REKLAMA

Timothee Chalamet to nowa ikona kina. Nawróciłem się na bycie jego fanem

Każda epoka miała swoją Gwiazdę Kina przez wielkie G i K - aktora, który swoją aurą, ale przede wszystkim wybitnym talentem, zyskiwał powszechne docenienie. Dziesiątki lat temu był to Marlon Brando, później Leonardo DiCaprio. Teraz współczesny świat filmowy ma nowego księcia - jest nim Timothée Chalamet.

timothee chalamet kariera felieton
REKLAMA

To niewątpliwie duże słowa, ale moim zdaniem niedalekie od prawdy. Na świecie nie brakuje dobrych aktorów, posiadających wybitny talent, znakomity warsztat. Ze względu na inne czynniki nie mówi się o nich jako o wielkich gwiazdorach, którzy nie mają oporów by mówić, że ich pragnieniem jest wielkość. Takie deklaracje często bywały i wciąż są uznawane jako dowód egocentryzmu, nadmiernej ambicji, zakochania w sobie. Timothée Chalamet jest niewątpliwie takimi pułapkami zagrożony i z pewnością będą mu one towarzyszyć przez większość kariery. Jest on jednak żywym dowodem na to, że da się im uciekać, budować pozycję artysty nie tylko uzdolnionego, ale świadomego miejsca, w którym się znajduje.

REKLAMA

Niedoświadczony, ale światowy

A droga do tego miejsca zaczęła się w okolicznościach dość komfortowych - Timothée dorastał w sprzyjających jego przyszłej karierze warunkach. Matka - agentka nieruchomości, była broadwayowska tancerka. Ojciec - korespondent Le Parisien, pracujący też dla UNICEF. Gdy do tego dodać bycie bratankiem producentów filmowych i atut w postaci dwujęzyczności (angielski i francuski), nie ma co się oszukiwać - opcja zawodowego sukcesu i stabilności nie była zbyt odległa.

W jednym z niedawnych wywiadów Chalamet puścił oczko do fanów superbohaterskiego kina, sugerując, że przy dobrym pomyśle jest cień szansy na jego aktorski występ w produkcji z tego gatunku. Biorąc pod uwagę wspomnienia, którymi się dzielił, nie dziwi, że nie skreśla superhero cinema. Jak mógłby, skoro - jak sam twierdzi - jego impulsem do zajęcia się aktorstwem było zobaczenie Heatha Ledgera w "Mrocznym rycerzu". Idąc na ten film jako 12-latek, nie spodziewał się, że reżyser tego filmu, Christopher Nolan, powierzy mu - niewielką, ale jednak - rolę w swoim filmie.

W 2014 roku otrzymał od Nolana rolę w "Interstellarze". Wcielił się w Toma Coopera - syna głównego bohatera, granego przez Matthew McConaugheya. Już wówczas udało mu się zaznaczyć swój udział, ale siłą rzeczy nie miał takiej możliwości przebicia, jak jego starsi koledzy: Caine, Hathaway, Chastain, Damon, Affleck. Zanim trafił na wielki ekran, wyrabiał sobie doświadczenie w reklamach, drobnymi obecnościami w telewizyjnych produkcjach, a także na Broadwayu. Niedługo po występie u Nolana na jego koncie znalazły się też m.in. role młodej wersji Jamesa Franco, wnuka Diane Keaton i Johna Goodmana. Pozytywny przełom zbliżał się wielkimi krokami.

Timothee Chalamet i Matthew McConaughey - kadr z filmu "Interstellar"

Timothée Chalamet. Chłopiec, który dojrzał

Wielu ludzi po dziś dzień patrzy na Timothée Chalameta przez pryzmat jego pierwszej wielkiej, mainstreamowej roli, zagranej pod czujnym okiem Luki Guadagnino. "Tamte dni, tamte noce". Bohater Timothée, Elio Perlman, to młody mężczyzna, który odkrywa swoją tożsamość, fascynację i uczucie, które rodzi się wobec goszczącego u jego rodziny doktoranta Olivera (Armie Hammer). Chalamet pokazał wówczas niezwykłe, wyjątkowe pokłady wrażliwości emocjonalne aktorstwo, spojrzenie, w którym kryje się zarówno nieśmiałość, skrytość, jak i odwaga, zdecydowanie. Już wtedy było wiadomo, że jest niezwykłym diamentem, który potrzebuje dobrego szlifowania. Przegrał walkę o Oscara z Garym Oldmanem, ale wiadomo było, że czas Timmy'ego nadejdzie.

Timothee Chalamet - kadr z filmu "Tamte dni, tamte noce"

Przyznam, że choć z czasem doceniłem sam film, jak i kreację Chalameta, przez jakiś czas nie mogłem się do niego przekonać. Przez długi czas, możliwe, że przez własne uprzedzenia, patrzyłem na niego jako figurę "młodego, pięknego chłopca", do którego będą wzdychać fanki, ale którego talent prędzej czy później ulegnie zaszufladkowaniu, rozdrobnieniu. Swoją wrażliwą, choć również mroczną stronę ponownie pokazał w "Moim pięknym synu", gdzie wraz ze Stevem Carellem stworzył mistrzowski, synowsko-ojcowski duet, wiernie oddając przytłaczający stan psychiczny swojego bohatera, Nica.

