REKLAMA

Chalamet dostał zimny prysznic na Oscarach. To kara za arogancję

Im bliżej było Oscarów, tym takiego obrotu spraw spodziewało się coraz więcej osób. Ubiegłej nocy stało się jasne, że to nie Timothee Chalamet odbierze nagrodę dla najlepszego aktora. Choć uważam, że zasłużył na nią, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że równocześnie sam mocno przyczynił się do tego, że przeszła mu koło nosa.

timothee chalamet aktor oscary
REKLAMA

W dzisiejszych czasach kwestionowanie talentu Timotheego Chalameta byłoby dość ryzykownym ruchem. Nie ze względu na rzeszę fanów mogących stanąć w jego obronie, ale przede wszystkim dlatego, że jest wybitnym aktorem. Timmy to absolutny multitalent, który odwiedził wiele gatunków filmowych i w każdym prezentował się przynajmniej dobrze. Trzy nominacje do Oscara (mając zaledwie 30 lat) nie wzięły się znikąd - to efekt długiej pracy nad swoim warsztatem. Chalamet jest dla naszej poki tym, kim dla poprzedniego pokolenia był Leonardo DiCaprio, a dla jeszcze dalszego - np. Marlon Brando.

REKLAMA

Timothee Chalamet bez Oscara. Lepszy aktor niż PR-owiec

W trakcie nocnej gali rozdawania Oscarów okazało się, że nie tylko Timotheemu Chalametowi jest dane obejście się smakiem. Film, w którym grał główną rolę, "Wielki Marty", miał na koncie aż 9 nominacji do najważniejszej branżowej nagrody. Ostatecznie to właśnie jemu przypadł wątpliwy zaszczyt bycia największym przegranym - nie zdobył bowiem ani jednej statuetki. Było to pewne zaskoczenie, zwłaszcza, że Chalamet przez bardzo długi okres czasu był praktycznie faworytem, frontrunnerem, murowanym kandydatem do zwycięstwa. I wówczas pojawił się balet z operą...

Pod koniec lutego do sieci trafiła rozmowa Timothee Chalameta z Matthew McConaugheyem. Panowie, mający za sobą współpracę w filmie "Interstellar" rozmawiali przede wszystkim o kinie. W międzyczasie Chalamet poruszył słynny już temat baletu i opery. Powiedział wówczas:

Nie chciałbym pracować w balecie lub operze, gdzie panuje atmosfera typu: "Hej! Utrzymajcie to przy życiu, mimo że nikogo to już nie interesuje". Z całym szacunkiem dla ludzi związanych z baletem i operą... Właśnie straciłem 14 centów w oglądalności. Bez powodu narażam się na krytykę.

Nie ma co rozkładać już na czynniki pierwsze tego, czy opera i balet kogoś interesują, czy nie. Każda z tych "sekcji" sztuki ma swoich wiernych fanów, którzy będą się przerzucać - zapewne słusznymi - argumentami. Pozwolę sobie tylko dodać, że z mojej perspektywy kino jest znacznie bardziej dostępne i ma mniej "elitarny" charakter.

Powyższa wypowiedź Chalameta dla mnie sama w sobie nie jest wielkim problemem. Jest częścią problemu, który aktor, w dużej mierze, sam sobie zgotował.

Gdyby w wyścigach po Oscara liczyły się wyłącznie umiejętności aktorskie, nie mam wątpliwości, że Chalamet wyszedłby na scenę po odbiór nagrody. Cieszę się z ostatecznego werdyktu i Oscara dla Michaela B. Jordana, ale Timothee w roli Marty'ego Mausera to ekstremum w najlepszym znaczeniu tego słowa. Stworzył kreację, która wzbudza mnóstwo sprzecznych emocji, niebywale przyciąga uwagę, sprawia, że kocha się go nienawidzić i nienawidzi się go kochać. Chalamet wskoczył na tak gigantyczny poziom, że zastanawiam się, kogo musiałby zagrać, by mieć większą szansę na zwycięstwo. Drugiej tak totalnej kreacji jak Mauser, nawet przy jego zdolnościach, może nie być prędko.

Wiemy jednak, że to nie wyłącznie umiejętności przesądzają o wygranej. I nie, nie mam tu na myśli jakiegoś "woke", "poprawności politycznej", jak pewnie niektórzy komentatorzy chcieli przypisać werdykt. Liczy się kampania. Oscary w pewien (oczywiście nie dosłowny) sposób przypominają wybory polityków - oprócz ich "jakości" liczy się ich osobowość, to czy zdobędą nasze serca, czy zniechęcą do siebie. W przypadku Chalameta wielu zapewne imponowała forma ofensywnej autopromocji. Mnie również - dobrze, że aktor jest świadomy swojej (zasłużonej) popularności, pracuje nad nią, by się nie rozmienić na drobne, a jednocześnie napędza go pragnienie wielkości.

To dobra cecha, z tym, że w przypadku Timmy'ego mocno zatarła się granica pomiędzy wielkimi aspiracjami a bufonadą. Choć go uwielbiam, niestety mam wrażenie, że wajcha przesunęła się zbyt mocno w tę drugą stronę, a to, co najzagorzalszych fanów aktora podkręciło, pozostałych odrzuciło, uznając za przesadne.

Przez sporą część kampanii oscarowej można było odnieść wrażenie, że nie wychodzi z roli Marty'ego - irytującego wszystkich wokół gościa, który chce wysoko doskoczyć, nie zważając na innych. Jeśli po coś stworzono słowo "przedobrzyć", to właśnie dla opisania tego, jak Chalamet podszedł do własnego PR-u. Nie mam zamiaru dołączać do chóru, który będzie wyśmiewał aktora i po raz tysięczny żartował "hehe, Chalamet, balet, opera" - co innego merytoryczna krytyka jego słów, a co innego wylewane na niego przez wielu z satysfakcją wiadro pomyj. Nie jestem jednak również zdziwiony, że zamiast właśnie jego, wybrano Jordana - nie tylko równie świetnego w swojej roli aktora, ale zdecydowanie bardziej skromnego i mniej aroganckiego.

Na ten moment spodziewam się, że Timotheego czeka swego rodzaju efekt Leonardo DiCaprio - dużo nominacji w młodym wieku, zero nagród, by powrócić po czasie w glorii chwały. Wierzę, że wynik nocnej gali nie wpłynie na talent i dobieranie ról przez Chalameta - to aktor z ogromną świadomością w tym zakresie, silnie pracujący nad tym, by jak najlepiej wcielić się w swoją postać. Liczę jednak, że będzie on czymś na kształt zimnego prysznica, który pozwoli mu przemyśleć prowadzoną kampanię, scharakteryzować poniesione porażki, by wrócić i pokonać konkurencję.

REKLAMA

Czytaj więcej:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-16T11:21:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-16T09:56:14+01:00
Aktualizacja: 2026-03-16T08:50:16+01:00
Aktualizacja: 2026-03-16T03:36:32+01:00
Aktualizacja: 2026-03-15T11:21:00+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA