W historii kina na palcach więcej niż dziesięciu rąk można wyliczyć filmy, które z różnych stron próbowały opowiadać o nazizmie i reprezentujących go zbrodniarzach. Tym razem na warsztat wzięto Hermanna Göringa, w którego wcielił się Russell Crowe. Aktor przez ostatnie lata odcinał kupony w średnich horrorach a teraz, w nowym thrillerze historycznym, wrócił, by przypomnieć światu, jak znakomitym artystą jest.

Nie ma co owijać w bawełnę - totalitarna polityka III Rzeszy jest odpowiedzialna za największe zło w historii ludzkości. Zło, które z jednej strony kiełkowało na oczach wielu decydentów politycznych i społeczeństw, z drugiej zaś osiągnęło taki nieprawdopodobny rozmiar, że świat nie do końca wiedział, jak zabrać się za jego rozliczanie. Czy przy tak szeroko zakrojonej tragedii i ludobójstwa na masową skalę jest jakakolwiek szansa na sprawiedliwość? Za próbę odpowiedzi na te i inne pytania zabrał się James Vanderbilt, który karierę zrobił przede wszystkim jako scenarzysta. Ma na koncie m.in. "Zodiaka", "Niesamowitego Spider-Mana" czy dwa ostatnie filmy z serii "Krzyk" - scenariusz w przypadku każdego z tych filmów jest godny wyróżnienia. "Norymberga" jest dla Vanderbilta dopiero drugim tytułem w reżyserskiej karierze. Ale za to jakim!
Norymberga - recenzja filmu. Pogawędki ze zbrodniarzem
Film dość prędko wrzuca widza w wydarzenia. Oto Hermann Göring (Russell Crowe), drugi po Hitlerze niemiecki polityk, zostaje zatrzymany przez wojska aliantów. Wkrótce zostaje osadzony w specjalnej celi. Wraz z uwięzieniem słynnego nazistowskiego decydenta wśród elit prawnych zwycięskich państw kiełkuje pytanie: jak osądzić takiego kogoś jak Göring? Jak znaleźć granicę pomiędzy opartym na prawie wymierzeniem sprawiedliwości a zbiorowym samosądem? Nie oni jedni mają pytania - ma je również Douglas Kelley (Rami Malek), amerykański psychiatra, któremu zostaje powierzone ważne zadanie zbadania stanu psychicznego Göringa i innych osadzonych zbrodniarzy. Pozornie czysto medyczny proces z czasem zmienia się w niebezpieczną, psychologiczną grę, w której ceną jest prawda o tym, do czego doprowadziły nazistowskie rządy.
Jeśli chodzi o poszukiwanie przez kino odpowiedzi dotyczących genezy zła, nie ma chyba popularniejszego i częściej podejmowanego tematu, niż machina zagłady stworzona przez III Rzeszę. Wielu próbowało, nie każdemu się udało. Jedni starali się rozprawiać z nazizmem poprzec satyryczne oko, drudzy poprzez surowe, wojenne dzieła, jeszcze inni w gatunkowych ramach angażującego thrillera. James Vanderbilt, będący zarówno reżyserem, jak i scenarzystą "Norymbergi", wybrał tę trzecią opcję.
Dobrze, że to zrobił, bo choć "hollywoodzki" ton jego filmu czasami przebija, to przez znaczną większość czasu udaje mu się niełatwa sztuka. Tematyka procesów norymberskich jest znana z kart podręczników do historii, opracowań naukowych, mediów, innymi słowy - opowiedziało o tym wielu i jeszcze więcej opowie. Vanderbilt przez blisko 2,5 godziny niezwykle skutecznie angażuje uwagę widza i sprawia, że ciężko się nudzić w trakcie seansu. Pomimo dość sporej liczby wątków i postaci, które "Norymberga" skupia, większość z nich dostaje wystarczająco dużo czasu, by móc wybrzmieć, a poboczne części tej historii są sprawnie używanym dodatkiem - nie rozwadniają ani nie przesłaniają tego, co najważniejsze.

"Norymberga" nie jest filmem, który opiera się na spektaklu.
To kino w sporej części kameralne, rozgrywające się często w ciasnych celach, pomieszczeniach tajnego wojskowego więzienia. Naziści, dotychczas na różnych szczeblach władzy, tym razem są odizolowani, zamknięci. Jedni nie tracą fasonu i z dumą prezentują swoje poglądy, inni udają amnezję. Göring jest zagadką, którą widz wraz z protagonistą Kelleyem próbuje rozwikłać. Sprawę utrudnia nieco atmosfera pewnej fascynacji swoim rozmówcą ze strony psychiatry. Tak jak ciężko rozgryźć na zmianę spokojnego, elokwentnego oraz przerażająco groźnego nazistę, tak interesująco śledzi się samego Kelleya.
Psychiatra z jednej strony próbuje wykonywać swoje zadanie rzetelnie, z drugiej nie ukrywa swojego bliskiego kontaktu z Göringiem, z trzeciej zaś zostaje coraz mocniej uwikłany w grę, która rodzi pytania o moralność tego, co robi, a także pewne dylematy. W związku z tym powstaje kolejne pytanie - czy i jak można moralnie postępować z jednym z kluczowych architektów takiej zbrodni? Vanderbilt świetnie wyważa proporcje koniecznego luzu pomiędzy bohaterami, powagą tematów, a intensywnymi konfrontacjami. Zwłaszcza jedna ze scen to istna, przerażająca bomba - uwalnia klaustrofobiczny lęk, poczucie zamknięcia w pułapce z drapieżnikiem, sprawia, że można mieć ciary (ja miałem). Dariusz Wolski, polski operator, stanął na wysokości zadania, współtworząc surowy klimat tej opowieści.
Na poziomie styczności z historią "Norymberga" wykonuje, moim zdaniem, bardzo solidną robotę. Punktem wyjścia jest prawo: niby stawiane za Świętą Wartość, ale równocześnie nieprzygotowane na taką "ewentualność", wymagającą wielu zmiennych, by w ogóle zostać uznana za możliwą do zrealizowania. Świetnie ukazuje to wątek, którego symbolem jest sędzia Jackson - daleko mu do popierania rozstrzeliwania bez wyroku, ale jeszcze dalej do tego, by pozostawić nazistów bez bezwzględnej kary. Film Jamesa Vanderbilta precyzyjnie wchodzi za kulisy narodzin procesów norymberskich, podkreśla wagę i znaczenie tego wydarzenia. Nazistowskie zbrodnie sprawiły, że zło zatriumfowało na masową skalę. Rozliczenie w innej formie niż pokaz siły okazałoby się katastrofalną klęską, otwierającą drzwi do reanimacji podobnych idei.

Reżyser nie ucieka od komentarza, który należy czytać też współcześnie - zmartwychwstanie nazizmu i podobnych mu idei nie musi zacząć się od mundurów i swastyk, a od zwykłych ludzi, którzy uwierzyli w ideę opartą na nienawiści do drugiego człowieka. Przyznam, że jestem bardzo zaskoczony (in plus) tym, jak odważnie "Norymberga" podejmuje temat zbrodni podejmowanych przez dany kraj. Oczywiście, w tej historii nie ma relatywizowania w stylu "a może Niemcy wcale tego nie zrobiły, może nie wiedzieli, nie mieli pojęcia" - wiemy, kto w tej rozgrywce jest tym złym. Kwestia, jaką podejmuje film, dotyczy moralnej odpowiedzialności za zbrodnie, mandat do decydowania o tym, co jest dobre, co złe. Vanderbilt ponuro diagnozuje świat, który jest tak skonstruowany, że za zbrodnie popełnione przez dane państwo odpowiadają kraje, które także mają, w sposób zorganizowany, krew wielu na rękach. Zło zaś nie jest czymś nieuchwytnym, nie ma na nie lekarstwa. Ono jest pośród nas i drzemie w zwykłych ludziach.
"Norymberga" jest przede wszystkim teatrem dwóch aktorów: Russella Crowe'a oraz Ramiego Maleka.
Pierwszy z nich zanotował wspaniały powrót i jest w najlepszej aktorskiej formie od wielu, wielu lat. Z przerwą na serial "Na cały głos", Nowozelandczyk ostatnio rozmieniał się na drobne, zwłaszcza w średniej jakości horrorach. Jego rolę w "Norymberdze" określam jako wybitną, doskonale balansującą pomiędzy elokwencją, urokiem osobistym, skłonnością do nieprzewidywalnych sztuczek, a budzącą autentyczne przerażenie aurą potwora, który decydował o przelaniu krwi milionów ludzi. Crowe od początku do końca nie odsłania Göringa w stu procentach, często bazuje na detalach i powściągliwości, co procentuje w niesamowity sposób.
"Norymberga" przypomina, jak znakomitym aktorem jest Russell Crowe - mam nadzieję, że zostanie nagrodzony za rolę w tym filmie.

Rami Malek w roli Douglasa Kelleya radzi sobie świetnie. W jego bohaterze spotyka się tak naprawdę kilka elementów - zawodowa ciekawość, fascynacja, ale również osobiste emocje, a wszystko to coraz trudniej wyważyć. Z jego postaci bije sporo autentyzmu - niby czuje wynikającą z obecnej hierarchii kontrolę nad relacją z Göringiem, ale im dalej w las, tym bardziej wymyka mu się ona z rąk. Vanderbilt nie szafuje tutaj schematycznym motywem obsesji, wiarygodnie przedstawiając przytłaczający Kelleya ton relacji z nazistą, która prowadzi go do konkretnych wniosków, nie zawsze satysfakcjonujących decydentów. Michael Shannon w roli sędziego Jacksona emanuje charyzmą, a scena jego przesłuchania Göringa to intensywny i wyrównany aktorski pojedynek. Swoje trzy grosze dodają też Leo Woodall (zwłaszcza on), Richard E. Grant i John Slattery.
"Norymberga" to film, który, moim zdaniem zdecydowanie wykracza poza miano klasycznej, historycznej czytanki, na którą warto zaprowadzić szkoły. Owszem, nieraz trąci teatralnością czy patosem, ale nie zapomina o tym, co najważniejsze. James Vanderbilt stworzył świetną mieszankę klaustrofobicznego, psychologicznego thrillera, porządnie zrealizowanego historycznego kina oraz moralnej rozprawy na temat zła i postępowania względem czynów, które ono spowodowało. Niby świat zna tę historię, a udało się ją opowiedzieć tak, że ogląda się ją na krawędzi fotela.
"Norymberga" od 28 listopada w kinach.
Więcej o filmach przeczytacie na Spider's Web:
- Watykan nie chciał, byś oglądał "Syna przeznaczenia". Ja też odradzam
- Kiedy Jedna bitwa po drugiej trafi do HBO Max? Wspaniały prezent
- Polski film w IMAX. Limitowane bilety na "Dzikiego" kupisz od dzisiaj
- Twórca najlepszych kryminałów Netfliksa knuje thriller sci-fi. Biorę go w ciemno
- Dom dobry i duet nie do ruszenia. Jakubik jest filarem kina Smarzowskiego







































