Apple TV przygotowało serial science fiction o miejscu, w którym Polacy czuliby się jak w domu. Jest szaro, buro i ponuro, czyli jak u nas jeszcze kilka dekad temu. „Gwiezdne miasteczko” - recenzja spin-offa „For All Mankind”.

Science fiction jako gatunek filmowy ma to do siebie, że często jest do bólu amerykańskie, szczególnie jeśli mówimy o tych uniwersach, w których pojawia się Ziemia i motyw podróży międzygwiezdnych. Nic w tym oczywiście dziwnego, skoro takie produkcje kręcą artyści z Hollywoodu, składający przy okazji hołd amerykańskim astronautom. Nie inaczej było w przypadku hitu Apple TV.
„For All Mankind” to serial od, a jakże, Amerykanów.
Zaglądamy tu jednak do świata, w którym to nie Amerykanie, a… Rosjanie wygrali wyścig kosmiczny. Nie są oni jednak w centrum uwagi, co to, to nie; ich sukces okazuje się bowiem jedynie paliwem dla ambicji pracowników NASA, którzy z kolonizacją kosmosu ruszają z kopyta. Tak jak w prawdziwym świecie dopiero teraz, po dekadach, ludzkość wraca na Księżyc, tak w serialu dorobiła się bazy na nim, a na już przełomie tysiącleci Ziemianie zdobyli Czerwoną Planetę.
Zostawmy jednak na chwilę tego całego Marsa, wróćmy na Ziemię i cofnijmy się w czasie aż do lat 60. ubiegłego wieku. Twórcy serialu „For All Mankind” zdecydowali się bowiem wyprodukować spin-off, którego akcja rozgrywa się równolegle do wydarzeń z 1. sezonu serialu-matki (kolejne zaliczają przeskoki w czasie o ok. dekadę wprzód). Zatytułowany został „Star City”, co przetłumaczono u nas na „Gwiezdne Miasteczko” i… urzekł mnie od pierwszych scen.
„Star City” - recenzja
Leitmotiv tego uniwersum jest już nam znany, ale zmieniła się nasza perspektywa. Tytułowa lokalizacja to w końcu sowiecki kompleks, w którym rosyjscy naukowcy pracują nad zdobywaniem kosmosu - równolegle z amerykańskimi kolegami po fachu z NASA. Serial oddaje im głos, a my możemy obserwować, jak to zwycięstwo na pierwszym etapie kosmicznego wyścigu wpłynęło na ludzi za to odpowiedzialnych. A zaczynamy od tajemniczego Głównego Konstruktora…
Czytaj także: Sergey Adamczyka z For All Mankind wraca. Co trzeba wiedzieć o Star City?
Szef sowieckiego programu kosmicznego, bo o nim mowa, jest w praktyce jedynie trybikiem w mielącej charaktery, aspiracje i ambicje maszynie. Tak jak NASA robiła z pracowników celebrytów (ukrywając jednak ich niemieckie korzenie), tak on dostaje oznaczenie za zamkniętymi drzwiami, a potem musi je oddać i o tym, iż doceniono jego wysiłki, wie Partia i kilka innych osób. Dla prominentnego mieszkańca Rosji to jednak nie pierwszyzna, tylko smutna codzienność.
Podobnie wygląda to w przypadku innych postaci, których mamy tutaj całkiem sporo, a Głównego Konstruktora nie sposób nazwać głównym bohaterem. Oprócz niego sporo uwagi poświęca się w „Gwiezdnym Miasteczku” kosmonautom, którym zaglądamy dosłownie do łóżek… W ich przypadku z kolei akurat trochę sławy im skapnęło, ale nie mają tej swobody, co astronauci zza oceanu. Aparat państwa słucha, śledzi i wymaga - absolutnego posłuszeństwa, oczywiście.
Sporo uwagi poświęcono również pewnej młodej dziewczynie, która stawia pierwsze kroki na drodze do zostania zimnokrwistą agentką KGB. Spiski mają tutaj swoje spiski, drugie dna trzecie dna, a życie jednostki - żadnej wartości. Skojarzenia z tym naszym polskim, swojskim PRL-em i dekadami spędzonymi pod rosyjskim butem, które wedle opowieści poprzednich pokoleń w praktyce wyglądały podobnie, jak to co przedstawia „Star City”, nasuwają się same.
No i w „Gwiezdnym Miasteczku” powraca Sergey, ale już nie Piotr Adamczyk.
Tym razem tej postaci, która pojawiła się w kolejnych sezonach „For All Mankind” , nie gra go nasz skarb narodowy, tj. Piotr Adamczyk, gdyż mówimy o znacznie młodszej wersji tej postaci. Aktor wcielający się w tego bohatera, którego de facto takie origin story tutaj śledzimy, wykonał jednak kawał dobrej roboty. Można uwierzyć, że to młodsza wersja postaci granej przez naszego rodaka, której również poświęcono dość istotny wątek.
Otwartym pozostaje jednak pytanie, jak długo uda się utrzymać uwagę widzów przy „Star City”, skoro wiemy, do czego ta historia zmierza, a do tego mamy świadomość, jak wyglądało jej odbicie zza Żelaznej Kurtyny. Co prawda amerykańska perspektywa nie skupiała się na Breżniewie, w kadrze nie pojawiały się czarne wołgi, a „For All Mankind” było bliżej do szklanych domów niż do brutalistycznej wielkiej płyty pełnej meblościanek, no ale wiemy, „co dalej”.
Mimo to serial ogląda się, zwłaszcza jako osoba mieszkająca bliżej części globu tutaj przestawionej, naprawdę nieźle. Intryga zawiązywana jest sprawnie, a bohaterom szybko zaczynamy tutaj kibicować - i drżymy o ich los bardziej niż w „For All Mankind”… o ile mowa oczywiście o tych, których przyszłości NIE znamy, czyli z pominięciem wspomnianego już Sergeya. Możliwe przy tym, że to Piotrowi Adamczykowi zawdzięczamy powrót tej postaci - bo to dzięki niemu nabrała wagi.
A czy warto oglądać „Star City”, jeśli nie widziało się „For All Mankind”?
Mi trudno na to pytanie obiektywnie odpowiedzieć, bo „For All Mankind” oglądałem od samego początku i sam się nad tym zastanawiałem - dlatego postanowiłem spyta co to u źródła. Wziąłem ostatnio na spytki twórców obu tych produkcji, a jeden z nich, czyli Ben Nedivi, wyjaśnił w rozmowie ze Spider’s Web, iż z jego perspektywy „Gwiezdne Miasteczko” twardo stoi na własnych nogach i zachęca widzów do tego, by to od tego serialu zaczęli, skoro teraz mają taką możliwość.
I myślę, że w przypadku widzów z Polski to może być faktycznie niezły pomysł i jest ku temu okazja. Data premiery „Star City” w Apple TV to 29 maja 2026 r.



















