Po ponad 4 latach przerwy „Euforia” powróciła z 3. sezonem. Uczciwiej ze strony Sama Levinsona byłoby jednak zatytułować tę nową serię inaczej i promować raczej jako spin-off oryginalnej produkcji. Ze starej „Euforii” niewiele się bowiem ostało - twarze niby te same, ale kierunki (artystyczny i narracyjny) uległy zmianie, a tożsamość gdzieś się zgubiła.

Od wydarzeń z finału 2. sezonu „Euforii” upłynęło kilka lat. Rue (Zendaya) mierzy się z kolejnymi konsekwencjami swojego uzależnienia. Okazuje się, że musi teraz odpracowywać utratę towaru należącego do Laurie (Martha Kelly), głowy narkotykowego gangu. By to zrobić, przemyca połknięte woreczki z fentanylem przez granicę z Meksykiem. Tymczasem Cassie (Sydney Sweeney) jest utrzymanką swojego narzeczonego, Nate’a (Jacob Elordi). Nie jest jednak zachwycona faktem finansowej zależności. By zyskać większą decyzyjność i zwiększyć pulę możliwości (w tym sfinansować warte 50 tys. dol weselne kwiaty, na które partner nie chce się zgodzić), postanawia pójść o krok dalej w produkcji wyzywającego internetowego kontentu i założyć konto na OnlyFans. Z kolei Lexi (Maude Apatow) pracuje w Hollywood z wpływową producentką graną przez Sharon Stone, a Maddy (Alexa Demie) jako menedżerka również związała się ze światem celebrytów i influencerów. I tak to się kręci.
Euforia, sezon 3. - opinia o otwarciu nowej serii od HBO Max
Niewiele tu zostało z „Euforii”, która w 2019 r. rozkochała w sobie miliony widzów. Dotychczas serial definiowano jako subiektywny portret młodych ludzi kreślony z perspektywy ich wrażliwości, lęków, potrzeby bliskości i, w sporej mierze, uzależnień. Prowadzona przez Rue narracja nadawała całości spowiedniczego charakteru - nie mieliśmy zresztą do czynienia z typową produkcją coming of age czy teenage dramą, a raczej z opowieścią o stanach psychicznych nastolatków. O tym, co się czuje i jak to jest dorastać w rzeczywistości nadmiernie bodźcującej, pod presją wymykających się spod kontroli emocji. Neonowa, momentami wręcz tripowa estetyka była czymś więcej niż ozdobnikiem - Levinson wykorzystywał ją jako język tej opowieści, filtrując rzeczywistość przez kolejne uczucia: pożądanie, lęk, odrealnienie, tytułową euforię. Warstwa audiowizualna fenomenalnie oddawała mechanikę uzależnienia i eskapizmu - świat serialu błyszczał od brokatu, kusił, hipnotyzował, zupełnie jak intensywne przeżycia emocjonalne związane z substancjami czy seksem. Właśnie tak twórcy odzwierciedlali niebezpieczną fasadę - iluzję piękna i kontroli, która maskuje pustkę, autodestrukcję i ból. W ten sposób forma i treść doskonale ze sobą współgrały.
W nowej „Euforii” już tego nie znajdziemy. Ani neonowo-brokatowych kadrów, ani hipnotyzującej muzyki Labrintha (tego zastąpił Hans Zimmer - efekty pracy kompozytora są tak nieciekawe, że aż trudno napisać o nich coś więcej niż to, że po prostu są), ani esencji, myśli przewodniej. HIstoria o zagubieniu i samotności młodych ludzi snuta była z perspektywy wewnętrznych przeżyć - teraz istotnie oddalamy się od wnętrza postaci, śledzimy ich poczynania z większego dystansu.
Zmiany są zatem fundamentalne: zmodyfikowano nie tylko kierunek fabularny, ale przede wszystkim filozofię opowiadania. Cała ta subiektywność zostaje zastąpiona bardziej klasyczną narracją, a introspekcja i psychologiczna intymność młodych bohaterów ustąpiły miejsca czemuś na kształt dramatu kryminalnego i społecznego.
Co gorsza, wydaje się, że wielowymiarowość i zniuansowanie postaci zastąpiono czymś, co przypomina raczej symbole określonych zjawisk: uzależnienia, seksualizacji, kryzysu tożsamości i tak dalej. Szokowanie, które wcześniej było narzędziem stosowanym, by wzmocnić autentyzm, teraz wydaje się celem samym w sobie. Dostajemy nadmiar prowokacyjnych sekwencji, z których niewiele wynika.
I właśnie dlatego 3. sezon "Euforii" sprawia wrażenie zupełnie innego serialu
To oczywiście samo w sobie nie musiałoby być złe, gdyby bazowało na konkretnym kierunku i zaoferowało jakieś godne poprzednich odsłon zastępstwo tematyczne. Niestety, jak na razie w oczy rzuca się przede wszystkim zmiana perspektywy, która definiowała „Euforię” od początku. Wcześniej Levinson przedstawiał widzowi zobaczyć świat takim, jakim widzieli go - a przede wszystkim: czuli - jego bohaterowie, bez moralizowania i oceniania. Teraz najczęściej jedynie go komentuje i nie są to komentarze ani świeże, ani błyskotliwe, ani tym bardziej interesujące. Fajnie, że twórca próbuje punktować wszechobecną powierzchowność, szkoda tylko, że powtarza po instagramowych rolkach.
Z plusów: widać, jak bardzo gwiazdy „Euforii” rozwinęły się poza serialem - wiele z nich przenosi te doświadczenia do swoich ról, choć tym razem, paradoksalnie, scenariusz daje im mniejsze pole do popisu. Błyszczy zwłaszcza Zendaya, która wzbogaca Rue jeszcze większą dawką nerwowej, niepokojącej energii. I to trzeba produkcji HBO przyznać: obsadowe popisy śledzi się z satysfakcją.
Nowa „Euforia” to - póki co (bo z ostateczną oceną wstrzymam się, rzecz jasna, do finału) - rozczarowanie. Produkcja tematycznie zagubiona, chaotyczna. Być może znajdą się widzowie, którzy z jakiegoś powodu docenią fakt, że intymny portret rozedrganej młodości przekształcił się w dziwaczny kryminalny dramat - ja do nich nie należę.
Euforia, sezon 3. - 1 odc. nowej serii debiutował w HBO Max 13 kwietnia o 9 rano. Kolejne będą trafiać tam co poniedziałek.
Czytaj więcej:
- Sugestywne zdjęcie Sydney Sweeney zszokowało świat. Euforia szoruje po dnie
- Britney Spears zgłosiła się na odwyk. Mogło skończyć się tragedią
- Lepszego fantasy Netflix nigdy nie miał. Widzowie sprzedaliby duszę za kontynuację
- Piotr Kędzierski trwalszy niż Titanic. W Tańcu z Gwiazdami jest niezatapialny
- Dla tego filmu warto zaspać do pracy. Doskonały kryminał



















