REKLAMA

"Prałat" podpisał pakt z diabłem. Widziałem mocny spektakl od TVP

„Prałata” łatwo opacznie zrozumieć. Historia prałata Henryka Jankowskiego jest przecież nie do obrony, jednak spektakl przewrotnie pozwala mu powiedzieć kilka słów, a jego działania łączy z ingerencją sił piekielnych, reprezentowanych przez Diabła Roberta.

"Prałat" podpisał pakt z diabłem. Widziałem mocny spektakl od TVP
REKLAMA

Reżyser Marcin Liber i dramatopisarz Michał Kmiecik opowiadają o pakcie z diabłem, który zawarła TVP. Chodzi w nim o to, aby nie ruszać Kościoła, a zwłaszcza nieżyjącego już księdza nazywanego „Prałatem Solidarności”. Gdy diabeł (Juliusz Chrząstowski) dowiaduje się, że publiczny nadawca chce zrobić spektakl o Jankowskim, ściąga do siebie prezesa telewizji, a następnie ekipę odpowiedzialną za realizację.

Diabelskie podszepty służą tu nie tylko pokazaniu, że człowiek Boga okazał się w gruncie rzeczy sługą szatana. Na poły komiczny diabeł ma nie ściągać odpowiedzialności z człowieka, który dopuścił się zbrodni. A zarzutów w stosunku do prałata Jankowskiego jest niemało. Współpraca z SB, polaryzujące aktywności polityczne i prymitywny antysemityzm to nie wszystko. Jest jeszcze zarzut pedofilii, którego przemilczanie jest zbrodnią samą w sobie. Spektakl jednak nie próbuje rozliczyć się z Jankowskim, jest bardziej komentarzem do tego, co społeczna pamięć i medialne otoczenie zrobiły z tą sprawą. A zrobiły niewiele.

REKLAMA

Prałat tonie w aluzjach.

Teatr Telewizji Polskiej w całej swojej konstrukcji jest raczej wyrzutem sumienia dla mediów i opinii publicznej. Pakt TVP z siłami piekielnymi jest łatwy do zdekodowania. Sam diabeł jest bowiem tą siłą, która ma zrzucić osobistą odpowiedzialność na bezosobowe zło. Jak często bowiem słyszeliśmy o tym, że „ksiądz jest tylko grzesznym człowiekiem”? Diabeł wielokrotnie staje w obronie antybohatera sztuki, tak jakby tylko on mógł stanąć po jego stronie.

Znowu postać reżyserki jest symbolem siły, która gardzi kunktatorstwem, daje głos ofiarom i ma w sobie odwagę, aby przyznać szczerze, że jej słowa prałata nie obchodzą, gdy właśnie przerwano jej przedstawienie historii ofiary. Jednocześnie jest w niej niezdecydowanie i rozedrganie, co do decyzji artystycznych. Po drugiej stronie dyrektor, który musi ważyć racje, przez stracił kontakt z istotą sztuki, która jako jedyna ma odwagę, aby stanąć po stronie prawdy i ofiar.

Bo autotematyzm służy tu umiejscowieniu historii w konkretnym obrazie. Choć nie ma tu dobrych bohaterów i wzorców, to właśnie sztuka jako jedyna ma szansę, aby odkryć przed ludźmi prawdę. Dramatopisarz Michał Kmiecik idzie jednak dalej, bo nie interesuje go tylko komentarz do samej sprawy Jankowskiego. Pokazuje więc swojego diabła jako odwiecznego autora zła. Tego, który zmusił Magika do skoku, tego który wywołał Powstanie Warszawskie oraz tego, który wybrał Karola Wojtyłę na papieża. Co niestety momentami sprowadza ten potrzebny przecież spektakl do taniej publicystyki.

Zwłaszcza że dla „Prałata” ta publicystyka i liczne aluzje są okazjami do tego, aby wprowadzić trochę humoru do spektaklu. Humoru, bez którego sztuka mogłaby się obejść. Rozumiem, że współczesny teatr cały czas zadaje sobie pytanie, jakim językiem dotrzeć do widza, ale ciągłe sięganie do ironii i głębokiej aluzyjności jest drogą na skróty. Zwłaszcza jeśli temat wcale tego nie wymaga. Oczywiście tytułowa postać prałata Jankowskiego może, zwłaszcza dzisiaj, na pierwszy rzut oka wydawać się komiczna, to wcale taka nie jest i kontekst, w jakim jest umieszczana również nie powinien taki być.

REKLAMA

Czytaj więcej:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-13T14:30:08+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T19:05:58+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T17:37:52+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T13:03:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T11:45:23+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T10:11:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-12T09:42:00+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA