Do HBO Max wpadł właśnie film nazywany największą wpadką i najbardziej polaryzującym obrazem tego roku. Dlaczego zatem polecam coś, co skrytykowało tak wielu widzów i dziennikarzy? Ano dlatego, że „Panna Młoda!” to - mimo wszystko - rzecz tak dziwna, że warto się z nią zapoznać. Choćby z czystej ciekawości. Na nudę narzekać nie będziecie.

Niespełna dwa i pół miesiąca po kinowym debiucie, „Panna Młoda!”, nowy film Maggie Gyllenhaal, wylądował w HBO Max. Dlaczego tak szybko? Ano dlatego, że odniósł dość spektakularną porażkę. Zarówno na polu artystycznym (tu nie było tak źle: recenzje były bardzo mieszane, ale widzowie oceniali film wyżej niż krytycy), jak i komercyjnym (w kinach pustki, Warner wtopił ok. 90 mln dol.).
Wiem, nie brzmi zachęcająco. Skoro jednak obraz trafił już do serwisu, myślę, że warto wykorzystać tę okazję. Nie będziecie stratni finansowo, a być może doświadczycie czegoś nietuzinkowego. Bo czego by o „Pannie Młodej!” nie mówić - nie jest to kino wtórne, nijakie, przewidywalne i nudne. Dzikie i nieokiełznane? Jak najbardziej.
Lata 30. XX wieku w alternatywnej rzeczywistości. Potwór Franeknsteina (Christian Bale) - nazywany tu po prostu Frankiem - mierzy się z oczywistą bolączką: bezbrzeżną samotnością. Przybywa zatem do Chicago, by tam ubłagać słynącą z kontrowersyjnych tez i przełomowych odkryć naukowczynię, doktor Euphronius (Anette Bening), o stworzenie mu towarzyszki życia (Jesse Buckley) - dokładnie tą samą metodą, jaką stworzono jego samego. Gdy wreszcie się udaje, Oblubienica otwiera oczy i rozpoczyna swoją dziką podróż.
Co obejrzeć w HBO Max? Panna Młoda! już w serwisie
Czegóż tu nie ma? Zbrodnie, pościg i romans rodem z „Dzikości serca”, kulturowy przewrót, chaos na ulicach, gangsterskie porachunki, gwałtowna, nieprzewidywalna, krwawa historia miłosno-rewolucyjna. I jeszcze więcej. Zgadzam się: ten film to chaos, wywołany między innymi faktem, ze twórczyni spróbowała złapać zbyt wiele srok za ogon. Rzecz w tym, że ich mnogość nie oznacza, że żadnej nie udało się wybrzmieć. Albo że ich suma pozbawiła filmu tożsamości. Ona tam jest, owszem, po prostu kryje się za bardzo specyficznym, drażniącym większość filmowym językiem.
Gyllenhaal-reżyserka pracując nad tym obrazem okazała się cudownie szalona, nieokiełznana (podobnie jak jej bohaterka). Zapomniała o hamulcach, docisnęła pedał gazu. Podjęła ryzyko. I rzeczywiście: najwyraźniej się nie opłaciło, ale to dzięki niemu mogłem zobaczyć tak nieprzystający do współczesnego kina spektakl, łączący wiele wspaniałych motywów, z których część mimo wszystko działa: słodko-gorzkie love story, kobiecy manifest, szalona mieszanka gatunków, czarny humor, niemało abstrakcji. Ah, no i aktorstwo wspaniałe.
Zgadzam się, że feministyczna warstwa filmu nie ma zbyt wiele wspólnego z subtelnością, jest jednak wyrażona w sposób pulsujący nieoczywistą energią i pełen uroku, uwzględniający przestrzeń dla zabawnej i poruszającej historii miłosnej. Dlatego też bez trudu przymknąłem oko na truizmy, tym bardziej, że najróżniejszych atrakcji jest tu sporo. Włącznie z formalnymi eksperymentami, wspaniale estetyzowanymi kadrami czy porywającym soundtrackiem. W gruncie rzeczy jest to blockbuster jak się patrzy - po prostu kryje w sobie znacznie więcej niż większość popcorniaków. Ponoć za dużo. A jednak chyba wolę właśnie w tę stronę.
Co ciekawe, dostaliśmy znacznie ugrzecznioną, wygładzoną przez studio wersję - a oglądając ten bardziej zachowawczy efekt naprawdę bardzo żałuję, że nie dane mi było zapoznać się z pierwotnym zamysłem filmowczyni. Cóż by to był za obłęd!
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Mandalorian i Grogu nie powinni byli trafić do kin. Recenzja
- Netflix pokazał zwiastun filmu Kolory zła: Czerń. Doczekaliśmy się
- Michelle Pfeiffer opowiedziała o planie Madison. "Nie było klimatyzacji"
- Testamenty powrócą do Gileadu. Będzie 2. sezon
- Kiedy premiera Love is Blind: Polska Reunion? Netflix potwierdził



















