Utarło się, że Bradley Cooper najlepiej reżyseruje sam siebie, bowiem w obu swoich dotychczasowych filmach zagrał główne (znakomite) role. "Czy mnie słychać?" to jego trzecie podejście za kamerą i pierwsze, w którym oddaje ekran innemu aktorowi. Spoiler: najlepsze.

Niemal 10 lat temu Bradley Cooper, za sprawą "Narodzin gwiazdy" zapisał się do grupy aktorów, którzy postanowili spróbować swoich sił w reżyserskim fachu. Wielu zarzuca mu, że jego filmy desperacko błagają o Oscary, że są nastawione na to, by aktor i zarazem reżyser po latach "tylko" nominacji, w końcu zdobył uznanie i chwałę. "Narodziny gwiazdy" i "Maestro", jakkolwiek nieidealne, były dowodami na to, że uczy się jako twórca, nie interesuje go sztampa, a w opowiadanych historiach poszukuje autentycznych emocji, często związanych z życiem w artystycznym świecie.
Czy mnie słychać? - recenzja filmu. Komedia zamiast terapii
Alex Novak (Will Arnett) właśnie rozstaje się z żoną Tess (Laura Dern). Oboje wiedli dotychczas ułożone życie dość typowego małżeństwa z klasy średnio-wyższej. On - finansista, ona - świetna ex-siatkarka, która po zakończeniu kariery zajęła się rodzinnym życiem, dwójka uroczych synów, nierzadkie spotkania z grupą przyjaciół, innymi słowy: zwykła, fajna rzeczywistość. Realia są jednak ciut inne - pomiędzy wspomnianą dwójką od dawna coś się wypala, oboje gasną w oczach własnych oraz cudzych. Alex, niemogący poradzić sobie z nową rzeczywistością, spontanicznie (i wzmocniony ciastkiem z marihuaną) decyduje się wziąć udział w amatorskim stand-upie w jednym z pobliskich pubów. Występ okaże się dla mężczyzny początkiem nowej, na swój sposób oczyszczającej, ale również wymagającej konfrontacji z własnymi uczuciami, drogi.
Reżyserska ścieżka Bradleya Coopera, choć krótka, pokazała nam wiele, zwłaszcza jedno: ma szczególne skłonności do opowiadania o autodestrukcyjnych artystach, jednostkach, które nawet jeśli chcą, realnie nie potrafią koegzystować z tymi, na których im zależy. Jacksona Maine'a zjadała chyląca się ku upadkowi muzyczna kariera doprawiona uzależnieniem od używek. Leonarda Bernsteina - ego, poczucie inności, własnej wyjątkowości, siłą rzeczy tłamszące otoczenie. Alex Novak jest pierwszym bohaterem, któremu Cooper nie pozwala odlecieć w te rejony i pozwala mu kroczyć po ziemi z całym bagażem.
Okazuje się to bardzo dobrym wyborem.
Mam jakąś niewypowiedzianą słabość do tzw. życiowych filmów. Mowa o takich, które fabularnie sobie płyną, bez nadmiernie intensywnego tempa czy wielkich twistów, a zamiast tego uczciwie portretują problemy, z którymi zmagają się bohaterowie, przy okazji łapiąc doskonały balans między ciepłym humorem a trudnym, dramatycznym aspektem ich sytuacji. Takie właśnie jest "Czy mnie słychać?". Alexa i Tess poznajemy w momencie, w którym podejmują decyzję o rozstaniu i zastanawiają się, jak ją wcielić w życie, w czym nie pomagają chociażby wspólne plany z przyjaciółmi. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie?
Cooper wraz z współtworzącymi scenariusz Arnettem i Markiem Chappellem wybierają bezpieczną, ale jak najbardziej uzasadnioną pozycję narracyjną. Nie wyrokują, co się dokładnie działo między Alexem i Tess, kto jest mniej lub bardziej winny. Fakt będzie zaraz dokonany, a Ty, widzu wyciągnij własne wnioski. Słuszne to tym bardziej, że sami główni bohaterowie mają problem z dokładnym sprecyzowaniem, gdzie się zgubili. On kiedyś był duszą towarzystwa, ona za czasów kariery prowadziła intensywne życie. Oni byli kiedyś zgrani, ale z czasem pojawiła się rutyna. A ta, nawet jeśli jest za obopólną zgodą, prędzej czy później frustruje i wypełnia życie wiele mówiącym milczeniem. "Czy mnie słychać?" nie jest naiwną odą do emancypacji, nie próbuje oszukiwać, że rozstanie od tak rozwiązuje problemy, uwalnia. Cooper udanie próbuje złapać obie sroki za ogon - z jednej strony widzi małżeństwo jako relację wystawioną na ryzyko zaniku własnej wyrazistości, z drugiej zaś polega zarówno na szczęściu, jak i wspólnym przepracowaniu nieszczęść, które są taką samą częścią życia.

Alex i Tess nie rzucają w siebie talerzami, rozmawiają, nawet jeśli jest to trudne. Fabularną siłą rzeczy większy ciężar przerzucony jest na pierwsze z nich, dlatego więcej czasu spędzamy z męskim bohaterem, dla którego scena komediowa w pubie staje się kozetką. Alex nie staje się z czasem wybitny, nie podbija branży z prędkością światła, ale ujmuje przede wszystkim autentyzmem i szczerością, co wystarczająco punktuje u słuchaczy. Czy opowiadanie o prawdziwych, emocjonalnych, małżeńskich problemach ze sceny jest bardzo zdrowe? Cooper nie udaje, że tak, ale dostrzega chociażby to, że czasami łatwiej się otworzyć przed nieznajomymi, niż przed najbliższymi. Wszechobecna nerwowość związana z nowym życiowym rozdziałem jest też udanie, bez zbędnych fajerwerków, uchwycana przez kamerę operatorskiego maestro, Matthew Libatique'a.
W tym filmie jest trochę jak w "Sung Song Blue", gdzie główni bohaterowie robią to co robią dlatego, że to lubią, daje im to poczucie pewnego spełnienia i radości. W przypadku Alexa przygoda ze stand-upem sprawia, że jest dużo bardziej żywotny, otwarty emocjonalnie, odzyskuje tę mityczną iskrę, którą utracił. Mistrzowskim ruchem było obsadzenie w tej roli aktora o bardzo niskim głosie i fizjonomii przystojnego, aczkolwiek nieco "podtatusiałego" faceta w średnim wieku.
Will Arnett jest w tej roli genialny, a oglądanie jak jego postać się rozwija na przestrzeni filmu, przynosi sporo słodko-gorzkich uczuć.
Arnett jest naturalnie charyzmatyczny, jako Alex nieraz pokazuje swoją zrzędliwą naturę, ale przede wszystkim jest "zwykłym" facetem z krwi i kości. Takim, który próbuje wyrwać się z własnej bierności, który szuka swojego miejsca po tym, gdy dotychczasowa rzeczywistość mu się rozpadła, który godzi się z brakiem nadziei, ale wciąż ją ma. To wspaniała rola.

Oto nastał rzadki moment, gdy w filmie Bradleya Coopera nie mówimy o Bradleyu Cooperze jako czołowej postaci opowiadanej historii. Aktor usunął się na drugi plan w postaci kumpla głównego bohatera, Ballsa - człowieka, który mimo wiecznego haju (dosłownie) ma dość trzeźwy osąd i prawdopodobnie więcej życiowego optymizmu, niż powinien. To wyrazista, urocza, bardzo dobra rola, którą Cooper nie kradnie uwagi. Pojawia się i robi swoje. Więcej czasu oczywiście dostaje Laura Dern, o której wiemy, jak znakomita jest. W "Czy mnie słychać?" potwierdza, że historie małżeńskie (sic!) to jej filmowa bajka, kapitalnie wcielając się w Tess, która po dawnych sukcesach zawodowych nie odnalazła się na nowo, co w połączeniu z biernością Alexa dopełniło rozkładu ich związku.
Przyznam, że zastanawiałem się nad tym i dochodzę do wniosku, że "Czy mnie słychać?" to póki co najlepsza, najdojrzalsza i najbliższa moim emocjom produkcja, jaką nakręcił Bradley Cooper. Nie odbieram niczego jego poprzednim dziełom, do których mam pewną słabość, ale tu stworzył film, który otula (ale nie za mocno) motywuje, a kiedy to potrzebne, pozwala na oczyszczenie własnych emocji, także gdy oznacza to ocieranie oczu z łez.
"Czy mnie słychać?" w kinach od 27 lutego.
Czytaj więcej na Spider's Web:
- Filmy kostiumowe w klimacie Wichrowych wzgórz. TOP 10
- Kiedy Avengers: Doomsday trafi do kin? Widowisko warte czekania
- Uniwersum Venoma wraca. Pomysł na nowe filmy to szaleństwo
- Komedia sportowa Netfliksa dostanie kontynuację. Co za zaskoczenie
- Cieszę się, że dałem temu sci-fi drugą szansę. Wreszcie się rozkręciło



















