REKLAMA

Nowa wersja kultowego sci-fi biegnie jeszcze szybciej. Ogląda się jak virala

Słynny reżyser wziął się za bary ze Stephenem Kingiem. Ale nie jednym z jego horrorów, tylko science fiction. Edgar Wright serwuje nam bowiem nową wersję "Uciekiniera", który już wcześniej doczekał się adaptacji z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Wyszła lepsza adaptacja niż poprzednio? Od jakiegoś czasu możemy się o tym przekonać w streamingu.

uciekinier science fiction netflix co obejrzeć online opinie
REKLAMA

Pierwsza adaptacja "Uciekiniera" opowiada historię policjanta, który zostaje wrobiony w przestępstwo. Z tego właśnie względu zostaje skazany na udział w śmiertelnie niebezpiecznym teleturnieju. Musi w nim uciekać przed ścigającymi go łowcami. Z książki Stephena Kinga (choć wydanej pod pseudonimem Richard Bachman) pozostaje praktycznie sam koncept. Reszta to już fantazja twórców. Już przymierzając się do nowej fimowej wersji powieści Edgar Wright obiecywał, że będzie bardziej trzymał się literackiego oryginału.

W nowym "Uciekinierze" nie oglądamy już bohatera o aparycji jednego z największych herosów kina akcji. Arnolda Schwarzeneggera zastępuje w nim Glen Powell. Może i ma on urodę hollywoodzkiego gwiazdora, ale w roli zwykłego, szarego człowieka w ekstremalnej sytuacji wciąż sprawdza się całkiem nieźle. Bo tym razem Ben Richards jest kochającym mężem i ojcem. Problem w tym, że żyje w dystopijnej przyszłości, w której rządzi autorytarna korporacja medialna nazywana The Network. Podczas gdy ona się bogaci, wszyscy inni pogrążają się w biedzie i nawet nie mają dostępu do opieki medycznej. Główny bohater jest jednym z takich właśnie ludzi. Co względem poprzedniej adaptacji całkowicie zmienia optykę opowieści.

REKLAMA

Uciekinier - science fiction na weekend

Zmiana tożsamości głównego bohatera sprawia, że opowieść staje się bardziej emocjonalna. Nie podążamy za człowiekiem zdolnym system zniszczyć, tylko za ofiarą systemu. Opowieść przestaje być krytyką telewizji i przewidzianych przez siebie reality shows w stylu "Big Brother" czy "Ryzykanci". Wyciąga oskarżycielski palec w stronę kapitalizmu i wielkich korporacji, czerpiących zyski z ludzkiego cierpienia. Dlatego znacznie łatwiej jest się nam utożsamiać z nową wersją Bena, który bierze udział w popularnym teleturnieju, bo zostaje do tego zmuszony przez swoją sytuację finansową. Nie stać go na leki dla chorej córki, więc postanawia zgłosić się do jakiegoś bezpiecznego programu. Incydent w kolejce do siedziby The Network sprawia jednak, że trafia do tego najpopularniejszego, a zarazem najbardziej krwawego - tytułowego "Uciekiniera".

W tej akurat edycji "Uciekiniera" Ben nie staje przeciwko komiksowo-groteskowym łowcom. Oni wciąż w programie są i gonią uczestników, ale okazują się już bardziej realistyczni i zostają zepchnięci na dalszy plan. Prawdziwym przeciwnikiem głównego bohatera jest w tym wypadku społeczeństwo. Znana nam historia wymaga przecież uaktualnienia. Reality shows na nikim już nie robią wrażenia, jesteśmy z nimi oswojeni. Dlatego zamiast znęcać się nad telewizją i jej ogłupiającym wpływem, Edgar Wright postanawia odnieść się do kultury social mediów. Wypuszcza przez to Richardsa na amerykańskie ulice, napuszczając na niego uzbrojonych w komórki ludzi.

Za wskazanie łowcom miejsca pobytu jednego z uciekinierów The Network obiecuje sowitą nagrodę. Dlatego ludzie polują z komórkami na uczestników programu. Wystarczy nawet lekki brak ostrożności, aby zostać uchwyconym na zdjęciu w kawiarni czy gdziekolwiek indziej. Inna sprawa, że nie brakuje takich, co plują na to niebezpieczeństwo. Jak się dowiemy, w każdej edycji trafia się ktoś, komu sodówa uderza do głowy. Chwali się dostaniem do teleturnieju, przez co szybko ginie. Nie inaczej jest w tym wypadku, bo Edgar Wright lubi wyśmiewać parcie ludzi na szkło - influencerów gotowych zrobić wszystko dla 5 minut sławy w internecie. Nawet zginąć.

W ujęciu reżysera Ben Richards zmienia się w człowieka, który wbrew sobie staje się medialnym spektaklem. Pokazuje reakcje na widok głównego bohatera, kolejne próby złapania go w obiektyw komórki. Daje mu to możliwość ciągłego poszerzania okazałej kolekcji kontekstów społecznych. Nie zapomina jednak przy tym, że współczesny widz potrzebuje widowiska. Wypełnia więc swój film akcją. Robi się przez to więcej, mocniej i bardziej spektakularnie niż w poprzedniej adaptacji powieści Stephena Kinga. Choć - warto zaznaczyć - fani dotychczasowych dokonań Edgara Wrighta mogą być zawiedzeni.

W filmie nie ma scen montowanych pod muzykę jak w "Baby Driver". Usłyszymy parę znajomych nut, ale nie są one funkcjonalne. Akcja okazuje się bardziej deafaultowa. Nie ma w niej nic wyjątkowego, ot zwyczajna blockbusterowa przesada. Mimo to wciąż potrafi dostarczyć pożądanych wrażeń. Tak jest zresztą z całą produkcją. Można narzekać, że "Uciekinier" pędzi nierównym tempem, łapie zadyszkę i nieraz mocno spowalnia, ale koniec końców to całkiem niezła rozrywka. Na weekend w sam raz. Tym lepiej, że od dłuższego czasu można produkcję złapać na CANAL+ w ramach abonamentu, bez dodatkowych opłat.

"UCIEKINIERA" OBEJRZYSZ NA:
REKLAMA

Więcej o science fiction poczytasz na Spider's Web:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-08T19:13:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-08T15:31:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-08T12:12:04+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA