Budowanie szerszego uniwersum na bazie filmów, które początkowo zapowiadały się jako oryginalne "jednostrzałowce", to śmiały ruch. Nic dziwnego jednak, że w tym przypadku twórcy postanowili pójść za ciosem - stworzyli bowiem naprawdę wyjątkową postać, która prosiła się o kolejny tytuł ze swoim udziałem.

Zach Cregger dał się poznać światu przede wszystkim dzięki wyreżyserowaniu "Barbarzyńców". Przewrotny horror z Georginą Campbell i Billem Skarsgardem zachwycił i publiczność, i krytyków, prędko sprawił, że obwołano go jednym z najzdolniejszych twórców współczesnego kina grozy. Nie dziwi mnie to ani trochę, a zachwycony powyższym filmem, czekałem z wielką ekscytacją na "Zniknięcia". Opłacało się, bo dostałem kawał fantastycznego kina, które, jak się okazuje, będzie początkiem czegoś szerszego.
Kultowa postać ze Zniknięć powróci. Poznamy ją lepiej
Maybrook, Pensylwania. To właśnie tam, pewnej nocy, o 2:17 dochodzi do nadzwyczajnej sytuacji: 17 dzieci w dziwaczny sposób, samodzielnie wybiega z domu i znika. Lokalna społeczność na czele z rodzicami zaginionych uczniów jest spanikowana, co mocno odbija się na Justine (Julia Garner), nauczycielce, do której klasy chodziła cała siedemnastka. W tym samym czasie ojciec jednego z chłopców, Archer (Josh Brolin) desperacko poszukuje swojego syna i próbuje poznać prawdę o tym, co tak naprawdę się stało.
W "Zniknięciach" mieliśmy do czynienia z wielopoziomowym "złotem": wielostronnie budowaną narracją, świetnie inscenizowanymi momentami grozy, atmosferą niepokoju i strachu, ale również (a może przede wszystkim) aktorami, którzy ponieśli ten materiał pierwszorzędnie. Brolin, Garner, Wong, Abrams, Ehrenreich, mały Cary Christopher. Szczególne wyróżnienie należało się jednak królowej ekranu, Amy Madigan. Aktorka wcieliła się w ciotkę Gladys - wzbudzającą niezwykłe przerażenie czarownicę, która odpowiadała za tytułowe zjawisko, a jej planem było odzyskanie sił życiowych. Madigan stworzyła jedyną w swoim rodzaju, niezwykle przyciągającą uwagę i "wchodzącą na psychę" kreację. Nic dziwnego, że dostała za nią Oscara.
Od kilku miesięcy w przestrzeni publicznej istniał temat prequela "Zniknięć", który miałby być poświęcony właśnie postaci ciotki Gladys. Dziś wiemy, że sprawy posuwają się do przodu. Jak poinformowało Deadline, Warner Bros. i The New Line Cinema finalnie zdecydowały się ruszyć z projektem, roboczo zatytułowanym "Gladys". Film rzeczywiście ma skupić się w większym stopniu na backgroundzie tytułowej bohaterki. Pytanie brzmi: czy twórcy będą chcieli cofnąć się w czasie dalej, czy do stosunkowo niedawnej przeszłości? Jeśli to pierwsze, wtedy nie byłoby jasne, czy Amy Madigan powtórzy swoją niesamowitą rolę. Biorąc pod uwagę dotychczasowe wypowiedzi aktorki, zdaje się jednak, że jeśli mogłaby powtórzyć tę przygodę, skłaniałaby się ku zrobieniu tego.
Na obecnym etapie wiadomo, że za scenariusz "Gladys" będzie odpowiadał duet. Jego pierwszą (i myślę, że najważniejszą) część stanowi sam Zach Cregger - reżyser "Zniknięć". Wspomagać go w tej materii będzie Zach Shields, scenarzysta mający na koncie "Krampusa. Ducha świąt" oraz "Godzillę II: Króla potworów". Nie jest póki co potwierdzone ani przesądzone, że Cregger będzie również reżyserem "Gladys".
Osobiście przyznam, że nie jestem wcale pewien, że powstanie "Gladys" jest koniecznością - bardziej widzę w tym chęć wyciśnięcia przez studia wszelkiego potencjału i późniejsze zmonetyzowanie go. To i tak nie zmienia faktu, że dopóki Zach Cregger trzyma autorską pieczę nad tym projektem, dopóty mam w sobie ekscytację i optymizm, że stworzy kolejny znakomity film grozy. Czekam z niecierpliwością, co ten piekielnie zdolny twórca wymyślił
Więcej o filmach poczytasz na Spider's Web:



















