Michael Jackson to nie tylko wokalista. To tancerz, artysta, marka, instytucja, jedna z najważniejszych postaci współczesnej, światowej kultury. Postać o tak bogatym i złożonym życiorysie, że - niezależnie od jej oceny - zasługiwała na film, który postara się być rzetelnym spojrzeniem na narodziny gwiazdy. Niestety, "Michael" nim nie jest, choć zupełne przekreślanie go też jest błędem.

Niewiele było w historii takich osób, o których słyszano i na widok których entuzjastycznie reagowano na niemal każdym zakątku globu. Jednym z nich był właśnie Michael Jackson - przedwcześnie zmarły Król Popu, władca serc i dusz publiczności, której uwagę przykuwał wyjątkowym głosem, legendarnym tańcem - dosłownie całym sobą. Śpiewał o wszystkim: miłości, konieczności naprawy świata, bezsensowności podziałów i rasizmu. Choć z racji późniejszych, poważnych oskarżeń o przemoc seksualną Jackson nie miał czystej karty, a ich widmo unosiło się nad nim do śmierci (i po niej), nie podważyło to nigdy jego statusu ikony popkultury. Widać, że "Michael" nie ma ambicji, by zmieniać ten stan. Sama Paris Jackson, córka gwiazdora, uznała scenariusz filmu za przesłodzony. Miała rację?
Michael - recenzja filmu. Witamy w Nibylandii
Michaela (Juliano Krue Valdi) poznajemy jako najmłodszego z rodzeństwa Jacksonów, jedną piątą muzycznego kwintetu, zarządzanego przez despotycznego, przemocowego i wściekle głodnego sukcesu rodziny ojca, Joe (Colman Domingo). Lata lecą, a młody Jackson zaczyna wybijać się na tle braci i przyciągać uwagę wytwórni. Z biegiem czasu Michael (Jaafar Jackson w dorosłej wersji) zaczyna odczuwać coraz większe pragnienie uwolnienia się od ojca i artystycznego wyjścia na swoje.
Muzyczne biopiki ostatnimi czasy wyjątkowo ochoczo preferują opowiadanie o wycinku z historii bohatera i przykładanie się do tego, by przenosząc ją na język kina, rzetelnie i z polotem pokazać niełatwe tematy z życia głównego bohatera. Reprezentantami tej - będącej dowodem na twórcze postępy gatunku, szkoły - są chociażby "Rocketman" czy "Better Man": oba o wyrazistych muzykach, których droga do wielkości była usłana, mówiąc ogólnie, wieloma problemami natury osobistej. W przypadku Jacksona również tego nie brakowało (mowa m.in. o mającej przemocowy wymiar surowości ojca). Nie od dziś jednak wiadomo, że w pozbawionych pomysłowości rękach, nawet najciekawszy życiorys nie doczeka się interesującej ekranizacji. Niestety, "Michael" to właśnie ten przypadek.
Symptomatyczne jest, że za "Michaela" odpowiada m.in. Graham King, producent żenująco grzecznego i wypłaszczonego "Bohemian Rhapsody". Niestety, biografia Jacksona jest osadzona w podobnych jakościowo rejestrach. Wyoutowałem już producenta, ale warto też zauważyć, że za scenariusz odpowiada wyjadacz w swoim fachu - John Logan. Facet napisał "Gladiatora", "Skyfall", tworzył z dobrymi efektami dla Zwicka, Scorsesego czy Burtona. Nic to jednak w sytuacji, kiedy większość producentów wykonawczych łączy nazwisko "Jackson".
Już na tym etapie ciężko było spodziewać się, że dostaniemy coś innego niż laurkę wobec głównego bohatera.
Słowo się stało ciałem - "Michael" to film, który celebruje wielkość Króla Popu, ale niekoniecznie ma odwagę, by spróbować ją zgłębić. Niemal każdy zorientowany popkulturowo widz wie, w czym tkwił geniusz artystyczny Michaela Jacksona, ale film, który wyreżyserował Antoine Fuqua, nie podaje żadnych ciekawych odpowiedzi na to pytanie. Co gorsza, często przypomina ekranizację Wikipedii - skacze po faktach, zamiast pozwolić na to, by widz je zrozumiał. Montaż też tu nie pomaga - co jeden ciekawy moment fabularnie, to chwila później: ciach, wracamy do karuzeli z koncertowymi ujęciami.
Jakby tego było mało, sprawdziły się przewidywania o płaskości w przedstawieniu Jacksona. Wyjątkowe dziecko, któremu przeznaczona jest wielkość, dobroduszny artysta, który uratuje małpkę, podpisze dzieciom zabawki w sklepie czy szpitalu, mający niewyczerpane pokłady empatii, pomysły, a nawet połączy nielubiących się gangsterów. I tak dalej, i tak dalej. Żeby jednak nie było, że tylko smędzę - to, że "Michael" koncertowo marnuje swój potencjał, nie znaczy, że nie ma w tej opowieści ciekawych punktów zaczepienia.

Fuqua i Logan ograniczają się do sygnałów i przerywników, ale gdzieś pomiędzy głównym nurtem fabuły udaje im się pokazać ciekawe tropy. Mowa tu m.in. o dalekiej od ciepła relacji ojca z synem, stosunkach między Michaelem a pozostałymi, mniej nastawionymi na flesze braćmi, wyraźnie pojawiająca się "dziecięcość" Jacksona, widzącego siebie jako Piotrusia Pana, który najchętniej odleciałby do Nibylandii, dawał ludziom radość, bawił się ze swoimi zwierzętami, a wieczorami oglądał filmy z Charliem Chaplinem.
To właśnie ten drobny aspekt historii Jacksona wydał mi się najbardziej interesujący - jego marzycielska i na swój sposób odklejona osobowość, wewnętrzne dziecko, które mimo większej metryki bawi się zabawkami i wierzy w wygłaszane przez siebie komunały o niesieniu dobra, jakby nie rozumiał, że świat nie jest tak czarno-biały, jak sądzi. Finalnie otrzymujemy misz-masz, pozbawioną chęci jakiejś ciekawszej polemiki, historię. Nie ma tutaj interesującej wewnętrznej walki, ale za to jest sporo banałów i płytkich przemyśleń czy dialogów.
W pewnym momencie filmowy Joe Jackson mówi do Michaela: "powiedziałem ci, co masz myśleć". Dokładnie tak samo twórcy filmu traktują jego odbiorców.
Wielu zapewne nie będzie to przeszkadzać, ponieważ podstawową funkcją "Michaela" jest przegląd największych szlagierów Jacksona, do których można potupać nogą, pobujać się w fotelu na sali kinowej, lub po wyjściu nucić je pod nosem. To mu się udaje, przy czym warto dodać, że Juliano Krue Valdi i Jaafar Jackson nie śpiewają swoimi gardłami utworów Króla Popu - obaj jednak starają się nadać filmowi koloru. Mały Juliano ma w sobie naturalną i niezwykłą żywotność, ale równocześnie spory ból spowodowany traktowaniem ze strony ojca.

Jaafar Jackson miał chyba najtrudniejsze zadanie - zagrać swojego wujka, zmierzyć się z legendą jednego z największych artystów w historii, a także wiernie odwzorować jego jedyną w swoim rodzaju sceniczną prezencję. Nie we wszystkim scenariusz mu pomógł, ale jego wysiłki aktorskie nie poszły na marne - Jaafar znakomicie uchwyca aurę, którą emanował Michael, umiejętnie przekazuje jego emocje, a na scenie jest prawdziwym kocurem, jako żywo przypominającym legendarnego wuja i jego niezwykłą aurę. Jaafar wykonał ogrom pracy i to widać. Generalnie z "Michaelem" jest tak, że aktorzy przez wadliwy i marnujący ich potencjał scenariusz niewiele mogą, ale próbują nadać swoim postaciom minimum złożoności.
To tyczy się chociażby Colmana Domingo, którego złowieszczość jako Joe Jacksona momentami niebezpiecznie zbliża się do grubej kreski, jakiej Tom Hanks użył w swojej roli w "Elvisie". Na całe szczęście jest on zbyt dobrym aktorem, by wpaść w taką pułapkę. Domingo bardzo przekonująco wypada w roli Joe Jacksona - chciwego patriarchy rodu, żądnego totalnej władzy nad życiem swoich dzieci - zwłaszcza jednego z nich, przynoszącego zyski, prestiż i rozgłos. Z jednej strony nie sposób odmówić mu pewnych życiowych mądrości i poświęcenia dla sukcesu rodziny, z drugiej - czuć mało przyjemne ciarki, gdy wychodzi jego agresywna natura i wypaczona, toksyczna ojcowska miłość. Okrutnie niewykorzystaną postacią jest John Branca grany przez Milesa Tellera, obecnego na ekranie przez może 10 minut? Za mało, nawet dla takiego aktora.

"Michael" to bezpieczna, cierpiąca na braki w dramaturgii, mająca spiłowane do cna pazury hagiografia, której nie zależy na prawdzie o Michaelu Jacksonie, a na podtrzymaniu jego pomnika. Gdy jest szansa na pokazanie czegoś nieoczywistego, ciekawszego, twórcy idą na skróty. Gdybym nie znał twórczości Jacksona wcześniej i nie rozumiał jego geniuszu, ten film wcale by mnie nie przybliżył do tego stanu. Pozostawił mnie za to ze smutną obojętnością i nikłą nadzieją, że prawdopodobna kontynuacja będzie lepsza.
"Michael" już w kinach.
Czytaj więcej na Spider's Web:
- Dlaczego w Diabeł ubiera się u Prady 2 Miranda nie pamięta Andy? Wyjaśnione
- Sydney Sweeney miała wystąpić w Diabeł ubiera się u Prady 2. Scenę wycięto
- Nie liczcie na TEN wątek w Spider-Manie 4. Marvel się go boi
- Nie pozwólcie przepaść jednemu z najlepszych seriali Netfliksa. Zasłużył na więcej
- Fani prawie 30 lat czekali na nowe fantasy. Oczu nie można od niego oderwać



















