REKLAMA

"Ród smoka" idzie po koronę króla fantasy. I tylko ta czołówka zawodzi

"Ród smoka" zaliczył świetny start pod względem oglądalności oraz otrzymywanych od widzów ocen i na razie nic nie wskazuje, by serial miał zatrzymać się w swojej drodze na szczyt. Kolejny epizod spin-offa "Gry o tron" pt. "Książę Łotrzyk" jest w zasadzie równie udany, co poprzedni. I tylko nowa czołówka nie wytrzymała starcia z oczekiwaniami widzów.

ród smoka recenzja 2 odcinek
REKLAMA

Na HBO Max można już obejrzeć 2. odcinek prequela "Gry o tron". "Ród smoka" nadal trzyma wysoki poziom, ale przynosi też jeden wyraźny zawód. Fani z niecierpliwością wyczekiwali na premierę nowej czołówki, ale ta okazała się sporym zawodem. Czemu dają wyraz w mediach społecznościowych.

REKLAMA

W ostatnich dniach powiedziano w zasadzie wszystko o premierowym odcinku "Rodu smoka". Jedni oceniali go jako osobne dzieło, inni porównywali z otwarciem "Gry o tron", a jeszcze kolejni zabrali się za analizowanie easter eggów oraz nawiązań do serii "Ogień i krew". Emocje związane z oczekiwaniem na następny epizod były ogromne. Po pierwsze, widzowie chcieli przekonać się, czy "Ród smoka" podtrzyma poziom, a po drugie, czy HBO udała się nowa czołówka. Odpowiedź na te dwa pytania nie jest do końca zbieżna.

Ród smoka - odcinek 2. recenzja:

Uwaga! Tekst zawiera drobne spoilery z 2. epizodu spin-offa.

O ile debiut "Rodu smoka" skupiał się na najważniejszych bohaterach i ustawieniu ich na szachownicy, o tyle kolejny odcinek koncentruje się raczej na zarysowaniu dwóch głównych konfliktów, wokół których będzie kręcić się ten sezon. Pierwszy z nich to wojna o Stopnie, czyli zbiór zamieszkanych przez piratów wysepek znajdujących się między Westeros i Essos. W czasach Viserysa I przejął je Triumwirat założony przez Lys, Myr i Tyrosh, który kazał płacić sobie solidne myto za podróże statków należących między innymi do Corlysa Velaryona. Tak przynajmniej jest w książkach, bo serial przyjął nieco inny obrót zdarzeń.

Główną rolę pełni w nim człowiek o przydomku Karmiciel Krabów (jego prawdziwe imię to Craghas Drahar). Jego strategia w "Rodzie smoka" jest zdecydowanie bardziej agresywna i wprost wymierzona w Westeros. Zatapianie kolejnych statków ustawia jednak admirała Triumwiratu na bezpośrednim kursie kolizyjnym z Velaryonem żądającym wsparcia od korony.

W tym czasie Viserys i jego Mała Rada są jednak zajęci przede wszystkim kwestią sukcesji i drugiego małżeństwa króla. W nowym odcinku dostajemy jeszcze więcej okazji, by poznać władcę z rodu Targaryen i jego charakter. Co jest pod każdym względem świetną wiadomością, bo grający go Paddy Considine z całej obsady wyróżnia się póki co najbardziej na plus.

Nie mam tu na myśli, że inni aktorzy grający w "Rodzie smoka" prezentują niski poziom. Wręcz przeciwnie, obsada jest niezwykle mocna. Choć potrzeba chwili, by przyzwyczaić się do niektórych z jej elementów. Mam jednak wrażenie, że taki Matt Smith bardzo szybko zgarnie sympatię większości widzów, bo jego portret Daemona Targaryena naprawdę nie jest tak przesadzony, jak mogłoby się wydawać w pierwszej chwili. Jeden z ulubionych bohaterów George'a R.R. Martina naprawdę kryje w sobie pokłady głębi, co Smith uzewnętrznia w chyba najlepszej scenie odcinka - konfrontacji na Smoczej Skale.

"Ród smoka" rozkręca się dosyć nieśpiesznie, ale to jest jego wielką zaletą.

Nie spodziewajcie się po tym serialu jazdy bez trzymanki od pierwszej do ostatniej minuty. Showrunnerzy spin-offa wyraźnie wzięli sobie do serca krytykę dziennikarzy i fanów wymierzoną w ostatnie sezony "Gry o tron". Dlatego nowa produkcja HBO wróciła do formuły, która sprawdzała się wcześniej. "Ród smoka" podobnie jak pierwsze części "Gry o tron" jest pełen rozmów, planowania, powolnie rozgrywających się intryg i fabularnych zwrotów akcji.

Udostępniony dzisiaj odcinek nie jest może najbardziej ekscytującą rzeczą pod słońcem, ale w "Rodzie smoka" chodzi po prostu o coś więcej niż tylko o "krew, cycki i smoki". Tak jak, wbrew obiegowej opinii, więcej kryła w sobie "Gra o tron". Przynajmniej przez pierwsze cztery sezony. Mniej przezorny scenarzysta rzuciłby nas może od razu w wir walczących w powietrzu smoków i sam środek wojny domowej, ale twórcy prequela rozumieją, że najpierw musimy poznać postaci biorącej udział w tym spektaklu i zrozumieć, co jest dla nich ważne. Inaczej późniejsze dramaty nie będą nas obchodzić nawet w połowie tak bardzo, jak powinny.

Osobne słowo po dzisiejszym odcinku należy się czołówce "Rodu smoka".

Intro do "Gry o tron" było absolutnie ikoniczne i pobicie go nie wydawało się możliwe. Mimo to oczekiwania w fandomie sięgały zenitu. Zwłaszcza, że HBO w poprzednim tygodniu nie pokazało czołówki spin-offa. Niestety, w tym wypadku cierpliwość nie bardzo popłaciło. Wielu widzów nie ukrywa, że czują zawód nowym intro. Stacja poszła bowiem w dosyć wyraźne kopiowanie, ale jednocześnie chyba nie do końca zrozumiała, co czyniło poprzedni opening tak świetnym.

Ród smoka intro
REKLAMA

Czołówka "Gry o tron" przedstawiała nam cały świat, przypominała najważniejszych graczy konfliktu i pozwalała umiejscowić ich na mapie Westeros i Essos. W "Rodzie smoka" zastosowaną identyczny styl wizualny i ten sam utwór muzyczny, ale bez podobnej klarowności. Nowe intro jest po prostu dziwaczne i nie powie nic osobom, które nie mają za sobą lektury "Ognia i krwi".

Czarne mury oglądane w trakcie to w rzeczywistości Stara Valyria, a symbole między którymi płynie krew oznaczają kolejnych władców z rodu Targaryenów. W czym, mówiąc wprost, wyjątkowo trudno połapać się za pierwszym a nawet drugim razem. Dało się to naprawdę zrobić lepiej. Jeżeli jednak słaba czołówka ma być koniec końców największym problemem "Rodu smoka". to naprawdę otrzymamy fenomenalny serial.

*Tekst pierwotnie ukazał się 29 sierpnia.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA