Za nami rozdanie Oscarów, a co za tym idzie - długie tygodnie i miesiące przewidywań, sporów, dywagacji. Świetne filmy znakomitych twórców stawały w szranki i rywalizowały o zwiększenie swoich szans na nagrody. Ostatecznym zwycięzcą - po ciekawej i interesującej walce - okazała się "Jedna bitwa po drugiej".

Z Oscarami jest trochę jak z kampaniami, które obserwujemy w życiu publicznym - typy co jakiś czas zmieniają się na czyjąś (nie)korzyść, mamy faworytów wyścigu oraz tych, którzy raczej są w stawce z tzw. braku laku. Abstrahując od wszelkich PR-owych zagrywek, ostatecznie i tak najlepiej jest, gdy rywalizują ze sobą filmy, które zwyczajnie zasługują na jak największy poklask. W tym roku wielu zadawało sobie pytanie - ile Oscarów zgarnie "Jedna bitwa po drugiej", a ile "Grzesznicy"? To właśnie filmy Paula Thomasa Andersona i Ryana Cooglera były chóralnie uznawane za te, pomiędzy którymi rozstrzygną się wyniki w uznawanych za najważniejsze, kategoriach.
Jedna oscarowa bitwa po drugiej. Paul Thomas Anderson ją wygrał
Finalnie starcie pomiędzy dwoma faworytami zakończyło się wynikiem 6:4 dla "Jednej bitwy po drugiej". Film Paula Thomasa Andersona zdobył najważniejszego Oscara, czyli za najlepszy film, a sam reżyser wygrał również nagrodę w swojej kategorii. Pozostałe nagrody przyznano za: drugoplanową rolę męską, scenariusz adaptowany, casting oraz montaż. "Grzesznicy" wyszli z gali z czterema statuetkami. Nagrodzono ich za pierwszoplanową rolę męską, muzykę, scenariusz oryginalny oraz zdjęcia.
Zwłaszcza reżyserskie oraz scenariuszowe kategorie były przedmiotem częstych debat między komentatorami. O ile w tej drugiej było dość przewidywalne, że filmy podzielą się tutaj nagrodami ("Jedna bitwa..." jest inspirowana powieścią "Vineland" autorstwa Thomasa Pynchona), o tyle w przypadku reżyserii nie dało się tak jasno przewidzieć wyniku. Czy powinien był wygrać Anderson, wspaniały i wyrazisty autor, któremu Oscar należał się już dwucyfrową liczbę lat temu, czy może Coogler, który doskonale połączył różne stylistyki, tworząc pulsującą i doskonale pokazaną opowieść? Prawdę powiedziawszy, którykolwiek wybór byłby świetny. Cieszę się, że (nie ujmując absolutnie niczego Cooglerowi) postawiono na Andersona - reżysera o kosmicznie wielkim i oryginalnym warsztacie.
Nie jestem również zdziwiony tym, że "Jedna bitwa po drugiej" zgarnęła nagrodę za najlepszy film. Choć prywatnie liczyłem, że ta nagroda powędruje do "Grzeszników", i tak głośno klaskałem w trakcie finalnego werdyktu. Oba filmy spełniały się jako wielowarstwowe historie stawiające w centrum swoich bohaterów, ich pragnienia i aspiracje, oba angażowały uwagę kapitalnym aktorstwem oraz konwencjami, w których były osadzone. Co mogło przeważyć?
"Jedna bitwa po drugiej" okazała się niezwykła w swojej energii i inteligencji polityczno-społecznego komentarza. Choć jest filmem świadomie skręcającym w tragifarsę i groteskę, łatwo odnaleźć w nim rzeczywiste, realistyczne i jak najbardziej poważne emocje czy lęki, zwłaszcza, jeśli mowa o współczesnej Ameryce. Oczywiście nie oznacza to, że "Jedna bitwa..." wygrała przez sytuację polityczną, ale zdaje się, że po prostu jako film najmocniej trafiła i w serca, i umysły oceniających. Biorąc pod uwagę to, że Warner Bros., stojące za tą produkcją, przechodzi pod parasol protrumpowskiego, rządzącego Paramountem Davida Ellisona, można luźno podejrzewać, że pod jego kontrolą tak radykalny i mocny w przekazie film mógłby po prostu nie powstać.
W przypadku obu filmów mieliśmy też do czynienia z pewnymi, pojedynczymi zaskoczeniami. Dzieło Andersona wygrało historyczną, pierwszą nagrodę za casting, zaś do "Grzeszników" powędrowała statuetka za najlepsze zdjęcia - po raz pierwszy w historii tej kategorii odebrała ją kobieta, Autumn Durald Arkapaw. Dla wielu mimo wszystko pewnym zaskoczeniem jest również fakt, że Michael B. Jordan ostatecznie pokonał Timotheego Chalameta ("Wielki Marty") w pierwszoplanowej, aktorskiej kategorii. Znajdował się w niej również Leonardo DiCaprio, ale on od początku nie był uznawany za faworyta.
Nie bez znaczenia jest też rozmiar zwycięstwa. W tym przypadku już nie liczy się aż tak mocno wspomniane 6:4, ale już inne liczby. "Jedna bitwa po drugiej" łącznie została nominowana w 13 kategoriach. 6 zdobytych Oscarów pozwala na łatwą matematykę - film Andersona zdobył niemal połowę nagród, które mógł. W przypadku "Grzeszników" sytuacja jest nieco słabsza - dzieło Cooglera rozbiło bank w postaci 16 "nomek", ostatecznie wychodząc z gali z czterema, a zatem daje to wynik 25%. Choć oba filmy są absolutnie wspaniałe, liczby dla jednego z nich okazały się szczególnie surowe.
Najlepsze i tak jest jednak to, że choć dyskusja związana z indywidualnym odbiorem obu filmów była bardzo żywa, pomiędzy "Jedną bitwą po drugiej" a "Grzesznikami" nie czuć było jakiejś toksycznej, napędzającej negatywne emocje względem siebie nawzajem. Rywalizowały ze sobą dwie fantastyczne wizje znakomitych reżyserów, którzy zostali docenieni w różnych kategoriach. Historia oceni, który film się lepiej zapisze w zbiorowej pamięci. W moim wymarzonym świecie taki los powinien spotkać oba tytuły.
Więcej o Oscarach 2026 przeczytacie na Spider's Web:
- Niesamowity występ podczas gali Oscarów. Patrzcie, jak buja
- Polak, który dostał Oscara. Kim jest Maciek Szczerbowski?
- Jedna bitwa po drugiej zgarnęła najważniejszego Oscara. A jak poszło jej konkurentom?
- Oscary 2026 już wręczone. Które filmy zgarnęły statuetki?
- Polska mistrzem Oscarów? Sprawdzamy, jak nasi twórcy poradzili sobie na gali



















