To jeden z tych tytułów, które z miejsca kupiły publikę i publiczność. Rzecz błyskotliwie napisana, jeszcze lepiej wyreżyserowana, mądra i przestrzegająca, ale nie bazująca na banalnym, irytującym dydaktyzmie (zresztą: nie bez powodu nagrodzono ją Oscarem). „Na rauszu” wpadło do HBO Max - jeśli jakimś cudem jeszcze tej perełki nie widzieliście, to teraz macie doskonałą okazję, by to zmienić.
Bohaterami „Na rauszu” jest czwórka nauczycieli - niekoniecznie najszczęśliwszych na świecie. Gdy zatem jeden z nich trafia na teorię norweskiego psychiatry Finna Skarderuda, wedle której człowiek rodzi się ze zbyt niskim poziomem alkoholu we krwi, postanawiają to sprawdzić. Chodzi o to, by codziennie regularnie popijać, by utrzymać poziom 0,05 proc. alkoholu we krwi, co powinno istotnie poprawić jakość życia. I rzeczywiście - początkowo metoda zdaje się działać.
Bohaterowie ponownie odkrywają radość z pracy i interakcji społecznych. Zachęceni pozytywnym efektem eksperymentu decydują się więc stopniowo zwiększać przyjmowane dawki popularnej psychoaktywnej substancji. Alkomat wskazuje coraz więcej, a wówczas przestaje być różowo. Jak to w życiu: w zależności od indywidualnego przypadku, protagoniści różnie radzą sobie z piciem i rosnącym uzależnieniem. Albo w ogóle sobie nie radzą.
Na rauszu - co obejrzeć w HBO Max w ten weekend?
Thomas Vinterberg zrobil film, w którym humor przeplata się z dramatem. Ostatecznie tego drugiego jest tu (słusznie!) nieco więcej, nie obawiajcie się jednak: jeśli nie macie siły na przyciężkawy seans, „Na rauszu” nie przejedzie po was walcem. Choć picie alkoholu jest osią fabuły i mogłoby się wydawać, że całość sprowadzi się do wykładu na temat jego szkodliwości (o czym, rzecz jasna, należy pamiętać, bo bezpieczna czy nieszkodliwa dawka nie istnieje), w „Na rauszu” jest raczej punktem wyjścia do rozmowy o tym, co tracimy w dorosłości: entuzjazm, spontaniczność, radość z chwili, pasję do świata.
Vinterberg serwuje opowieść o rutynie i codzienności, które tłumią naszego ducha; o poszukiwaniu sensu i szczęścia, o przyjaźni i jej znaczeniu, a wreszcie o celebracji życia tu i teraz. Dlatego też obraz jest raczej o życiu - chlanie jest tu narzędziem, które pozwala bohaterom spróbować innego spojrzenia na siebie i świat. Dostajemy refleksję o tym, jak ludzie próbują znaleźć sens życia i radość - także tam, gdzie niekoniecznie powinni szukać. I przykre przypomnienie, że mężczyźni wciąż pokutują za sprawą hodowania w nich niechęci do okazywania uczuć.
Warto wiedzieć, że Vinterberg napisał i nakręcił film częściowo pod wpływem osobistej tragedii - śmierci własnej córki podczas zdjęć. Całość pozostaje jednak afirmacją życia. Nie popada w cynizm mimo trudnego kontekstu. Poza tym to jeden z tych filmów, które nie dają jasnych odpowiedzi, ale właśnie to jest jego siłą - twórca zostawia widza z otwartymi pytaniami o własne życie i decyzje. I, wbrew pozorom, prowadzi do nieoczywistych wniosków.
No i ten legendarny finał. Epilogowa sekwencja, często określana jako jedna z najbardziej wyzwalających scen tanecznych ostatniej dekady, to najpiękniejszy, szczery akt niemal desperackiej afirmacji życia. Znakomite kino.
Czytaj więcej:
- HBO Max stanie się częścią giga-serwisu. Właśnie się zaczęło
- Obejrzałam Oskarżoną Netfliksa. Tandeta to komplement
- Prime Video w marcu rozbije bank. Mocarna lista nowości
- Chyra jako Jan Paweł II, Ruffalo w roli głównej. Tak wygląda Santo Subito!
- Co dalej po Marshals? Nowe seriale Yellowstone nadchodzą



















