Idę o zakład, że niemała część potencjalnych odbiorców na widok tytułu i Alana Ritchsona w obsadzie pomyśli sobie: oho, nowe wcielenie Reachera skopie tyłki komu trzeba. Nie tym razem, choć rzeczywiście nie brakuje tutaj akcji i brutalnych momentów. "Maszyna do zabijania" to film całkiem uczciwy: nie przejdzie do historii kina, ale nie sprawi również, że widz się znudzi, czy pożałuje spędzonego przed ekranem czasu.

Filmowe starcia z nadnaturalnymi, pozaziemskimi zagrożeniami to coś, co może nie wymarło, ale miało swój szczyt już jakiś czas temu. Czy to w postaci "Wojny światów" (tej Spielberga, nie tej tortury od Prime Video), czy to innych tytułów składających się na katastroficzny gatunek kina. Do tego typu tematów podchodzono na różne sposoby: niekiedy patetyczne wezwania do jedności, innymi razy brutalne starcia dwóch cywilizacji, wzmocnione instynktem przetrwania za wszelką cenę. Gdyby chcieć jakkolwiek zaklasyfikować "Maszynę do zabijania", to bliżej temu tytułowi może do tej drugiej grupy. Nie sądzę, że ożywi on kino swojego gatunku, ale z pewnością gwarantuje rozerwanie się. Dosłownie.
Maszyna do zabijania - recenzja filmu
Główny bohater zamiast imienia ma przydzielony numer. 81 (Alan Ritchson) ma za sobą przeszłość w Afganistanie, gdzie służył razem z bratem. Niestety, tylko pierwszy z nich wrócił żywy - ostrzał ze strony wroga zabił wielu, w tym właśnie brata. Niedługo przed tą tragedią obiecali sobie, że wspólnie wezmą udział w rekrutacji do elitarnych Rangersów. Dwa lata później, 81 trafia do mieszczącego się w Kolorado, obozu szkoleniowego wraz z innymi kandydatami, aspirującymi do żołnierskiej elity, nad którym pieczę trzymają sierżant Torres (Esai Morales) i major Sheridan (Dennis Quaid). Główny bohater zachodzi wysoko i dostaje się do ostatecznego etapu. W trakcie finałowej misji oddział dowodzony przez 81 zostaje zaatakowany przez tajemniczą maszynę i musi zrobić wszystko, żeby jej uciec.
Film Patricka Hughesa zaczyna się dość standardowo, pokrótce rozrysowując co nas czeka i kto będzie ważny w tej historii. Nie jest to najbardziej obszerna ekspozycja, ale absolutnie wystarczająca, jeśli chodzi o wiedzę na temat 81. Poznajemy go jako kogoś, kto ma wybitne, przewyższające wielu, zdolności fizyczne. Problem jest jednak w głowie - psychika głównego bohatera wciąż zmaga się z wspomnieniami z Afganistanu, izoluje się od reszty kandydatów, uchyla się od odpowiedzialności dowódczej (nie jest zatem zaskoczeniem, co go w tym zakresie czeka).
Fizycznie przypomina niemożliwą do rozbicia skałę, wewnątrz jest wyraźnie popękany.

