Czy da się stworzyć historię jeszcze bardziej intensywną i bolesną niż głośny „Reniferek”? Richard Gadd powraca z serialem „Półbrat”, udowadniając, że jak nikt inny potrafi zaglądać w bebechy swoich bohaterów.

Są takie historie, których nie da się opowiedzieć bez emocji. Co jednak, jeśli emocje zaczynają dominować nad całą historią, spychając na dalszy plan inne, tak potrzebne przecież elementy? To pytanie zadawałem sobie cały czas oglądając nowy serial od twórcy „Reniferka”, czyli „Półbrata”.
Półbrat – recenzja
Nialla poznajemy w dniu jego ślubu, gdy po latach wreszcie spotyka się z bratem Rubenem. Dochodzi między nimi do czegoś na kształt bójki, a następnie przechodzimy do momentu, gdy ich relacja się zaczęła. Matki obu chłopców były ze sobą w nieformalnym związku i gdy Ruben wyszedł z zakładu poprawczego, dorastający mężczyźni zamieszkali w jednym pokoju.
Dynamika ich relacji wynika z różnicy charakterów. Niall jest zahukany, zamknięty w sobie i choć jest bardzo inteligentny, to przez znaczną część czasu widzimy, jak inni ludzie łamią jego granice, a on pozostaje bezradny. Z kolei Ruben to niespokojna dusza, łobuz, młodociany przestępca i osiedlowy macho. Gdy opadnie pierwsza niechęć, magnetyzm Rubena zacznie ściągać Nialla w swoją orbitę, a on chętnie w nią wejdzie. Kolejne odcinki pokażą jak zbliżają się i oddalają, jak wyglądają ich życia razem i jak wyglądają osobno.
I jeszcze jeden ważny wątek.
Richard Gadd, twórca „Reniferka”, jak nikt potrafi opowiadać o tożsamości seksualnej.
Nie ma w jego scenariuszach dydaktyzmu, patosu, czy nastroju komedii romantycznych. Jest znój codziennego poznawania siebie i odkrywania tego, kim się jest niby mimochodem, w ciągłym bólu życia społecznego. „Półbrat” w zupełnie hipnotyzujący portretuje rozbuchaną seksualność Rubena i kontrastuje ją z niepewnością Nialla. Ten drugi nie tyle odkrywa własne potrzeby, co raczej próbuje nie utracić samego siebie, gdy jest w pobliżu swojego dominującego brata.

Ich przyjaźń, a może miłość to toksyczna mieszanka, która wynika z tego, iż życiach obu występował jakiś brak. „Półbrat” bardzo intensywnie portretuje konsekwencje tych braków. Każdy odcinek to emocjonalna jazda. Natężenie sprzecznych uczuć jest tak duże, że pojedynczy epizod byłby w stanie obdzielić niejeden bezduszny serial. Z drugiej jednak strony Gadd do tego stopnia nie oszczędza swoich bohaterów, a przy okazji widza, że produkcja w całej swojej intensywności jest trudna do przetrwania. Pamiętam, że podobne uczucie gigantycznego przytłoczenia miałem w czasie oglądania „To wiem na pewno”, innej produkcji HBO. Choć w serialu z 2020 roku większy nacisk kładziono na cierpienie ciała, to „Półbrat” to trud podobnego kalibru.
To jednak nie zmienia faktu, że „Półbrat” to serialowa waga ciężka.
Wyjątkowo sprawnie napisane dialogi zostały wsadzone w usta fenomenalnej obsady. Nie mówię nawet o tym, że w Rubena wciela się sam Richard Gadd, a w Nialla kapitalny Jamie Bell. Największe wrażenie robią role Stuarta Campbella i Mitchella Robertsona, którzy wcielają się w młode wersje głównych bohaterów. To najlepsze role w serialu i czułem pewne ukłucie żalu, gdy znikali z ekranu.
Czy możemy powiedzieć, że Gadd dowiózł serial na poziomie „Reniferka”? Jest to pewne uproszczenie, ale tak, to równie mocna i przejmująca produkcja. „Półbrat” to jednak coś więcej, bo tym razem twórca działa w znacznie dłuższym formacie, a dzięki przestrzeni, którą ma, może jeszcze głębiej zajrzeć w bebechy swoich bohaterów. W ogólnym rozrachunku działa to na korzyść serialu, ale kosztem, jaki trzeba ponieść, jest obcowanie z głębokim, ludzkim cierpieniem. Zostaliście ostrzeżeni.
Więcej o serialach HBO Max poczytasz na Spider's Web:



















