REKLAMA

Czy 28 lat później: Świątynia kości to najlepszy film z serii? Recenzja

Fakt, że kontynuację „28 lat później” pt. „Świątynia kości” zrealizuje Nia DaCosta, nie zaś, jak było do tej pory, Danny Boyle, nieco mnie zaniepokoił. Jakkolwiek twórczyni nowego „Candymana” udowodniła, że potrafi zrobić niezłe kino, jej portfolio nie powala. Boyle zaś dał nam w zeszłym roku obraz zaskakujący i kompletnie odjechany, coś, co - mimo licznych wad - okazało się jednym z ciekawszych kinowych przeżyć 2025 r., przynajmniej w moim odczuciu. Dziś - z pokorą i wielką ulgą - biję się w pierś.

OCENA :
8/10
28 lat później świątynia kości recenzja filmu opinie
REKLAMA

W ubiegłym roku Danny Boyle zaproponował światowej publiczności nieoczywisty filmowy powrót do swojego kultowego już cyklu horrorów o skutkach epidemii groźnego zombie-wirusa. Nieoczywisty, bo drastycznie różniący się (a nawet odcinający) od poprzednich odsłon: posiadający odrębny, unikatowy styl, specyficzną narrację. szaleńczo dynamiczną reżyserię, bazujący na pomysłach tak osobliwych, że w istocie eksperymentalnych.

Nie wszystkim się to spodobało, co jestem w stanie zrozumieć - w tej przepięknej opowieści o umieraniu nie wszystko zadziałało; produkcja na zmianę potykała się i ekscytowała. Osobiście jestem wielkim miłośnikiem takich prób - wyglądało to tak, jakby ktoś spuścił Boyle’a ze smyczy i dał mu wolną rękę, a ten to wykorzystał, nie przejmując się ograniczającą zachowawczością dużych studiów. Efekt to film „jakiś”, przede wszystkim poszukujący, na swój sposób fascynujący, hipnotyzujący i niegłupi. Więcej takich zabaw nam trzeba.

Jego bezpośrednia kontynuacja - również bazująca na tekście Alexa Garlanda, jednak tym razem ze wspomnianą Nią DaCostą za sterami - okazała się natomiast produkcją zdecydowanie bardziej zwartą, świadomą tego, czym chce być i stonowaną (choć, podkreślę, wciąż mówimy o tytule pulsującym i lekceważącym kompromisy). Trochę szkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że reżyserce udało się nakręcić film pod wieloma względami bardziej udany. Być może nawet najlepszy w cyklu.

REKLAMA

28 lat później: Świątynia kości - recenzja filmu

„Świątynia kości” rozpoczyna się niedługo po finale poprzedniego filmu. Dowodzony przez Sir Lorda Jimmy’ego Crystala (Jack O’Connell) gang Jimmych, choć ocalił Spike’owi (Alfie Williams) skórę, należy do tych buszujących po post-epidemicznych pustkowiach grup, od których lepiej trzymać się z dala. Banda upatrzyła sobie przewodnika w samym Szatanie i w jego imieniu terroryzuje napotkanych ocalałych, torturując i bezwzględnie mordując.

Spike’owi udało się wprawdzie wyjść cało z próby, przed którą go postawiono, teraz jednak - jako kolejny Jimmy - musi usługiwać psychopatycznemu Crystalowi, człowiekowi, który podaje się za syna Starego Nicka, czyli Diabła we własnej osobie. Próba dezercji karana jest śmiercią. Zastraszony chłopak śmiertelnie boi się zarówno sprzeciwić, jak i wziąć nogi za pas. Tymczasem dr Ian Kelson (Ralph Fiennes) konsekwentnie eksperymentuje na jednym z zarażonych - alfie Samsonie - i dochodzi do zaskakujących wniosków.

DaCoście udała się niełatwa sztuka: z jednej strony nie mamy wątpliwości, że poruszamy się po tym samym co wcześniej świecie, śledzimy losy znanych postaci i uczestniczymy w kontynuacji opowieści snutej w ranach spójnego cyklu. Z drugiej: filmowczyni z całą pewnością nie powtarza bo Boyle’u, przeciwnie; podejmuje pewne ryzyko i odchodzi od ustalonego na nowo kanonu, stawiając na własny styl i sposób opowiadania historii. Chropowaty, ale i intensywny kolorystycznie, a montażowo wręcz obłąkańczy model filmowania i reżyserii został wygładzony na rzecz czegoś bardziej tradycyjnego.

DaCosta, realizując ten bardziej oszczędny w wątkach i postaciach scenariusz, postanowiła w pełni skupić się na dość makabrycznej i intensywniejszej akcji, rezygnując z licznych wizualnych rozpraszaczy czy stylistycznych podkreśleń. To, jak opowiada obrazem - to znaczy: wybierając cierpliwość i bezruch zamiast nerwowych (ale i fascynujących) środków wyrazy poprzednika - wystarczająco skutecznie buduje napięcie i niepokój. Jest inaczej, pod wieloma względami bardziej powściągliwie, ale ani przez moment nie miałem wrażenia, że czegoś mi brakuje. DaCosta umiejętnie równoważy grozę, makabreskę i bardziej teledyskowe elementy. O ile w przypadku zeszłorocznego obrazu niektórzy narzekali, że wrażeniu obcowania z arthouse’em towarzyszy poczucie konsumowania tandety (gdzie wady?), o tyle tym razem z całą pewnością nikt nie doświadczy tego drugiego. Jednocześnie - za poprzednikiem - traktuje bezwzględną, krwawą przemoc jako jedno z podstawowych narzędzi opowiadania tej historii. Słusznie. Przemoc zawsze leżała podstaw „28” - podana w formie zawsze jednako brutalnej, ku przypomnieniu, że nie ma różnicy, kto za nią odpowiada - człowiek czy „potwór”. Bo zawsze pozostaje tym samym.

Podoba mi się też sposób, w jaki DaCosta operuje humorem.

Nigdy nie rozwadnia on powagi danej sceny, nie redukuje napięcia, nie służy wytchnieniu widza. To pewnego rodzaju powiew świeżości w cyklu, który dowcipu, nawet tak czarnego jak smoła i nieco abstrakcyjnego, raczej unikał. Okazuje się jednak, że doskonale do niego pasuje.

Podobnie jak poprzednio, równowagą dla krwawych i brutalnych sekwencji są tu sceny skupione na Kelsonie. Teraz możemy to odczuć jeszcze bardziej. Ralph Fiennes, choć wcale nie gra pierwszych skrzypiec, jest rdzeniem, sercem tej opowieści o tym, co może powstać na gruzach starego świata (między innymi - wyrastające ze złych emocji i potrzeb nurty religijne), o apokalipsie przede wszystkim moralnej, ale i o nieśmiertelnej nadziei i poszukiwaniach sensu, o niezłomnej walce o lepsze jutro, o śmiertelności i pamięci. Jeśli uważacie, że w poprzednim filmie kradł każdą scenę, to poczekajcie na to, co pokaże wam „Świątynia kości”. Nie będę wnikał w szczegóły, ale pewna podszyta kultowym utworem Iron Maiden scena to aktorski i reżyserski majstersztyk - to coś, co uwodzi, wprowadza w trans, zachwyca i zapada w pamięć. W zeszłym roku konkurować mógłby z nią jedynie fragment „Grzeszników”, w tym zaś może się okazać, że nie przebije jej absolutnie nic. Już teraz mam ochotę obejrzeć ją ponownie i wiem, że w przyszłości będę do niej wracać wielokrotnie. 

„28 lat później: Świątynia kości” w swych założeniach pozostaje wierna fundamentom serii i ujmuje wykonaniem.

Choć zabrakło mi tu momentów wzruszenia z „jedynki” oraz odrobiny Boyle’owego obłędu, wiem, że DaCosta w gruncie rzeczy dała nam film nieco bardziej kompetentny i doszlifowany, zarazem rozrywkowy i absolutnie niekomercyjny, na swój sposób dziki i bez wątpienia piękny. Zamknęła nim też pewien rozdział, jednocześnie budząc apetyt na więcej: przed nami wielki finał, który dostał już zielone światło. Za sterami ponownie stanie Boyle - co, po seansie „Świątyni”, niektórych może rozczarować. Ku ich własnemu zaskoczeniu.

28 lat później: Świątynia kości - w kinach od 16 stycznia.

Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google 

REKLAMA

Czytaj więcej:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-01-14T13:17:15+01:00
Aktualizacja: 2026-01-14T09:32:51+01:00
Aktualizacja: 2026-01-13T18:59:07+01:00
Aktualizacja: 2026-01-13T14:00:05+01:00
Aktualizacja: 2026-01-13T13:09:36+01:00
Aktualizacja: 2026-01-13T11:20:38+01:00
Aktualizacja: 2026-01-12T15:39:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-12T14:53:06+01:00
Aktualizacja: 2026-01-12T12:56:43+01:00
Aktualizacja: 2026-01-12T11:47:50+01:00
Aktualizacja: 2026-01-12T09:45:36+01:00
Aktualizacja: 2026-01-11T14:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-01-11T11:29:00+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA