REKLAMA

Film Diabeł ubiera się u Prady źle się zestarzał. Dlatego potrzebujemy 2. części

Już wkrótce na ekrany kin zawita nowa część prawdopodobnie jednego z najsłynniejszych filmów XXI wieku - mowa oczywiście o "Diabeł ubiera się u Prady 2". W dobie nachalnej sequelozy mogłoby się wydawać, że ten projekt jest jej objawem, ale tak naprawdę może okazać się jedną z najpotrzebniejszych kontynuacji.

diabel ubiera sie felieton
REKLAMA

Gdyby ktoś mnie spytał parę miesięcy temu, czym dla mnie jest "Diabeł ubiera się u Prady" z 2006 roku, powiedziałbym, że filmem, który leci co jakiś czas w telewizji (głównie na Polsacie) i służy za zapychacz, przy którym można usiąść z kieliszkiem wina na sofie, przenieść się na dwie godziny do tego pełnego drogich kostiumów świata i poczuć się prestiżowo. Jako, że nie pamiętałem z tej historii wszystkich szczegółów, zdecydowałem się nadrobić film, zanim "dwójka" wyląduje na wielkim ekranie.

Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na skromne odstępstwo: zapewne moje oraz starsze pokolenie pamięta serię filmów o Bridget Jones (zakończoną świetnym "Szalejąc za facetem"), zwyczajnej dziewczynie, która oprócz poszukiwań bratniej duszy zmagała się z nadwagą. Dodajmy, nieistniejącą - wmawianą przez otoczenie, sugerowaną w mniej lub bardziej subtelnych żarcikach. Przekonanie, że Bridget musi schudnąć, stało się elementem komicznym, kamyczkiem do stosu, czyniącego z niej w krzywdzący sposób bohaterkę niepoważną, podejmującą złe decyzje, niezdarną, czy też po prostu głupią. Ostatni film z serii, nakręcony dwa lata temu, pokazał, jak wiele potencjału się kryło w historii, ale przez lata go marnowano.

REKLAMA

Diabeł ubiera się w świecie fatshamingu i przekłamań

Skąd ten wywód o Bridget Jones w tekście poświęconym zupełnie innemu filmowi? Stąd, że "Diabeł ubiera się u Prady", wydany 5 lat po Bridget, jest dzieckiem tych samych czasów. Czasów, w których szczupłe kobiety uznawano za "zbyt grube", mające za nadrzędny cel zmniejszyć rozmiar swoich ubrań. Taki los spotyka chociażby Andreę Sachs - główną bohaterkę filmu, która przybywa do Runwaya z walizką pełną marzeń i chęci podbicia świata.

Zamiast komfortowych warunków pracy otrzymuje krytyczne komentarze na temat swojej figury, z którą, każdy (kto ma oczy i widział "Diabeł ubiera się u Prady") wie, że problemu nie było żadnego (tym bardziej przykre, że Andy w dalszej części filmu cieszy się i czuje ulgę, że zastosowała się do krytyki i rzeczywiście schudła). Obecność głównej bohaterki w Runwayu nie tylko pozwoliła jej wmówić, że jej rozmiar jest nie taki, jaki powinien być. Z dość zwyczajnej dziewczyny pragnącej zawodowego rozwoju stała się robotnicą w szykownym ulu, w którym królowa matka - Miranda Priestly (Meryl Streep) - sprawuje rządy nadające się na przynajmniej 100 stron eseju dla Państwowej Inspekcji Pracy.

Anne Hathaway i Stanley Tucci - kadr z filmu "Diabeł ubiera się u Prady"

Zanim jednak zagłębimy się nad tym, warto zwrócić oczy ku opisywanym wyżej standardom piękna, które wybrzmiewały z kina pokroju "Diabła" czy "Bridget Jones". Powiedzmy to sobie na starcie: film Davida Frankela nie jest głębokim spojrzeniem na branżę modową - woli liznąć to, co ładne, przykuwające oko, zachwycające przepychem, ciekawe obserwacje skraca do jednego, błyskotliwego komentarza bohaterki Streep.

Tegoroczny film został nakręcony przy wsparciu dużych marek modowych, a obsada pojawiła się nawet na prawdziwym Fashion Week w Mediolanie. Gdybym kierował się wyłącznie moim cynizmem i poglądami, stwierdziłbym: oho, będzie maraton lokowania produktu i autoreklamy wielkich marek, którym nie zależy na kruszeniu stereotypów i schematów. Do gry jednak wkroczyła Anne Hathaway, która, zgodnie z informacjami podawanymi przez Variety, miała osobiście interweniować u producentów i zadbać o to, by w filmie znalazły się też modelki wyłamujące się z myślenia, zgodnie z którym trzeba być kościstym, by dostać szansę na wybiegu.

Czy to, że zobaczymy w filmie modelki inne niż bardzo szczupłe, zrewolucjonizuje świat, przemówi do branży modelingowej, by bardziej otworzyła się na inne figury modelek i modeli, wzmocni lub obudzi świadomość odnośnie różnorodności ludzkich ciał? Odpowiedziałbym jak wkurzone jury w "Mam talent!": trzy razy - nie. Jeśli jest jednak minimum szansy, by dać platformę do choć skromnego naprawienia pewnych błędów w myśleniu, a nie powielać czegoś jednoznacznie krzywdzącego, dobrze z niej skorzystać. Wielkie szychy świata mody są zbyt skoncentrowane na zarabianiu pieniędzy, by osobiście myśleć o jakichś banałach pokroju ciałopozytywności, ale nie zmienią tego, że świat ewoluuje. Coraz więcej osób dostrzega przekłamania, na których zbudowano kult "wyglądu modelki".

Dla zarządu luksusy, dla pani Andrei brak work-life balance

Skoro o kulcie mowa, pora na kult zapierdolu, który w "Diabeł ubiera się u Prady" jest de facto najbardziej widocznym. Jego obiektem jest Miranda Priestly, na widok i słowo której każdy inny jest puchem marnym, plebsem niegodnym żadnego dobra, byle tylko ona była zadowolona. Każde jej spojrzenie coś oznacza, słowo jest świętością, a decyzja - faktem.

To, co w zachowaniu spanikowanych pracowników Runwaya biegnących na swoje stanowiska początkowo wydaje się dla Andy kuriozalne, wkrótce stanie się jej życiem.

Cały pierwszy film jest podsumowywany tym, że Andy ma pracę, za którą inne dziewczyny by zabiły - co automatycznie nakłada na nią coraz większą presję i odpowiedzialność. To zaś doprowadza do totalnego upadku czegoś, co znamy dziś jako "work-life balance". Telefony Mirandy są ważniejsze od spędzania po pracy czasu z przyjaciółmi, świętowania urodzin chłopaka. Nie ma złej pory na to, by załatwić coś, czego żąda szefowa, zawsze jest moment, by zostawić bliskich na rzecz jej zachcianek. Choć zdecydowanie nie należy unikać winy Andy w tej sytuacji, nie jest ona absolutnie stuprocentowa - została trybikiem w machinie sukcesu, nad którą czuwają ludzie wpływowi i potężni, wymagający pełnego, totalnego poświęcenia, a nie użalania się czy narzekania.

"Diabeł ubiera się u Prady", nawet jeśli nie taki był zamiar twórców, nadaje temu toksycznemu do cna stanowi rzeczy rozrywkowego sznytu. Możesz (jak Andy) zostać przeorana psychicznie, naderwać swoje relacje z najbliższymi, ale za to ubogacisz szafę o nowe i bogatsze marki. Możesz (jak Nigel) czuć, że szefowa to twoja wieloletnia przyjaciółka, która po latach wierności i lojalności pozwoli ci na odejście na swoje. Zamiast tego nie dość, że dostajesz cios w gardło, to jeszcze uznajesz, że tak pewnie miało być.

Używając mało literackiej metafory - bohater Stanleya Tucciego zostaje brutalnie opluty, a praca dla Priestly wyprała mu mózg na tyle, że (czarny humor czy zaślepienie?) on twierdzi, że pada deszcz. Nie lepiej jest z postacią Emily (znakomita Emily Blunt), paradoksalnie znacznie ciekawszą scenariuszowo niż Andy. Ona już znalazła się na piedestale jako naczelna asystentka Mirandy, zna wszystkie potrzebne nazwiska i kontakty. Żyje swoją pracą tak bardzo, że katuje swój organizm ryzykownymi dietami, byle wypaść dobrze w Paryskim Tygodniu Mody, na który chce pojechać (a ostatecznie nie jedzie). Jest z pewnością najbardziej tragiczną bohaterką tej historii, pokazaną oczywiście jako ta, która ma wzbudzać rozbawienie.

Anne Hathaway, Meryl Streep i Emily Blunt - kadr z filmu "Diabeł ubiera się u Prady"

Przekaz jest klarowny: nie zdobędziesz władzy i poważania w otoczeniu, jeśli nie będziesz osobą bezwzględną wobec innych. Miranda przelewa te standardy na swoje otoczenie, które wychodzi z podobnego założenia: trzeba mieć stalowe cojones i zimne serce. Wszyscy inni są słabi, nie osiągną sukcesu. Masz jedną szansę w swoim życiu, jeśli jej nie wykorzystasz - twój problem. Rób wszystko, co szef(owa) każe.

Skoro o niej mowa: Miranda zdecydowanie nie jest ikoną feminizmu przecierającą ścieżki innym kobietom, by kiedyś poszły w jej ślady i stały się silnymi przywódczyniami, tak jak ona. To kobieca reprezentantka uniwersalnego i obecnego od wieków schematu lidera, który rządzi za pomocą zawodowego sadyzmu, siły zastępującej zrozumienie. Miranda nie chce być ikoną własnej rewolucji - aspiruje, by być na szczycie społecznej piramidy i od własnej fanaberii uzależnić przyszły udział innych w jej kształtowaniu.

Podobnie jak w przypadku samej branży modowej - także w tematyce warunków i szeroko pojętej higieny pracy doszło do pewnych zmian. Oczywiście, nie zniknęły nadużycia, wykorzystywanie, mobbing czy horrendalne szefowskie wymagania: to wciąż się dzieje na dużą skalę i za (coraz mniejszym, ale wciąż) społecznym przyzwoleniem. W tym kontekście szczególnie ważne jest to, że "Diabeł ubiera się u Prady 2" będzie miał swoją premierę w 2026 roku - momencie historii, w którym świadomość tych problemów jest znacznie większa i dostrzegalna.

Niekoniecznie ufam twórcom - David Frankel i Aline Brosh McKenna to ci sami ludzie, którzy dali nam oryginał z 2006 roku. Zapewne wrócili do bezpiecznej przystani - ciężko nazwać ich kariery wielce udanymi, a poza "Diabłami" ich filmografia jest dość przeciętna. Mają jednak szansę, by w drugiej części nie tylko naprawić błędy "jedynki". Jeśli skorzystają z okazji, by rzetelnie rozliczyć się z dawnym przekazem, krytycznie spojrzeć na historię zawartą w poprzednim filmie i uwzględnić ewolucje, które się dokonały, "Diabeł ubiera się u Prady 2" już wówczas zajdzie dalej, niż jego poprzednik.

REKLAMA

Czytaj więcej w Spider's Web:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-26T11:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-26T10:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T14:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T13:38:36+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T13:11:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T10:13:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T09:06:00+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA