Trochę medytacja o ojcostwie i poszukiwaniach Boga, trochę „Serce ciemności” Conrada - ale w kosmosie i w reżyserii Terrence’a Malicka. Łatwo przepłynąć po powierzchni tego filmu Jamesa Graya, ziewnąć, zlekceważyć i nie docenić tego, co ma do zaoferowania. A ma niemało.

Fabuła filmu „Ad Astra” - dzieła sci-fi z 2019 r., które Gray wyreżyserował i napisał wraz z Ethanem Grossem - śledzi losy astronauty, który wyrusza w kosmos na poszukiwanie zaginionego ojca. Jego obsesyjna misja odkrycia inteligentnych form życia pozaziemskiego za wszelką cenę zagraża Układowi Słonecznemu i całemu życiu na Ziemi.
Doprecyzowując: protagonistą jest Roy McBride (fantastyczny Brad Pitt), żywa legenda, gość, którego tętno nigdy nie przekracza 80 uderzeń na minutę. Czas akcji to niedaleka przyszłość, w której podróże kosmiczne są już codziennością. Nasz astronauta dowiaduje się, że niespodziewane, tajemnicze wyładowania energetyczne zaczynają zagrażać Ziemi, a nawet całemu naszemu Układowi. Co gorsza, ich źródłem może być zapomniana misja sprzed lat, którą dowodził jego ojciec - uznany za zmarłego bohater, z którym kontakt dawno się urwał. Roy wyrusza więc w podróż z Ziemi na Księżyc, Marsa, a potem jeszcze dalej, by odnaleźć ojca i zatrzymać katastrofę. W trakcie tej wyprawy będzie musiał skonfrontować się z przeszłością, samotnością oraz, rzecz jasna, trudną (pisząc eufemistycznie) relacją z ojcem.
HBO Max - co obejrzeć w weekend? Ad Astra - opinia
Z pewnością nie jest „Ad Astra” widowiskiem przystępnym - typem mainstreamowo atrakcyjnego, spektakularnego sci fi, które porywa widownię pędzącą na złamanie karku akcją, rozrywkową jazdą bez trzymanki. To nie klasyczny blockbuster, a obraz chłodny, nieśpieszny, wizualnie olśniewający i tematycznie gęsty, wielowarstwowy. Rzadki typ filmu w tym gatunku.
Nie będę rozpisywał się o technicznej maestrii: wszystko tu wygląda i brzmi obłędnie, imponująco, momentami nawet przytłaczająco (czyli tak, jak powinno być w przypadku kosmicznej opowieści tego typu). Najważniejsze, że ta wielowymiarowa opowieść jest naraz studium męskości, komentarzem do wkraczania w rolę ojca, refleksją na temat poszukiwań Boga, którego nieobecności jesteśmy świadomi. W opowieść jest zresztą wpisana alegoria na wskroś religijna: ziemskie katastrofy to efekt odejścia stwórcy, który zniknął, gdy świat stracił wiarę i nadzieję. W mniejszej skali: człowiek wyrusza na poszukiwanie tego, który go stworzył, by uzyskać odpowiedzi - w tym tę, dlaczego go (nas) porzucił.
Mimo wizualnej monumentalności (uwaga: CGI ograniczone do minimum, mnóstwo budowanych na planie lokacji), mimo odniesień o większej skali, twórca nigdy nie traci z oczu ludzkiej skali opowieści - skupia się na perspektywie McBride’a, pokazuje nam to, co widzi McBride i ujawnia nam tyle, ile ujawnia bohaterowi. Dzięki temu film do samego końca pozostaje tematycznie bardzo, bardzo osobisty. Jestem wielkim fanem tego zabiegu.
Oczywiście, w filmie nie zabraknie sekwencji bardziej intensywnych - podkręcenia akcji, napięcia, stawek. W gruncie rzeczy mamy jednak do czynienia z filozoficznym spektaklem, który na swoich barkach z wyczuciem dźwiga Brad Pitt - subtelny, prawdziwy. W moim prywatnym rankingu jest to ścisła topka najlepszych ról w karierze gwiazdora.
„Ad Astra” to film, do którego warto podejść świadomie - każdy oczekujący „piu, piu” i eksplozji po prostu się od niego odbije. Polecam jednak w wyciszeniu udać się w tę podróż z McBride’em - to rzadkie doświadczenie.
Czytaj więcej:
- Tak miał wyglądać IX epizod Gwiezdnych wojen. Przeczytałem i zapłakałem
- Spotify Wrapped 2025 pokazał coś nowego. Mnie to przeraziło
- W stronę strachu, światła i krewetek – Dagmara Brodziak opowiada o filmie Camper
- Dawid Podsiadło ogłosił nową datę na trasie Obrotowy Tour 2026. Szaleństwo
- Spotify Wrapped 2025 już jest. Jak go włączyć?






































