Choć tytuł nowego filmu Netfliksa mógłby przywodzić na myśl słynny thriller Pedro Almodovara, "W cudzej skórze" to klimaty bardzo, ale to bardzo odległe - mamy bowiem do czynienia z animacją o dwóch zwierzakach, które muszą współpracować dla dobra siebie i swoich rodzin. To film, który zdecydowanie da się oglądać z uśmiechem na twarzy i ciepłem w sercu.

Nie będę ukrywał, że animowane produkcje oglądam znacznie rzadziej niż te z fizycznym udziałem aktorów. Jest bardzo prawdopodobne, że nawet nie zwrócił bym swojej uwagi na ten film, gdyby nie obecność w nim Michaela B. Jordana, świeżo upieczonego zwycięzcy Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę męską. Obserwując branżę, zawsze jest pewną ciekawostką, co aktorzy wybierają jako swoje kolejne projekty po tym, jak dostali najważniejszą nagrodę w świecie kina. Choć MBJ ma kilka tytułów na horyzoncie, chronologicznie pierwszym jest właśnie animacja dostępna na Netfliksie. Wybór na papierze interesujący, a jak wyszło w praktyce?
W cudzej skórze - recenzja filmu. Netflix ma swój Zwierzogród
Norniś imieniem Ollie jako dzieciak był wyjątkowo ciekawski jak na zwierzaka ze swojego gatunku. Samodzielnie sprawdzał co skrywa staw, wybierał się tam gdzie niekoniecznie powinien - wbrew wpojonym przez rodziców wartościom miał w sobie żyłkę odkrywcy. Pewnego dnia, niedługo po tym, jak wydawało się, że nawiązał więź z malutkim krasnowronem, niechcący sprowadził na swoją społeczność zagładę - jego towarzysz sprowadził bowiem inne ptaki, które zdziesiątkowały zapasy psułek, należące do nornisiów. Teraz zwierzaki ukrywają się i są zagrożone śmiercią z głodu. Co gorsza, Ollie (Michael B. Jordan) wskutek niespodziewanego splotu wydarzeń przemienia się…w krasnowrona właśnie, zaś ciało nornisia "przejmuje" ptak imieniem Ivy (Juno Temple). Zwierzęta muszą połączyć siły, by wrócić do dawnych wcieleń.
Za sterami filmu stanął Nathan Greno - facet, który na głośnych animowanych produkcjach zjadł zęby - pracował przy "Mulan", "Moim bracie niedźwiedziu", był współscenarzystą "Rodzinki Robinsonów", pełnił inne role przy "Zwierzogrodzie", "Vaianie", czy "Wielkiej szóstce". Reżysersko trudno ocenić jego dorobek - niby za kamerą ostatni raz siedział w 2010 roku, ale za to z jakim efektem: dał światu "Zaplątaną". Takiej filmografii nie sposób zignorować. Skoro wspomniałem już o "Zwierzogrodzie", to muszę przyznać, że Judy Hopps i Nick Bajer zyskali konkurencję w byciu znakomitym duetem dwóch zwierzaków, które przebywają niełatwą podróż i docierają się, by osiągnąć cel.
Oli i Ivy mają o tyle trudniej, że są, zgodnie z tytułem filmu, w nieswoich ciałach, w związku z czym muszą jeszcze nauczyć się egzystować w nich. On w radykalnych okolicznościach uczy się latania, ona pomysłowo wykorzystuje nowo nabyte zmysły (przyznam, że to jeden z najciekawszych detali tego filmu), ale obydwoje nie od razu rozumieją te zdolności. Dobrze, że twórcy dali bohaterom trochę czasu, by się oswoić z sytuacją, rozpoznać płynące z niej szanse i zagrożenia, przekonać się do swoich nowych ciał, przebić się przez (w tym wypadku zrozumiałe) uprzedzenia. Te są zresztą jednym z głównych środków ciężkości emocjonalnej filmu.

Twórcy na szczęście nie wybierają ścieżki łopatologicznej opowieści o konieczności ponadgatunkowej zgody, ale dają przestrzeń do poznania bohaterów i zrozumienia, skąd biorą się u nich określone postawy i emocje. Backstory Olliego poznajemy wcześnie, dzięki czemu łatwiej jest zrozumieć jego ciekawość, rwanie się do danych czynności, czy zachowanie względem nowo poznanej towarzyszki. Z czasem rozumiemy też, co kryje się za władczym podejściem Ivy oraz jej lekko przytłaczającym charakterem (epizody z udziałem jej sióstr - złoto!). Cieszę się, że położono na oboje duży nacisk - w końcu rozwój bohaterów to podstawa, bez której widz nie zaangażuje się w historię - ale przez to można odnieść wrażenie, że "większy cel" w postaci uratowania Doliny gdzieś umyka.
To jest tak naprawdę punktem wyjściowym całej historii - w końcu Olliego do wydarzeń z fabuły prowadzi ambicja zapewnienia bezpieczeństwa swojemu gatunkowi, naprawienia dawnych błędów. Ten aspekt historii zdaje się znikać zbyt mocno i bezpiecznie wracać w momencie, gdy akurat się przydaje. Zadbano za to o dwa dość spore zwroty akcji - pierwszy jest przewidywalny na maksa, ale drugi potrafi naprawdę wywołać efekt wielkich oczu. Choć od początku wiemy, że bohaterom przeznaczony jest happy end, a pewne rzeczy, jak to w bajkach, dzieją się na słowo honoru, to całościowo scenariusz sprawia, że ich droga do celu jest niełatwa i wciągająca zarazem.
Sumując to wszystko, "W cudzej skórze" okazuje się łapiącą za serducho historią o bohaterach, którzy na co dzień byliby sobie wrogami, ale los połączył ich relacją stopniowo wyzbywającą się wrogości, lęku i nieufności. Ollie i Ivy stopniowo zaczynają rozumieć konsekwencje wydarzeń z przeszłości, także (a może zwłaszcza) te niezamierzone. Przede wszystkim próbują wpłynąć na teraźniejszość - pomóc sobie nawzajem i pokazać, że kluczem do przetrwania jest współdziałanie, a nie życie w strachu przed sobą nawzajem. Może to przesłanie nie jest wielce oryginalne, ale aktualne oraz podane w sposób, który zrozumie i mały, i duży.

Niosą je na swoich barkach w dużej mierze dwie postacie: norniś Ollie i krasnowron Ivy. Pierwszej z postaci głos użyczył Michael B. Jordan i jest to naprawdę świetna decyzja - aktorowi udało się bezbłędnie dopełnić obrazu bohatera, który w małym, puchatym ciałku, skrywa wrażliwość połączoną z energią Olliego i jego nonszalancją, poczuciem, że nic go nie powstrzyma, dociekliwością. Jordan w widoczny sposób świetnie się bawi w tej roli, a nie ustępuje mu w niczym Juno Temple w roli wygadanej, dobrze zorientowanej, ale również zmuszonej do zmierzenia się z wyzwaniami losu, Ivy. Brytyjski akcent bardzo jej pomaga, dodaje elegancji, a w nadmiarze irytuje (w najlepszym znaczeniu tego słowa). Wyróżnić należy też Tracy'ego Morgana za świetną, drugoplanową rolę Leszczaka.
Trzeba również pochwalić warstwę techniczną tego filmu - "W cudzej skórze" zachwyca nie tylko historią.
Tłem dla niej jest olśniewająco skonstruowany świat, zarówno w swej majestatycznej, jak i budzącej strach formie. Szyszkojeże, krasnowrony, nornisie, "korzenne węże", Dzo - te i inne pomysłowo pokazane istoty w ujmujący sposób tworzą jeden spójny, surrealistyczny, tętniący życiem ekosystem. Twórcy odpalają wizualne wrotki w pięknym stylu: animacja jest naprawdę wysokiej jakości, muzyka łagodna i potężna kiedy trzeba, a (hot take) Ogniowilk nie ustępuje w swojej grozie swojemu "kuzynowi" z "Kota w butach: Ostatnie życzenie". Film też momenty, w których wykazuje świetny kinowy potencjał - jestem przekonany, że oglądanie na wielkim ekranie sceny z płonącą Doliną byłoby wyjątkowym przeżyciem.
"W cudzej skórze" to zachwycająca, nieraz wzruszająca filmowa alegoria dzisiejszego świata, która zarówno na poziomie tego, co dla oczu, jak i opowiadanej historii, zostaje w pamięci po seansie. Netflix dowiózł kino, które angażuje, nie jest przesłodzone, serwuje dużą dawkę przygody oraz prawdziwych, szczerych emocji.
"W cudzej skórze" jest dostępne do obejrzenia na Netfliksie.
Czytaj więcej:
- Netflix potrzebował takiego filmu wojennego. Wbije was w fotel
- Stranger Things kochało lata 80. Opowieści z 85 kochają Stranger Things
- Netflix od dawna nie miał tak kinowego thrillera. Ściska w żołądku przez cały seans
- Kasztanowy ludzik Netfliksa wraca z 2. sezonem. Kiedy premiera?
- Teściowie 3 lecą na Netfliksa. Pół Polski na to czekało



















