Nagadaliśmy się już o fandomie "Stranger Things", którego lwia część zwróciła uwagę na specyficzny montaż i pewne nietypowe rozwiązania scenariuszowe w 5. sezonie hitu Netfliksa. Tak jakby ta odsłona była w pewnym sensie niekompletna. Wygląda na to, że nie było to wrażenie bezpodstawne.

Wielu widzów uznało 5. sezon „Stranger Things” za wyjątkowo poszatkowany: można było odnieść wrażenie, że podczas montażu coś zgubiono, poszczególne fragmenty były niedorzecznie przydługie, wypełnione nieciekawymi i ekspozycyjnymi dialogami, a postacie zachowywały się nieco inaczej niż wcześniej (przykładowo: Mike właściwie stracił swój emocjonalny rdzeń, a Robin zaczęła komunikować się monologami podszytymi filmową nerdozą). To i inne liczne problemy finału skłoniły fanów do poszukiwania nieoczywistych wyjaśnień. Odklejona teoria „Conformity Gate” miała tłumaczyć tę dziwną nierówność sezonu jako zamierzoną, ale po jej obaleniu niektórzy wciąż podtrzymywali, że czegoś tu brakuje. Cóż - ostatecznie wielu odbiorców powinno być dumnych ze swojej intuicji. Finałowy rozdział tej opowieści nie miał prawa okazać się spójny i kompletny.
Nic dziwnego, że Stranger Things 5 jest wybrakowane
W dokumencie Netfliksa pt. „Ostatnia przygoda: Jak powstawało Stranger Things 5” Dufferowie potwierdzają, że cały proces prac nad finałem to przedłużający się w nieskończoność okres niepewności. Jak wiemy, twórcy od dawna mieli pewne założenia co do losów części bohaterów - chcieli na przykład, by Jedenastka zginęła lub co najmniej na stałe zniknęła z Hawkins, jako reprezentacja pewnego rodzaju magii i dzieciństwa, czegoś, co nie może tam pozostać, jeśli pozostali naprawdę mają ruszyć dalej. Nie mieli jednak opracowanej konkretnej drogi prowadzącej do tego punktu. Ostatecznie produkcja ruszyła bez ukończonych scenariuszy - i tyczy się to również odcinka finałowego.
Rose Duffer otwarcie wyznaje przed kamerą, jak przytłaczające to było. Tłumaczy, że chcieli dopiąć wszystko na ostatni guzik, tym bardziej, że mowa o najważniejszym rozdziale całej opowieści - było to jednak niemal niemożliwe. Materiały zza kulis pokazują, jak pokój scenarzystów żonglował otwartymi wątkami - na przykład tym, czy demogorgony w ogóle pojawią się w finałowej bitwie (do czego ostatecznie nie doszło, co wielu widzów wypunktowało jako spore niedopatrzenie i trudno im się dziwić), podczas gdy realia produkcyjne wymuszały kontynuowanie zdjęć. Matt Duffer opisuje ten proces jako „układanie torów przed jadącym pociągiem”, co dobrze obrazuje, dlaczego sezon często oglądało się jak wybrakowaną układankę. W gruncie rzeczy film, o którym mowa, niejako potwierdza, że 5. odsłona ikonicznego serialu powstała na skutek pracy chaotycznej, nie do końca przemyślanej, popędzanej i pod bezprecedensową presją.
Przy okazji podkreśla też ambicje dotyczące skali.
Sezon 5. kręcono przez 237 dni, 6 725 razy ustawiano kolejne scenografie, a zebrany materiał to ok. 630 godzin nagrań. Reżyserka Martina Radwan pokazała i omówiła - z zaskakującą uczciwością - wiele problematycznych elementów przedsięwzięcia, zestawiając sukcesy z porażkami. Shawn Levy opowiedział na przykład o głębokim rozczarowaniu podczas realizacji niesławnej sceny z Jonathanem (Charlie Heaton) i Nancy (Natalia Dyer), gdy na planie wiadoma ciecz okazała się mniej gęsta niż podczas testów. Radwan pokazuje też, że sam Netflix stawał się coraz bardziej niecierpliwy wobec ślamazarnego tempa domykania scenariuszy.
Dufferowie przyznali, że nigdy dotąd ich serial nie wygenerował tak wiele szumu - a w efekcie spędzali w pokoju scenarzystów więcej czasu niż kiedykolwiek, próbując z jednej strony sprostać oczekiwaniom, z drugiej - zaskoczyć widzów. Martwił ich fakt, że widownia potrafi przekreślić cały serial, jeśli zakończenie ich zawiedzie - a bardzo nie chcieli, by sprostało to „Stranger Things”. Słuchając tego wszystkiego, uświadamiając sobie presję, łatwiej uświadomić sobie skalę ciężaru prac nad „piątką”. Brak konkretnie zaprojektowanej ścieżki fabularnej, prowadzącej kolejne wątki od punktu A do punktu B, to spory problem; decyzje kreatywne wynikały bardziej z bieżących rozmów niż ze skrupulatnie opracowywanych wytycznych. W pewnym momencie Tudor Jones, współproducent wykonawczy, mówi wprost do pozostałych, że ekipa nie dostanie na czas ostatecznej wersji scenariusza i będą musieli opierać kluczowe decyzje kreatywne na trwających dyskusjach.
To po prostu nie powinno tak wyglądać.
Twórcy powinni mieć więcej czasu albo zdecydować się na coś bardziej kameralnego - i wrócić do korzeni (za co wszyscy byliby im wdzięczni). Widać, że członkowie ekipy byli zaangażowani i podekscytowani, ale i bardzo przytłoczeni. Mimo wszystko fajnie, że mimo całej tej niepewności dokument akcentuje wspólną determinację grupy - niestety przy tak dużym projekcie zawziętość może nie wystarczyć. I chyba nie wystarczyła.
Tak czy inaczej, jestem pod wrażeniem otwartości i szczerości dokumentu. Jednocześnie nakreślił on pełną perspektywę, ale i spotęgował frustrację. Nierówność sezonu ma swoje źródło w procesie twórczym, którego kształt można bez cienia przesady nazwać skandalem. Te serial zasłużył na coś więcej.
Czytaj więcej:
- Stamtąd 4 nadciąga. Wiemy, kiedy spodziewać się premiery
- Jest nowa promocja Disney+. Serwis za półdarmo
- Rycerz Siedmiu Królestw już zaraz na HBO Max. Kiedy? Cóż, nastawcie budziki
- Tak mógłby wyglądać James Bond. Nowy dreszczowiec na HBO Max to potwierdza
- Netflix dowozi nowości na weekend. Mroczny thriller i głośny kryminał






