Uspokajam tych, którzy boją się nadmiernie psychologicznego kina i wolą się emocjonować akcją - "Maszyna do zabijania" oferuje jej sporo. Od początku możemy się domyślać, kto z pobocznych bohaterów przeżyje dłużej, niż inni. Hughes bardzo szczątkowo zarysowuje relacje między postaciami, od początku, bez nadmiernej tajemnicy podrzuca pewne tropy, które sugerują widzowi, co się może wydarzyć. Gdy 81 ogląda telewizję i widzi informację o tym, że coś z kosmosu będzie blisko Ziemi, a jeden z żołnierzy zastanawia się, czy jako Rangersi dostaną dostęp do tajnych informacji, my już wiemy, że pozaziemskie spotkanie nastąpi szybciej, niż ktokolwiek z aspirujących kandydatów się spodziewa.
Gdy zagrożenie się urzeczywistnia, rozpoczyna się rzeź (choć czasami zbyt często bohaterowie mają bilet włączoną funkcję nieśmiertelności). Co prawda już od pierwszych minut wiemy, że "Maszyna do zabijania" będzie kinem pełnym mięsa w dosłownym znaczeniu, ale Hughes na tym wstępie nie poprzestaje. Kamera Aarona Mortona bardzo sprawnie i od samego początku uchwyca fizyczną intensywność wyzwań stojących przed 81, a także jego kompanami.
Krew, kości, kończyny - menu jest pełne. Survivalowy klimat jest skonstruowany naprawdę przednio, nie ma tu wiele czasu na wytchnienie, wraz z bohaterami często współodczuwamy zagrożenie ze strony niemożliwego do zatrzymania, bezimiennego, bezwzględnego bytu nieznanego pochodzenia. Jest dynamicznie, twórcy (choć nie zabrakło z ich strony absurdów lub mocnych naciągnięć) dbali o tempo, a i realizacja jest naprawdę niczego sobie. Czy to techniczny szczyt netfliksowego kina? Raczej jestem daleki od takich tez, ale zdecydowanie nie ma tu czego się wstydzić.
Równie ważne jest jednak też to, że twórcy, pośród krwawej akcji, nie tracą z oczu głównego bohatera - na tyle charyzmatycznego, że ta jatka obchodzi widza bardziej, niż mogłaby bez niego. Skoro już go zapowiedziano, największym magnesem "Maszyny do zabijania" jest oczywiście Alan Ritchson. Rozczarują się ci, którzy liczą, że będzie to nowa wersja Reachera, która w mundurze, wielkimi jak bochny łapami, będzie pacyfikowała kosmitów czy inne istoty, które staną na jego drodze. Fizyczność aktora nie jest tu bez znaczenia, ale twórcy nie eksponują jej nadmiernie.
Zostawiają Ritchsonowi dużo miejsca, by pokazał kontrast pomiędzy swoją skorupą, a tym, co się pod nią chowa.

Ten wychodzi z tej misji zwycięsko: widzimy w nim znany z "Reachera" stoicki spokój, determinację, ale zarazem to, czego nie pokazuje tak często: strach, szok, bezsilność, pewne oznaki emocjonalnego rozedgrania i roztrzęsienia. 81 pracuje na opinie zamkniętego w sobie i funkcjonującego na innym mentalnym poziomie niż reszta, ale i za tym kryje się ból, wyrzuty sumienia i powracające do głównego bohatera złe wspomnienia. Czy to najlepsza kreacja aktora w karierze? Z pewnością jedna z mocniejszych. Drugi plan nie jest jakoś przesadnie mocny: Quaid i Morales pojawiają się na ekstremalnie krótko, a jeśli kogokolwiek wyróżniać, to
To raczej nie jest kino, którego zadaniem jest szerszy, głęboki komentarz. "Maszyna do zabijania" od początku obiecuje intensywne, pełne akcji i mocnego tempa, wrażenia. Spełnia tę obietnicę bez większych problemów, a niezłe aktorstwo Alana Ritchsona pomaga w dostrzeżeniu w tym filmie więcej, niż zwykłą, niezłą wizualnie nawalankę z zakończeniem pozującym na reklamę amerykańskiej armii. Nie będę pamiętał o tej produkcji przez wieki, ale wiem, że nie zmarnowałem czasu na jej seans.
"Maszyna do zabijania" jest dostępna do obejrzenia na Netfliksie.
Więcej o Netfliksie poczytasz na Spider's Web:
- Netflix ogłosił kontynuację Nocnego agenta. Kiedy premiera 4. sezonu?
- Czy film Peaky Blinders się udał? Opinie są jednogłośne
- Obejrzałam Oskarżoną Netfliksa. Tandeta to komplement
- To sci-fi oglądało pół Polski. Teraz wleciało na Netfliksa
- Thriller Netfliksa mnie wciągnął. Siedziałam jak na szpilkach
zdjęcie główne: materiały prasowe Netfliksa



















