Takie filmy science fiction nie zdarzają się często. "90 minut do wolności" nie próbuje nas ostrzegać przed zagrożeniami związanymi ze sztuczną inteligencją. Woli uspokajać nastroje. W jaki sposób?

Nie wyciągnął pochopnych wniosków ten, kto nowe science fiction już po materiałach promocyjnych uznał za zupdate'owaną wersję "Raportu mniejszości". Oba filmy opierają się na podobnym koncepcie. Główny bohater "90 minut do wolności" też musi udowodnić swoją niewinność przed bezdusznym, opartym na algorytmach systemem. Nie ma co prawda Toma Cruise'a, który biega po mieście, jakby wykonywał kolejną misję niemożliwą, ale jest Chris Pratt, który przykuty do krzesła próbuje wytłumaczyć sztucznej inteligencji, że to nie on zabił swoją żonę. Nawet przesłanie całej opowieści jest podobne, bo Timur Bekmambetov ostrzega przed ślepą wiarą w algorytmy. W przeciwieństwie do Stevena Spielberga jest jednak znacznie bardziej wyrozumiały względem AI.
Bo czasy się zmieniły. W 2002 roku wizja Spielberga wydawała się odległa. To, co dzieje się w "90 minutach do wolności" mogłoby się wydarzyć w naszym świecie. Tutaj. Zaraz. Sztuczna inteligencja zdominowała przecież niemal każdą sferę naszego życia. Nietrudno więc sobie wyobrazić, że za chwilę również sądownictwo przy wydawaniu wyroków będzie się posiłkować ChatemGPT, Gemini czy innym Grokiem. Być może dawanie oskarżonym 1,5 godziny, żeby mogli oczyścić się z zarzutów przy wykorzystaniu wszystkich zasobów AI, zostanie uznane za przesadę, ale film Bekmambetova i tak ogląda z tym samym niepokojem, co "Czarne lustro".
90 minut do wolności - nowe sci-fi o AI
Choć tak naprawdę niewiele się tam dzieje. Jest jakaś strzelanina, pościg i eksplozja, ale dla Bekmambetova gatunkowe atrakcje są tylko dodatkiem. W płaszcz science fiction ubiera przede wszystkim konwencję dramatu sądowego. Dlatego przez większość czasu grany przez Pratta bohater rozmawia z wygenerowaną przez AI sędzią Maddox z beznamiętną twarzą Rebeki Ferguson i przegląda sieć. Ma przy tym dostęp do telefonów i innych sprzętów elektronicznych wszystkich osób powiązanych z zamordowaną żoną. Może sprawdzić jej rozmowy i obejrzeć nagrane przez córkę filmiki, bo w świecie przedstawionym każde urządzenie z dostępem do internetu musi być zarejestrowane i łączyć się ze sztuczną inteligencją.
"90 minut do wolności" korzysta więc z klisz kina science fiction. Przecież motyw totalnej inwigilacji obywateli jest tak samo ograny, jak bohater tłumaczący sztucznej inteligencji czym jest intuicja. To ona odróżnia człowieka od AI, bo nie wszystko da się sprowadzić do zero-jedynkowych algorytmów. Nie ma w tym nic odkrywczego. Odkąd tylko detektyw, który stawiał morderców przed zmechanizowanym sądem, zasiada na fotelu jako oskarżony, reżyser coraz usilniej przekonuje nas, że mamy do czynienia z kolejnym filmem, mającym podważać zaufanie do w teorii nieomylnego systemu. Łatwo sprowadza nas w ten sposób na manowce.
Jesteśmy bowiem przyzwyczajeni, że kino jest przeciwko technologii. Od wielu dekad serwuje nam opowieści o sztucznej inteligencji, która usilnie próbuje nas zniszczyć bądź zmienia w pożywienie. W ten czy inny sposób sprowadza na nas zagładę. Dobry tego przykład mieliśmy nawet niedawno w "Psie 51". W neonoirowym filmie Cedrica Jimeneza para detektywów stopniowo wstrząsa fundamentami systemu opartego na sztucznej inteligencji. I choć "90 minut do wolności" ma z francuską produkcją wiele wspólnego - tu i tu AI stanowi prawo - Bekmambetov nie pokazuje buntu maszyn, próbując nas przekonać, żebyśmy przestali dokarmiać algorytmy. Wybiera znacznie mniej przetarty szlak.
To nie jest tak, że dla "90 minut do wolności" nie znajdziemy w kinie precedensu. Już "THX 1138" z 1971 roku nie demonizował sztucznej inteligencji, tylko pokazywał ją jako neutralne narzędzie wykonujące procedury zakodowane jej przez człowieka. Bekmambetov wychodzi z podobnego założenia, bo sędzia Maddox wykonuje zadania, do których została zaprogramowana. Opierając się na chłodnej kalkulacji ustala po prostu prawdopodobieństwo z jakim główny bohater zamordował żonę. Jeśli spadnie poniżej 92 proc. to go wypuści. I dobrze zdaje sobie sprawę ze swej roli. W żadnym momencie nie próbuje udawać człowieka, czy bytu z władzą absolutną.
Z czasem Bekmambetov całkowicie odrzuca paranoję "Infinity Chamber" na rzecz empatii "A.I. Sztucznej inteligencji". Choć początkowo nie potrafią się dogadać, główny bohater i sędzia Maddox w końcu zaczynają współpracować. Jedno przekonuje się do drugiego. Bo "90 minut do wolności" nie podważa zaufania ani do systemu, ani tym bardziej do sztucznej inteligencji. Ona zostaje po prostu wprowadzona w błąd przez człowieka. Tym samym film widzi AI jako narzędzie łatwe do zmanipulowania, aczkolwiek gotowe uczyć się na własnych błędach, żeby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. To wciąż kino technologicznego niepokoju, ale mające dodać nam otuchy. Oswoić z nową technologią.
W "90 minutach do wolności" sztucznej inteligencji daleko jest do ideału. Dokładnie tak jak człowiekowi. Bo to kino, które nadaje AI ludzkich cech. Nie dostrzega w niej zagrożenia, a nadzieję na lepszą przyszłość. Sam Altman, Fei-Fei Li i każdy, kto wyszukiwarkę Google zastąpił ChatemGPT zapewne przyklasną takiemu podejściu. Nie wszyscy podzielą ich entuzjazm. Widzowie przesiąknięci filmami o ciemiężącej ludzkość technologii, zobaczą w produkcji raczej prolog do "Matriksa" bądź "Terminatora".
"90 minut do wolności" już w kinach.
Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google
Więcej o science fiction poczytasz na Spider's Web:
- Najlepsze filmy sci-fi 2025 roku. TOP 11
- Filmy science fiction, na które czekamy w 2026. Jest bogato
- Użytkownicy Disney+, tak uwielbiacie sci-fi, to zobaczcie ten nowy film na platformie
- Jedno z najlepszych sci-fi XXI wieku z datą polskiej premiery. 25 lat na nią czekałem
- Widziałem "Avatara z Temu". To prawdziwa perła złego kina







































