Narzekaliście, że Myszka Miki zadaje za dużo pracy domowej? Jeszcze za nią zatęsknicie, tak jak za nowymi „Gwiezdnymi wojnami” i Marvelami w Disney+. Jak zwykle przez krzykaczy nie możemy mieć fajnych rzeczy.

Myszka Miki wzięła dwie kury znoszące złote jajka i zaczęła je wykorzystywać do granic możliwości. Jedna z nich nosi imię „Star” i nazwisko „Wars”, a drugą nazywają cudakiem, tj. Marvelem. W dobie pandemii stojąca za nią korporacja Disney zaczęła rozkręcać swój serwis streamingowy Disney+, aby konkurować na rynku zdominowanym przez Netfliksa. I zalała nas tsunami treści.
Fani z początku byli oczarowani tym, iż praktycznie co tydzień do sieci trafiały kolejne odcinki seriali z ich ulubionych fikcyjnych uniwersów, ale okazało się, iż geeki i nerdy tego świata, no niesamowite, nie lecą na ilość, tylko na jakość. A ta niestety zaczęła lecieć na łeb, na szyję. Cały czas wychodzą oczywiście perełki, ale trafiają się też „Tajne inwazje” i „Akolici”.
Marvel i „Gwiezdne wojny” jak praca domowa
Największym problemem dla Disneya w kontekście jego dwóch największych franczyz jest iż w obu przypadkach produkcje są częścią większego uniwersum. Fani każdego z nich z jednej strony chcą, by seriale zazębiały się fabularnie zarówno same ze sobą, jak z kinowymi filmami, a z drugiej - aby dało się je oglądać w próżni bez znajomości jakichkolwiek innych produkcji. No nie dogodzisz!
Na domiar złego w obu fandomach zaczęło kiełkować przekonanie, iż przed seansem kolejnej produkcji trzeba „odrobić pracę domową”, tj. obejrzeć X innych wydanych wcześniej, aby się połapać. W końcu w przeciwnym razie widzowie mogliby by być zagubieni i nie łapać, kto jest kim. Najwięcej tego typu głosów było przy „Ahsoce”, która na dobrą sprawę jest 5. sezonem animowanych „Rebeliantów”…
Kilka lat temu mieliśmy typową klęskę urodzaju. Disney strzelał „Gwiezdnymi wojnami” oraz Marvelami jak z karabinu zarówno w kinach, jak i na małych ekranach. Nie wszystkie z zapowiadanych produkcji co prawda zrealizowano (w przypadku „Star Wars” naliczyliśmy aż 21 filmów, które nie powstały…), ale i tak był z nimi taki za… no, było ich tak dużo, że nie było kiedy Disney+ załadować.
Narzekałeś na za dużo Marvela i „Star Warsów”? To pa tera!
Wiele z tych produkcji, na które Myszka Miki wydała bazyliony dolców, dostały przy tym fatalne recenzje, a Disney+ stał się takim chłopcem do bicia. Często krytyka była słuszna, ale swoje trzy grosze dorzucili do tego koniukturalni hejterzy, którzy na swoich profilach w mediach społecznościowych jechali po korporacji ku uciesze tłumu, zanim do tego dotarło, iż to bez sensu.
Trzeba przy tym przyznać, iż Disney, czy to pod naporem krytyki, czy też w ramach realizacji nowego planu, zmienił strategię. Problem w tym, że zamiast nieco skorygować kurs, przestawił wajchę w zupełnie innym kierunku! Najbardziej widać to w przypadku „Gwiezdnych wojen”, gdzie kilka lat temu czekaliśmy na kilka produkcji jednocześnie a plany rysowano na lata wprzód. A teraz?
Poza nowym blockbusterem „Star Wars: Starfighter”, który ma być oderwany od sagi Skywalkerów, jedynymi będącymi w planach produkcjami są kinowy „Mandalorianin i Grogu”, który lada moment trafi na ekrany oraz 2. sezony aktorskiej „Ahsoki” oraz animowanego „Maula: Władcy cieni” i… to tyle. Jeśli mamy dostać coś więcej, to Disney naprawdę nieźle to ukrywa.
Dave Filoni i Kevin Feige na tarczy, a nie z tarczą.
W przypadku „Gwiezdnych wojen” można tę ciszę w eterze zrzucić na karb tego, iż Kathleen Kennedy po latach opuściła stanowisko szefowej odległej galaktyki, na którym zastąpił ją Dave Filoni. Ten ma w dorobku sporo fajnych seriali i fenomenalne animacje, ale zostały mu do udźwignięcia również nowe filmy. Czas pokaże, czy stanie na wysokości zadania, czy też go ono przytłoczy.
Największym moim problemem z „Gwiezdnymi wojnami” jest zaś to, że ciągle taplamy się w historii, której finał już znamy. Niby przyjemnie się ogląda na ekranie taką Ahsokę, która w erze Nowej Republiki szuka Wielkiego Admirała Thrawna, ale świadomość tego, iż ten rząd i tak upadnie, a złoczyńca niczego nie osiągnie, zabija cały suspens! Starczy, że mieliśmy to w trylogii prequeli.
W przypadku MCU szefem szefów pozostaje Kevin Feige, ale też nie wiemy, czego właściwie się po nim spodziewać. Do kin wracają co prawda Spider-Man od Sony oraz Avengersi, ale jeśli chodzi o streaming i Marvela, to ten kręci jedynie 3. sezon „Daredevil: Born Again” (który pewnie zaspoilują nam tak samo, jak poprzedni…), 2. sezon „Wonder Mana” i powstającego w bólach „VisionQuesta”.
Jesteście z siebie (znowu) dumni, hejterzy?!
Mam przekonanie graniczące z pewnością, iż to reakcje widzów na dotychczasowe produkcje sprawiły, iż Disney uznał, że starczy tego dobrego i nie będzie już pakował morza gotówki w opowieści o mnichach ze świecącymi patykami oraz przystojniakach ubranych w spandeks dla wszelkiej maści geeków i nerdów, skoro ci są takimi niewdzięcznikami. Było im za dużo? To jeszcze zatęsknią!
Sam, mając do wyboru z jednej strony „pracę domową” polegającą na oglądaniu kolejnych rozdziałów opowieści o moich ulubionych postaciach, nawet jeśli nie zostały one zrealizowane w pełni tak, jak bym sobie tego życzył, a z drugiej ich brak, to i tak zawsze wybrałbym to pierwsze. Wygląda jednak na to, że Myszce Miki musiało wyjść z rachunków, iż osób takich jak ja jest mniejszość.
Mam jednak nadzieję, że po tym przestoju, którego jesteśmy dzisiaj świadkami, te imprezy jeszcze się rozkręcą. W przypadku Marvela ogromne nadzieje wiążę z kolejną sagą poświęconą mutantom, a do Dave’a Filoniego mam jedno życzenie: aby przestał wreszcie żył przeszłością i dał jej umrzeć, tak jak to sugerował Ben Solo w rozmowie Rey. A mógłby to zrobić na kilka sposobów.
Jak można uratować „Gwiezdne wojny”?
Nie da się ukryć, że trylogia sequeli okazała się niewypałem, a ostatni, IX epizod to potwarz. Sam naliczyłem aż 33 rzeczy, które mnie zirytowały podczas seansu „Skywalker. Odrodzenie” i nie dziwi mnie, iż Dave Filoni nie chce tykać tej ery z obawą, że marka spotka się z jeszcze większą krytyką. Ma jednak w ręku fabularny wytrych, którego powinien użyć. Chodzi o Świat Między Światami.
Ten motyw z „Rebeliantów” nigdy mi się nie podobał, bo wprowadził do odległej galaktyki z pewnego punktu widzenia podróże w czasie, które pasują do niej jak pięść do nosa. W dużym uproszczeniu to wymiar istniejący poza czasem i przestrzenią, do którego wybranym bohaterom udało się trafić, który można byłoby wykorzystać do tego, by… wymazać z kanonu epizody VII, VIII i IX!
Korporacja musiałaby posypać głowę popiołem i przyznać, że dała ciała, ale akurat w przypadku „Gwiezdnych wojen” fani są łasi na historie o odkupieniu i akurat to mogliby kupić! Ja z kolei byłbym więcej niż rad, gdyby udało się coś takiego osiągnąć, bo mogłoby to dać jednej z moich ulubionych serii trzecie życie (bo to drugie, po skasowaniu „Expanded Universe”, było kiepskie).
„Star Warsy” bez Rey i spółki najbardziej chciałbym zobaczyć.
Problemem nie jest przy tym nawet postać Rey per se, tylko fakt, iż opowieść o niej jest najdalej wysuniętym na osi czasu odległej galaktyki punktem. Wszystkie wydarzenia sprzed trylogii sequeli nie mogą mieć żadnych daleko idących reperkusji w skali uniwersum, bo przyszłość bohaterów w ery Mandoverse już nie jest w ruchu, tylko została zapisana w kamieniu.
Dave Filoni, gdyby miał na tyle cojones, by wymazać filmy nakręcone przez Kathleen Kennedy z Jar Jar Abramsem oraz Rianem Johnsonem zapewniłby sobie przestrzeń na to, by nakręcić wreszcie swoją wersję „Dziedzica Imperium” nie tylko z Ahsoką i Mandalorianinem, ale i z Lukiem, Hanem i Leią w sile wieku, która faktycznie mogłaby zainteresować fanów.
Dopiero gdybyśmy usunęli z kanonu filmy, książki i komiksy osadzone fabularnie dwie dekady później, z których wiemy, iż Nowa Republika nie brała udziału w żadnym większym konflikcie militarnym od czasu upadku Imperium, powrót Wielkiego Admirała Thrawna mógłby wywołać prawdziwe emocje. Bez tego wiemy bowiem, iż nie ma szans na fajerwerki, bo musi on pozostać jedynie kapiszonem.
No a jeśli nie, to już zakopcie Mando i zróbcie odważny krok do przodu!
Mam już dość tych prequeli, sidequeli i spin-offów. Tęsknię za starym „Expanded Universe”, bo pchało ono historię odległej galaktyki do przodu. Oprócz opowieści osadzonych w przeszłości dostawaliśmy takie na końcu osi czasu. W tych książkowych „Legendach” nasza Wielka Trójka była już gotowa pójść na emeryturę, a komiksy skoczyły o dwa stulecia do przodu dając nam Cade’a Skywalkera.
I taka ucieczka w czasie to też alternatywny pomysł dla Dave’a Filoniego. Jeśli nie chce się pozbyć trylogii sequeli, to pora już zakopać erę Imperium oraz Rebelii i wczesnej Nowej Republiki i skupić się na dalszych losach bohaterach po tej „prawdziwej” śmierci Palpatine’a i rzucić okiem na odbudowany Zakon Jedi przez Rey. I w tych czasach można odmrozić z karbonitu Devon, tj. Darth Talon!
Czytaj inne nasze teksty poświęcone Disney+:
Tyle dobrego, że podobnego problemu nie ma w przypadku Marvela, gdyż „Avengers: Doomsday” i „Avengers: Secret Wars” faktycznie mają potencjał pchnąć całe uniwersum do przodu. Są też idealną okazją do tego, by z użyciem fabularnego MacGuffina w postaci rozpadu multiwersum przebudować Ziemię-616 usuwając z niej wszelkie niewypały i zostawiając samo mięsko. Tym razem nieco zmutowane.



















