Znakomite, a zarazem skandalicznie mało popularne coming-of-age wpadło na HBO Max. A pisząc „znakomite”, mam na myśli: jeden z najlepszych takich filmów ostatnich lat. Jeśli 100 proc. pozytywnych recenzji w Rotten Tomatoes to za mało, to pozwólcie mi przedstawić kilka zachęcających konkretów.

„Ostatnie zanurzenie” („Last Swim”) opowiada o przełomowym dniu w życiu Ziby Soofi, brytyjsko-irańskiej nastolatki, która właśnie ukończyła szkołę średnią z wybitnymi wynikami i dostała się na prestiżowy kierunek astrofizyki na University College London. Dziewczyna planuje świętować dzień ogłoszenia wyników z przyjaciółmi: Sheą, Merfem i Tarą, oraz nowo poznanym chłopakiem. Za fasadą szczęścia skrywa się jednak smutna tajemnica; świętowanie tak radosnego dnia jest zatrute przez skrywaną rozpacz. Życie, które dopiero się zaczyna, może zostać zrujnowane przez niebezpieczną chorobę. To zagrożenie rzuca cień na każdy rozpromieniony moment tego pięknego dnia, dręczy Soofi wizją niespełnionych marzeń.
Co obejrzeć w HBO Max? Polecamy Ostatnie zanurzenie - Last Swim
Bezbłędny reżyserski debiut Sashy Nathwani (która napisała też skrypt z pomocą Helen Simmons) śledzi bohaterkę i jej paczkę przyjaciół przemierzających Londyn w upalny dzień, celebrujących zwycięstwo i rosnące szanse na świetlaną przyszłość w różnych punktach miasta - od ulubionego baru z falafelem, poprzez plaże nad jeziorem, aż po miejsce, z którego można podziwiać deszcz meteorytów na niebie. Jednocześnie konfrontują się z nadziejami, lękami i coraz bardziej odczuwalną świadomością przemijania. Bardzo cenię takie słodko-gorzkie punkty wyjścia: podczas gdy przyjaciele świętują koniec pewnego etapu i z nadzieją spoglądają w przyszłość, Ziba w sekrecie lęka się znacznie poważniejszego, ostatecznego finału.
Kino coming-of-age często upatruje sobie ten jeden, specyficzny moment w życiu: ulotną chwilę zawieszenia między młodością, niemalże dzieciństwem, a dorosłością. To ten okres, w którym wszystko wydaje się jeszcze możliwe, a jednocześnie gdzieś w trzewiach zaczyna narastać nieznany dotychczas lęk przed zmianami, nadchodzącą przyszłością, wspomnianym przemijaniem. „Ostatnie zanurzenie” rejestruje go po mistrzowsku.
Mimo pewnego ciężaru, który wynika z wątku głównej bohaterki, „Ostatnie zanurzenie” nie opiera się na przytłaczającym dramatyzmie. Obserwujemy, jak dziewczyna stara się przeżyć ten „idealny dzień”, jednocześnie mierząc się z myślą, że może być on pożegnaniem z dotychczasowym, przyjemnym życiem. W pewnym sensie - choć w innej skali - to specyficzne uczucie towarzyszy wielu z nas przez większość życia. Gdy już raz się pojawi, nie chce nas opuścić; czasem cichnie, by powrócić na kolejnym etapie zmian.
Ten kontrast jest tu świetnie podkreślony i to właśnie na nim bazuje ta opowieść. Z jednej strony mamy beztroskie włóczenie się po Londynie, rozmowy o przyszłości, drobne konflikty i śmiech. Z drugiej - poczucie kruchości, niepewności. Co ważne: twórcy świadomie unikają patosu. Choroba nie staje się tu pretekstem do melodramatycznej gry na emocjach, lecz czymś w rodzaju cichego tła, które nadaje dodatkowego znaczenia każdemu spojrzeniu, każdej decyzji.
Obraz szczyci się obłędną pracą pierwszoplanowej ekipy. Czwórka aktorów wcielających się w rozbrykaną paczkę przyjaciół Ziby emanuje wyczuwalną chemią: każde z nich wnosi na ekran coś innego.
Psotna energia, dystans, wrażliwość, rozbrajająca dzikość.
Te postacie są czymś więcej niż archetypami; artyści obdarzają je bogatym życiem wewnętrznym, kreśląc wiarygodne portrety zarazem pełnokrwistych i interesujących młodych osób, za którymi chce się podążać.
Oczywiście: rdzeniem poważniejszej tematyki jest tu przede wszystkim przejmujący wątek niewidzialnego wpływu przewlekłej choroby na zdrowie psychiczne oraz tego, jak łatwo cierpiąca osoba potrafi to cierpienie skrywać (choć w tle przewijają się też motywy emigranckich doświadczeń). Hekmat radzi sobie z tą kwestią znakomicie - przez większość czasu gra subtelnymi niuansami, a gdy trzeba, uderza w odważniejsze akcenty.
Potwierdzam: w tym obrazie wszystko działa, jak należy. To piękny, poruszający, udany debiut reżyserski. Dopieszczony formalnie, empatyczny i niezwykle wzmacniający w przekazie. Warto.
Czytaj więcej:
- Kwiat Jabłoni zapowiada przerwę. To będzie długa cisza
- Darren Aronofsky stworzył serial AI. Co za okrutny żart
- Użytkownicy Prime Video wzruszają się przy serialu wojennym. To perła telewizji
- Co łączy Wonder Mana i nowego Spider Mana? Więcej, niż myślicie
- Poruszający easter-egg w Avatarze. Ten szczegół umyka widzom






































