże, Jennifer dobrze go zna, dlatego po krótkiej wymianie zdań mu się oddaje.
Seks w "Dreams" nie jest intymny. W swoim drugim amerykańskim filmie Michel Franco nie studiuje na zbliżeniach ruchów bohaterów, unikając cięć montażowych. Erotyce odmawia w ten sposób zmysłowości. W zupełnie innych celach sięga bowiem po historię romansu między zamożną kobietą a mężczyzną z nizin społecznych. Ona wydaje się mieć obsesję na jego punkcie, a on lubi się do niej dobierać, jakby miał nad nią władzę. Ale to nie jest "Babygirl", które wmawia nam, że każda bossgirl tak naprawdę marzy, żeby zostać zdominowaną przez młodego byczka. "Dreams" nie jest kolejnym porno dla znudzonych gospodyń domowych. Reżyser nie tyle opowiada o namiętnym romansie, co serwuje nam wnikliwą analizę relacji międzyklasowych we współczesnych Stanach Zjednoczonych.
Dreams - recenzja filmu
W miarę rozwoju opowieści okazuje się, że "Dreams" nie tyle mówi o seksie, co o przemocy. Po "Pragnieniu miłości" i "Nowym porządku" wiemy, jak brutalny potrafi być reżyser. Ale to nie ten kaliber. To jeden z tych delikatniejszych jego filmów, który mimo wszystko nieźle widzów poniewiera. Franco zagłębia się tu w hipokryzję bogaczy najgorszego sortu - tych oświeconych, progresywnych, na pokaz zaangażowanych w pomoc najbiedniejszym. Bo Jennifer wykorzystuje pieniądze ojca, aby poprzez fundacje otwierać ścieżki rozwoju osobom zdolnym, ale bez grosza przy duszy. Fernando wychowanek jej fundacji, a przy tym maskotka.
Franco jak zwykle lubuje się w długich ujęciach i szerokich planach. Obserwuje swoich bohaterów z dystansu, pozostawiając im w kadrach mnóstwo przestrzeni. Pokazuje w ten sposób, że są w coś uwikłani, stają się częścią większego układu. Dlatego Jennifer nie zmienia się w reinkarnację lady Chatterley, dla której romans z parobkiem staje się gestem klasowej transgresji, chociaż na chwilę pozwalając zaznać swobody. W swojej relacji z Fernando cementuje normy społeczne. Publicznie chwali go, jakim to jest zdolnym tancerzem, ale nie chce okazywać, że łączy ich jakaś bliższa zażyłość. Cały ich związek opiera się na grze pozorów - to balet konwenansów z piruetami pustych gestów.
Fernando jest zdany na łaskę i niełaskę bogaczy. Chętnie dają mu pieniądze, zatrudniają jako instruktora tańca i wróżą świetlaną przyszłość, ale nie akcpetują jako jednego ze swoich. Mogą opalać się w jego blasku podczas eventów, ale romantyczna kolacja z Jennifer wzbudza niesmak jej brata. Dochodzi do zderzenia dwóch światów, które przenikać się mogą jedynie według z góry narzuconych reguł. Inaczej do siebie nie przystają, co Franco podkreśla na każdym możliwym poziomie.
Główni bohaterowie to ogień i woda. Fernando w wykonaniu Isaaca Hernandeza (zawodowego tancerza baletowego) jest energiczny i pełen życia. Od początku do końca pozostaje przy tym całkowicie naturalny, czym kontrastuje z powściągliwą Jennifer. Grająca ją Jessica Chastain odmawia jej nawet bycia postacią z krwi i kości. Robi z niej postać sztywną, która zdanie wypowiada, jak wyuczoną kwestię pod publiczkę. Wręcz słychać, jak z tyłu głowy huczy jej pytanie: co ludzie powiedzą? Nawet w intymnej relacji z tancerzem pozostaje zakładniczką swojej roli. Dlatego robi wszystko co może, aby wyrwać się ze swojego świata i zasmakować wolności z partnerem, ale udaje jej się co najwyżej unaocznić mechanizmy przemocy klasowej.
Poprzez romans prezeski fundacji z nielegalnym imigrantem Franco kondensuje i wyostrza napięcia społeczne. Robi to, żeby obnażyć nierówności i zadać kłam tytułowym snom o turystyce klasowej. Według niego są one niemożliwe do spełnienia, dlatego w żadnym wypadku nie dąży do katharsis. Zamiast dostarczać emocjonalnej ulgi, coraz mocniej wytrąca widzów ze strefy komfortu. Dlatego po seansie nie będzie już czego z was zbierać.
Premiera "Dreams": w piątek, 9 stycznia w kinach.
Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google
Więcej o filmach poczytasz na Spider's Web:
- Najbardziej oczekiwane premiery filmowe 2026. To będzie wielki rok
- Filmy-porażki. Oto największe finansowe klapy 2025 roku
- Nowy thriller z Sydney Sweeney to wielkie zaskoczenie. Nie tego się spodziewałem
- Wielki Marty to jeden z najlepszych filmów 2026 roku. A dopiero styczeń
- Jedno z najlepszych sci-fi XXI wieku z datą polskiej premiery. 25 lat na nią czekałem
- Tytuł filmu: Dreams
- Rok produkcji: 2025
- Czas trwania: 95 minut
- Reżyser: Michel Franco
- Aktorzy: Jessica Chastain, Isaac Hernandez, Rupert Friend
- Nasza ocena: 7/10
- Ocena IMDB: 6/10






































