Twórczość Agaty Christie od dawna stanowi popularny materiał do przenoszenia na wielki lub mały ekran przez rozmaitych twórców. Tym razem padło na "Godzinę Zero", powieść autorki sprzed ponad 80 lat. Czy i tym razem nazwisko pisarki okazało się kluczem do sukcesu i przepisem na wysoką jakość?

Przyznam, że mam w sobie jakąś wyjątkową sympatię do produkcji bazujących na literackich dokonaniach Agaty Christie. Choć uczciwie przyznam, że na poziomie czytelniczym mam spore zaległości, dużo lepiej wchodzą mi filmy lub seriale oparte na jej powieściach. Ba - "Duchy w Wenecji", finałową część trylogii Kennetha Branagha o Poirocie uważam za jeden z najlepszych filmów 2023 roku. Generalnie nie trzeba mnie mocno przekonywać, bym zagłębiał się w coś, co pozwoli mi pobawić się w zgaduj-zgadula. Czy "Godzina Zero" dała na to szansę?
Godzina Zero - recenzja miniserialu
Nevile Strange (Oliver Jackson-Cohen) to uznany tenisista, który ostatnio jest obiektem uwagi medialnej. W mniejszym stopniu ze względu na sportowe okoliczności, w większym przez swoją niewierność i rozwód z Audrey (Ella Lily Hyland). Jakiś czas po sformalizowaniu rozstania bierze ślub z dotychczasową kochanką, Kay (Mimi Keene). W ramach miesiąca miodowego oboje ostatecznie przyjeżdżają do zarządzanej przez ciotkę mężczyzny, lady Tressilian (Anjelica Huston), posiadłości na wybrzeżu. W okolicy, w tym samym czasie, znajdą się również inne intrygujące osobistości - od wyraźnie wypalonego inspektora Leacha (Matthew Rhys), po prawnika rodziny, Trevesa (Clarke Peters), jego młodą podopieczną Sylvię (Grace Doherty), czy wreszcie samą Audrey.
Taka mieszanka ludzi w jednym miejscu zwykle oznacza, że nie będzie nudy, a starcie charakterów będzie nieuniknione. Tytułowa godzina zero to moment dokonania samej zbrodni, o którą - jak to u Christie - podejrzewana jest spora liczba osób, które przez "przypadkowe" zrządzenie losu znajdują się w tym samym miejscu i czasie. Tradycyjnie również nie jest najważniejszy sam fakt dokonania zbrodni, a jej wyjaśnienie, wyselekcjonowanie ze zgromadzonych kogoś, kto posiadał najbardziej przekonujący motyw.
Akcja serialu rozgrywa się przede wszystkim w murach Gull’s Point - miejscu jak z innej epoki. Z jednej strony jest ono malownicze, otoczone morzem, hotelem położonym naprzeciw, znajduje się na swego rodzaju odludziu, niby idealne miejsce do tego, by oczyścić myśli i uwolnić się od zgiełku. Z drugiej zaś, ponure, odcięte od życia i depresyjne jak diabli. Dominuje tam atmosfera rodem z dawnego kina kostiumowego, w którym stara, zrzędliwa i irytująca arystokratka trzęsie życiem swoich podwładnych, jojczy na ludzi puszczających fajerwerki i zawraca głowę stróżów prawa pierdołami.
"Godzina Zero" początkowo pachniała mi właśnie takim "zakurzonym" kinem. Mimo moich uprzedzeń Rachel Bennette (scenarzystka) i Sam Yates (reżyser) dość sprawnie nakreślili fabułę, nie czuć tu ogromnych dłużyzn, wątki poszczególnych postaci zdają się być wystarczająco rozpisane, choć widać, że niektórym przydałoby się więcej odcinków, by ciekawiej wybrzmiały. Nikt nie wybija się tutaj szczególnie mocno na pierwszy plan, a twórcom udaje się utrzymać interesującą atmosferę napięć i niedopowiedzeń pomiędzy bohaterami. Czuć jednak w nich swego rodzaju teatralność i nadmierną egzaltację.

Jeden z bohaterów wprost mówi, że morderstwo to koniec, a właściwa opowieść zaczyna się wcześniej - serial jak najbardziej się do tego stosuje, koncentrując się na pokazywaniu relacji pomiędzy postaciami. Może nie ma tutaj zwrotów o milion stopni, ale niejednoznaczny klimat zdecydowanie towarzyszy historii opowiadanej w "Godzinie Zero". Czy uczucie między Nevillem i Audrey wygasło? Jakie są prawdziwe zamiary Thomasa? Co naprawdę czuje Kay? Te i inne pytania nieraz pojawią się w głowach widzów. W najlepszych momentach atmosfera rzeczywiście jest na tyle gęsta, że da się ją kroić nożem. Nie jest to najlepsza ani nawet bliska czołówki produkcja z gatunku detektywistycznych, ale spełnia swoje podstawowe założenia - angażuje uwagę, wywołuje znaki zapytania i nie nudzi.
Na poziomie aktorskim mamy tu do czynienia z mieszanką nazwisk uznanych i tych, które raczej jeszcze aż tak nie są znane szerokiej publiczności. Do tej pierwszej grupy można zaliczyć m.in. Anjelicę Huston w irytującej kreacji lady Tressilian. Wiem, że taka miała być, ale mimo tego i tak ta postać wydawała mi się tam najmniej ciekawa.
Weterankę zupełnie "zjadła" za to Mimi Keene, którą świat zna z roli Ruby w "Sex Education".

Młoda aktorka ma znakomitą charyzmę i rewelacyjnie z niej czerpie. Jej Kay zdaje się mieć kilka twarzy, a zwłaszcza dwóch: po pierwsze jest stanowcza i zdeterminowana, by utrzymać się na szczycie, a po drugie ma swoją dumę i jest wyraźnie wyprowadzona z równowagi bliską obecnością byłej żony Nevile'a. Oliver Jackson-Cohen i Ella Lily Hyland dobrze wypadają w roli głównych bohaterów, eksmałżeństwa o niejasnych uczuciach. Miło również znów zobaczyć utalentowaną Anjanę Vasan (pamiętam ją z "Czarnego lustra"), która ma tu trochę pola do popisu.
"Godzina Zero" to serial, który nie jest ideałem - jest w nim coś na swój sposób archaicznego. Jeśli szukacie jednak czegoś, co dobrze zajmie czas, pozwoli pobawić się w detektywa badającego co i dlaczego się dzieje, produkcja autorstwa Bennett i Yatesa jest właściwym wyborem.
Pierwsze dwa odcinki "Godziny Zero" są dostępne do obejrzenia w Canal+ Online.
Czytaj więcej na Spider's Web:


