W "Królu" Davida Michôda pokazał, że umie grać krnąbrnych bezwzględnych. Pod okiem Grety Gerwig w "Małych kobietkach" podzielił się pełną uroku, słodką stroną swojej aktorskiej osobowości. Wystąpił również u Woody'ego Allena jako Gatsby z "W deszczowy dzień w Nowym Jorku", gdzie zagrał główną rolę u boku Elle Fanning. Wówczas, na fali MeToo, do eteru powróciły oskarżenia o molestowanie, skierowane w stronę reżysera. Chalamet wyparł się wówczas związków z Allenem, sam twórca zaś stwierdził, że deklaracja ta była efektem strategii Timothée oraz jego agenta, którzy chcieli w ten sposób zwiększyć szanse na Oscara.

Lisan Al-Gaib śpiewa, podróżuje, czekoladę produkuje

Tych nie miał występując w "The French Dispatch" Wesa Andersona, ale kolejna, definiująca jego karierę rola, była na horyzoncie. Następnym wielkim reżyserem, który dołożył Chalametowi cegłę do zbudowania autostrady do wielkości, okazał się Denis Villeneuve. Reżyserowi udała się rzecz znacząca - za sprawą ewolucji Paula Atrydy ze zmagającego się z przeznaczeniem księcia w charyzmatycznego, politycznego i duchowego przywódcę, doskonale pokazał przemianę, jaką przeszedł sam aktor.

Paul w "Diunie" jest niepewny, zlękniony, targany wątpliwościami, uczący się funkcji dziedzica władzy. W "Części drugiej" widzimy, jak młody Atryda mężnieje, staje się groźny, świadomy swojej potęgi i władzy, którą obdarzają go wyznawcy. Tak samo Timmy staje się Timothéem. Chłopak staje się mężczyzną. Obiecujący aktor staje się supergwiazdą. Jego wybitny, potwierdzający przemianę monolog za ileś lat przejdzie do historii kina i będzie studiowany.

Oba filmy Villeneuve'a niejako potwierdziły to, co zaczynali rozumieć coraz liczniejsi odbiorcy filmów z udziałem Chalameta - ten gość ma nieograniczone zdolności aktorskie. Łzawy dramat, uroczy romans, sensualne kino, wielkie widowisko sci-fi, surowy, historyczny obraz - liczba bezczelnie i brawurowo podbijanych przez Chalameta gatunków tylko rosła. Pomiędzy "Diunami" ponownie nawiązał współpracę z Guadagnino i wcielił się w młodego, skrytego, zbuntowanego kanibala ("Do ostatniej kości"). W "Wonce" udowodnił, że dysponuje wspaniałym wokalem i nie boi się cukierkowego, familijnego kina, a niedługo później zachwycił, w fascynujący sposób łapiąc między złożonością, enigmatycznością, zblazowaniem i dupkowatym usposobieniem Boba Dylana. Druga nominacja do Oscara, znów pokonany - tym razem przez Adriena Brody'ego.

Timothee Chalamet - kadr z filmu "Kompletnie nieznany"

Wielki Timmy. Do trzech nominacji sztuka

Już na etapie pierwszej przygody Chalameta na planecie Arrakis czułem, że moje dawne uprzedzenia do niego były jednym z największych błędów, jakie popełniłem w roli obserwatora filmowego świata. Nawrócenie poskutkowało tym, że od mniej więcej tego momentu czuję się głosicielem jego niebywałego aktorskiego talentu. Ten właśnie dokonał kolejnej, chyba najbardziej spektakularnej eksplozji w całej, dotychczasowej karierze.

Do roli w "Wielkim Martym" Chalamet przygotowywał się od wielu lat, ćwicząc grę w ping-ponga między planami poprzednich filmów. Marty Mauser w jego wykonaniu to postać totalna. Butny i arogancki gówniarz. Dzieciak mający ambicję do przeskoczenia wszystkich przeszkód i zagrania wszystkim na nosie. Cwaniak, który ekspresowo odbija piłeczkę tak przy stole, jak i retorycznie. Nadambitny, wieczny uciekinier, którego ani konsekwencje, ani okoliczności życiowe, ani nawet fasadowość "amerykańskiego snu" nie wytrącą z pędu ku wielkości. Chalamet stworzył niezwykłą kreację - stał się postacią, którą ciężko lubić, ale jeszcze trudniej oderwać wzrok od jej poczynań. Jego następna rola również zapowiada się interesująco - wystąpi w reżyserowanym przez Jamesa Mangolda "High Side" jako były motocyklista, którego brat wraca po latach z propozycją wspólnych napadów na bank.

Postawmy sprawę jasno - Timothée Chalamet jest dzisiaj postacią, na barkach której leży przyszłość kina, tak jak kilkanaście 20-30 lat temu jej "nosicielem" był Leonardo DiCaprio. "Naprawdę gonię za wielkością. Wiem, że ludzie tak nie mówią, ale chcę być jednym z wielkich" - stwierdził Chalamet, odbierając nagrodę Gildii Aktorów Ekranowych za rolę w "Kompletnie nieznanym". Rolą Marty'ego Mausera potwierdza, że nawet jeśli jeszcze nie dogonił celu, to nigdy nie był go bliżej.

"Wielki Marty" w kinach od 30 stycznia.

REKLAMA

Czytaj więcej:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-01-30T14:51:50+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T14:33:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T13:37:58+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T12:06:38+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T09:35:05+01:00
Aktualizacja: 2026-01-30T08:19:47+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T20:02:10+01:00
Aktualizacja: 2026-01-29T10:11:25+01:00
Aktualizacja: 2026-01-28T19:01:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-28T14:29:28+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T19:54:52+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T18:14:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-27T15:45:00+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA