REKLAMA

Serial Tu zdarzy się coś strasznego oglądałem do rana. Czy było warto?

„Tu zdarzy się coś strasznego” to nowa propozycja Netfliksa, która bawi się kliszami gatunkowymi i nieustannie zwodzi widza. Sprawdzamy, czy produkcja twórców „Stranger Things” to faktycznie powiew świeżości w serialowej grozie, czy jedynie zbiór znanych sztuczek. Spoiler: oba twierdzenia są prawdziwe.

OCENA :
7/10
tu wydarzy sie cos strasznego recenzja
REKLAMA

Zaczyna się od drogi. Rachel (Camila Morrone) i Nicky (Adam DiMarco) jadą samochodem. Droga jest długa, ale wypełniona jest zaufaniem, miłością i omawianiem wspólnego życia. Para planuje bowiem ślub, który ma odbyć się w rezydencji rodziców chłopaka. Serial jest horrorem, a więc rezydencja położona jest w głębokim lesie pośrodku niczego. Rodzinny dom chłopaka jest równie przerażający, co jego mieszkańcy. Po kątach porozstawiane są wypchane psy, matka snuje się po mrocznych korytarzach w środku nocy, a gdyby tego było mało, rodzeństwo zachowuje się tak, jakby bycia dupkiem uczyli się od niemowlęctwa.

Rachel jest bardzo zaniepokojona. Mam swoje problemy z lękami i atakami paniki. Zagrożenie widzi nawet tam, gdzie go nie ma, więc jest ostrożna. Gdy jednak trafia na kolejne dziwaczne wydarzenia, a Portia (Gus Birney) opowiada jej legendę o grasującym w tych okolicach mordercy, coś zaczyna się w niej pękać. Czy to możliwe, że rodzina jej przyszłego męża chce poświęcić ją w jakimś rytual?

REKLAMA

Tu zdarzy się coś strasznego – recenzja serialu od serwisu Netflix

Tu wszystko jest możliwe, bo produkcja, której producentami są znani ze „Stranger Things” bracia Duffer, postawiła sobie za cel zwodzenie widza. W czasie seansu dostaniecie kilka mocnych zwrotów akcji, które zupełnie zmieniają optykę dotyczącą tego, co dzieje się na ekranie. Serial wyprowadza widzów w pole, bawiąc się oczekiwaniami widzów, podrzucając fałszywe tropy. Jednocześnie produkcja porusza się po znanej mapie klisz i gdy jednak klisza zostaje wyeksploatowana, to sprawnie przechodzi w kolejną.

Pewnie można by zrobić z tego zarzut, bo opowiedziane historie są proste, zwykle pozbawione drugiego dna i mieszczące się w bezpiecznym horrorowym standardzie. „Tu zdarzy się coś strasznego” ma w sobie coś magnetycznego. Jest to zapewne zasługa niezłej obsady (Camila Morrone ma świetną rolę, ale Jennifer Jason Leigh i Gus Birney doskonale budują atmosferę w swoich scenach). Wiele z tym wspólnego ma dobry scenariusz i pomysłowa konstrukcja samego serialu.

Ale to realizacja jest najmocniejszym punktem horroru.

Kamera pracuje niestrudzenie, aby potęgować napięcie. Jest sporo zbliżeń na ciało w jego martwej lub martwiejącej formie, są typowe ujęcia budujące grozę. Kamera jednak gra w jednej drużynie ze scenariuszem i lokacjami, w których operuje. Ujęcia niby mimochodem pokazują otwarte drzwi, lustra, przeszklenia, długie korytarze, w których choć nic się nie czai, to mogłoby. To nie tylko groza, ale też odbicie gonitwy myśli naszej przesadnie panikującej bohaterki.

Dawno nie widziałem serialu, który korzystałby z tak wielu sztuczek i formalnych rozwiązań w celu straszenia widza. Jest tu nie tylko obleśność martwego ciała, ale też groza lasu, motywy (choć tu muszę mówić naokoło) fantasy, elementy okultystyczne, baśniowe, a nawet nagrania z kaset wideo z końcówki lat 90. Ten misz-masz działa bardzo dobrze, bo jego celem jest ciągłe zwodzenie widza, aż w końcu przestanie ufać swojemu przeczuciu… tak jak bohaterka.

Kapitalną robotę wykonali tu operatorzy kamery i reżyserzy, w tym Weronika Tofilska, która wyreżyserowała 2 pierwsze odcinki.

Problemy serialu zaczynają ujawniać się trochę później, gdy fabuła zaczyna skręcać w coraz to bardziej wykręcone rejony. W pewnym momencie również serial zaczyna się uginać od liczby wątków i tajemnic. Nie pomaga nawet fakt, że „Tu zdarzy się coś strasznego” potrafi domykać niepotrzebne już elementy fabuły.

Problemem na pewnym etapie staje się również fakt, że serial jest po prostu za długi. Ma on w sumie 8 odcinków, każdy z nich przepełniony jest akcją i tajemnicami, ale ewidentnie fabuła nie ucierpiałaby, gdyby przyciąć ją o 1-2 epizody. To zresztą dość powszechna choroba seriali Netfliksa wynikająca z najpewniej z tego, że najważniejszym wyznacznikiem oglądalności jest liczba godzin spędzona przez widza przed ekranem. Niestety czasem wpływa to negatywnie na odbiór serialu (no i kto ma na to czas?!).

Jednocześnie trudno nazwać serial „Tu zdarzy się coś strasznego” nieudanym. Produkcja jest na tyle wykręcona i zaskakująca, że udała się jej bardzo trudna sztuka, czyli zrobienie udanego horroru w odcinkach. Wykładali się na tym gatunku telewizyjni twórcy od lat. Zauważcie, jak niewiele jest seriali grozy, które nie byłby antologiami lub byłyby po prostu… udane. „Tu zdarzy się coś strasznego” to po prostu udany horror w odcinkach. A to już duży sukces.

REKLAMA

Czytaj więcej w Spider's Web:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-27T12:44:16+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T18:01:59+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T15:33:04+01:00
Aktualizacja: 2026-03-26T12:14:50+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T20:11:09+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T19:16:45+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA