Był już Człowiekiem ze Stali, nieposkromionym Geraltem z Rivii, pół świata widziało w nim idealnego Jamesa Bonda. Nazwisko Henry'ego Cavilla swego czasu było jednym z najgorętszych na filmowym rynku. No właśnie - było. Trudno nie odnieść wrażenia, że aktor zleciał z piedestału i z różnymi skutkami stara się, by wrócić na szczyt.

Są w świecie kina takie postacie, które zaczynają swoją karierę w bardzo młodym wieku, a pomimo najróżniejszych zawirowań po drodze, udaje im się utrzymać na powierzchni i utwardzać swój aktorski fenomen w dorosłym życiu. Ćwierć wieku temu Henry Cavill stanął właśnie przed takim wyzwaniem, gdy w 2001 roku, jako 18-latek, postawił pierwszy krok w świecie kina u boku Emmanuellle Seigner i Charlesa Aznavoura. Wówczas nikt jeszcze nie wiedział, że stoi przed nim aktor, o którego potencjale w następnych latach będzie się rozpisywać cały świat. A może jego ekranowi współpracownicy już to czuli?
Cavillowi pisana była wielkość. Wcześniej dostał cztery ciosy
Wbrew temu, co może się wydawać, ten tekst nie będzie podróżą przez całą karierę Henry'ego Cavilla. Ta jest bardzo bogata - niedługo po debiucie jego nazwisko znalazło się na liście obsady zacnych lub przynajmniej głośnych dzieł - "Hrabia Monte Christo", "Hellraiser", "Tristan i Izolda", "Czerwony Kapturek", "Gwiezdny pył", nie mówiąc już o "Dynastii Tudorów". Cavill stopniowo budował się i było oczywiste, że prędzej czy później wielki świat Hollywood przyjmie go w swoje szeregi.
A mogło się stać to wcześniej. Lata 2005-06 były dla niego szczególnie pechowe - koło nosa przeszły mu aż cztery role w bardzo dużych (dosłownie i w przenośni) filmach. Robert Pattinson zaiwanił mu rolę dwa razy - najpierw Cedrica Diggory'ego w "Harrym Potterze i Czarze Ognia", potem w "Zmierzchu" (zdążył się wystarczająco zestarzeć, mimo że był faworytem autorki książkowego oryginału). Cavill był również w ścisłym gronie faworytów do roli Jamesa Bonda w "Casino Royale", ale wygrał ją Daniel Craig.
Ostateczny cios zadał Brandon Routh, gdy ubrał pelerynę Supermana w "Powrocie", o co aktor też zabiegał.
Na całe szczęście ostatnia z wymienionych ról wróciła do niego i de facto przylgnęła na amen. Po latach starań w 2011 roku Henry Cavill w końcu chwycił przysłowiowego byka za rogi i włożył na siebie strój z "S". Z uniwersum, nie licząc cameo we "Flashu", związał się na 11 lat i 5 filmów. To wystarczający okres do wytworzenia sobie pewnej mitologii, wbicia się w pamięć fanów, którzy uwielbiają spekulacje i prześciganie się w rankingach najlepszych odtwórców roli Człowieka ze Stali. Jak Cavill się w tę sytuację wpisał?

Przeglądając wszelkie fora społecznościowe da się dostrzec zgodność - najwyżej ocenianym Supermanem jest wciąż Christopher Reeve, ale Henry to jeden z najlepiej ocenianych odtwórców tej roli. Nic dziwnego - oprócz znakomitej ekranowej prezencji i sylwetki idealnie pasującej do herosa, Cavill nadał Supkowi swego rodzaju pomnikowego rysu. Oglądając go w roli czułem, że ten bohater naprawdę dźwiga na swoich barkach ciężar bezpieczeństwa całej ludzkości. O ile aktorsko zdecydowanie uniósł tę odpowiedzialność, o tyle jego wrogiem okazał się Zack Snyder. Reżyser opakował losy Supermana w nieznośny patos i niekoniecznie sprawdzający się ton historii, co (moim zdaniem) zaszkodziło Cavillowi jako aktorowi i nie pozwoliło mu pokazać szerszego wachlarza umiejętności.
Co po Supermanie? Białe włosy, Sherlock Holmes i znów Guy Ritchie
Z wieloma reprezentantami aktorskiego fachu bywa tak, że gdy przez długie lata grają tę samą postać, ciężko im jest później wyjść z tej szuflady. Takiego stanu doświadczył dawny rywal Henry'ego, Robert Pattinson, który poniekąd oszukał przeznaczenie. Podczas gdy Cavill musiał znaleźć na siebie nowy pomysł i poszukać ścieżki, którą rozpocznie po zbliżającym się odłożeniu peleryny Supermana na wieszak, o tyle Rob za sprawą roli Batmana ostatecznie odciął się od kojarzenia go tylko z Edwardem Cullenem.
Wydawało się, że Cavill znalazł sposób już w 2018 roku (a zatem 3 lata przed ostatnim występem jako Clark Kent), kiedy w "Mission Impossible: Fallout" obsadzono go jako Augusta Walkera - głównego złoczyńcę filmu, zabójcę i skutecznego agenta CIA, autora apokaliptycznego manifestu, którego realizacja miała doprowadzić do stworzenia nowego światowego porządku. To genialny popis Cavilla w roli postaci błyskotliwej, żywiołowej i bezwzględnej, będącej zupełnym przeciwieństwem pomnika z Kryptonu. Niestety - równocześnie był to jednostrzałowy popis, któremu nie było przeznaczone mieć dalszego ciągu.

Kolejne lata upłynęły pod znakiem kolejnego związku Cavilla ze znaną i mającą swój pełen wymagań fandom. Przez trzy sezony aktor nosił białą perukę i miecz, by wtopić się w kultowego Geralta z Rivii. Fizjonomia ponownie była jego atutem, a główna rola w "Wiedźminie" szansą, by odciąć się od wizerunku latającego herosa w czerwonych gaciach. Aktor niewątpliwie miał również pozafizyczne predyspozycje do tego, by otrzymać tę rolę - jest bowiem komputerowym nerdem, mającym w małym paluszku gry bazujące na "Wiedźminie", a zwłaszcza "Dziki Gon". Czteroletnia przygoda Cavilla z tą postacią zakończyła się dwojako - choć sam był uznawany za najlepszy element netfliksowego "Wiedźmina", skrzydła podcięła mu ogólna jakość serialu, masowo skrytykowana przez fanów.
Może będzie to przesadą, ale moim zdaniem to potwierdziło status Cavilla jako aktora, który jest dobry, ale nie na tyle, by "wyciągnąć" do góry tytuł, którego jest częścią.
Nie twierdzę, że Henry Cavill jest złym czy nawet przeciętnym aktorem. Uważam, że jest bardzo dobry. Gdzie więc tkwi problem? Może w nas, jako odbiorcach, którzy zachłysnęliśmy się "Cavill-manią", fancastowaliśmy go w czym popadnie i doszło do przesytu jego osobą? Może w samym Cavillu, który długo znajdował się na piedestale, aż z czasem ten okazał się zbyt wysoki? A może w tym, że tak naprawdę ciężko wymienić w filmografii aktora rolę dramatyczną, która wymagałoby od niego zniuansowanych, głębszych emocji? Nie da się odmówić Henry'emu Cavillowi zaangażowania w dotychczasowe kreacje, ale zagrajmy w otwarte karty: nie zagrał jeszcze roli, która byłaby dla niego pełnokrwistym aktorskim sprawdzianem.
Po ściągnięciu z siebie stroju Supermana Cavill zdaje się raczej koncentrować na projektach z gatunku "fajne, ale bezpieczne".
Zaprezentował nam odmienną, interesującą, ale drugoplanową interpretację Sherlocka w "Enoli Holmes", wyrazistą tytułową rolę w słabym (i potwierdzającym moją poprzednią tezę) "Argylle'u", a także fajną szarżę jako charyzmatyczny Gus w "Ministerstwie Niebezpiecznych Drani". Widać, że Cavill potrafi wyciskać więcej, tylko musi mieć do tego przestrzeń.
Twórczość Guya Ritchiego, stojącego za ostatnim z wymienionych filmów, zdaje się być dla Cavilla przystanią, do której zawsze może wracać z pewnością, że ta współpraca będzie obopólnie dobra. Lata temu w "Kryptonimie U.N.C.L.E." Henry znakomicie popisał się swoim talentem, a teraz, pod okiem Ritchiego, możemy go oglądać w "Zawodowcach". Cavill wciela sie tam w Sida - jednego z dwóch najemników, którzy pomagają głównej bohaterce, zapewniają jej bezpieczeństwo, odpowiadają za plany ochrony i ewakuacji. Choć Jake Gyllenhaal jest dużo wszechstronniejszym aktorem, to właśnie Cavill ma tu więcej do pogrania, pokazania się jako "Kapitan Rozważny", ale również otworzenia przed widzem swojej komediowej strony.
Teraz czeka na niego nowe, choć wciąż będące w znajomych aktorowi rejonach fantastyki, wyzwanie w postaci nowej wersji "Nieśmiertelnego". Wcieli się tam w głównego bohatera Connora MacLeoda. Ma również plan, by - jako aktor i producent wykonawczy projektu - przenieść na ekran uniwersum "Warhammer 40,000". Można powiedzieć, że Henry Cavill jest aktorem, który najlepiej czuje się w tym, co zna i lubi. Pytanie brzmi: czy wyjdzie poza swoją strefę komfortu i pokaże wkrótce coś, czego się po nim nie spodziewamy?
Czytaj więcej na Spider's Web:



















