Bibliotekę HBO Max wzbogacił właśnie ostatni film Kogonady - twórcy znakomitych, entuzjastycznie przyjętych obrazów „Yang” i „Columbus”. Nie będę ściemniał: „Wielka, odważna, piękna podróż” nie jest tak dobra, jak wspomniane tytuły (być może dlatego, że tym razem reżyser bazował na cudzym scenariuszu: mianowicie Setha Reissa). A jednak potrafi chwycić za serce.

Punktem wyjścia „Wielkiej, odważnej, pięknej podróży” jest spotkanie dwojga nieznajomych - Sary i Davida - którzy wyruszają w surrealistyczną podróż, mającą umożliwić im powrót do kluczowych momentów ich przeszłości. Motyw tych magicznych drzwi do wspomnień jest osią narracyjną filmu: bohaterowie konfrontują się z traumami, utraconymi relacjami i emocjonalnymi przełomami, próbując zrozumieć, kim są i czy mogą zmienić swoją przyszłość.
Efekt? Dyskusyjny, ale coś w sobie ma.
Wielka, odważna, piękna podróż w HBO Max
Kogonada - twórca kojarzony dotąd z subtelnym, kontemplacyjnym kinem - wkroczył w sferę wysokobudżetowego romantycznego fantasy. Jego autorska wrażliwość zderzyła się z wymaganiami bardziej konwencjonalnej narracji, co nie zaowocowało, niestety, obrazem tak niezwykłym, jaki zdawały się zapowiadać piękne zwiastuny.
Sam koncept jest intrygujący i niezwykle nośny: oto bohaterowie cofają się do kluczowych momentów własnej biografii. Ten pomysł miał wielkie szanse stać się fundamentem dla przenikliwej refleksji nad pamięcią i tożsamością. Niestety, film w ogóle nie wykorzystuje tego potencjału - zamiast ciekawej psychologicznie introspekcji dostajemy serię płaskich emocjonalnych szkiców, które ani nie składają się w przekonującą całość, ani nie mówią nic interesującego o postaciach czy człowieku w ogóle.
Przeciwnie: wysnuwane tu „mądrości” są banalne i oczywiste. Co gorsza, Kogonada na każdym kroku stara się podkreślić, że jego film to dzieło unikatowe i magiczne - na nic, gdy scenariusz jest od jakiejkolwiek magii daleki. Mimo fascynującego pomysłu wyjściowego, produkcja szybko okazuje się wydmuszką, która przynudza i nie ma zbyt wiele do zaoferowania poza fajną obsadą i ładnymi obrazkami.
Dlatego też największą siłą tytułu okazuje się jego tafla: wizualna elegancja i nieoczywisty muzyczny podkład. Zdjęcia Benjamina Loeba oraz partytura Joe Hisaishiego tworzą hipnotyczny, niemal oniryczny klimat, który momentami przywodzi na myśl kino japońskiej animacji. Jest to jednak estetyka, która bardziej maskuje narracyjną pustkę niż ją wypełnia. To film „o czymś” tylko w teorii - bo nie potrafi tego „czegoś” wyrazić w sposób przekonujący. Całość pozostaje pozbawiona wagi, bo problemy bohaterów są relatywnie błahe, a film operuje właściwie tylko jedną warstwą znaczeniową.
A jednak całkiem nieźle działa jako pokaz charyzmy i umiejętości Colina Farrella i Margot Robbie. Oboje prezentują się znakomicie, rzucają sobie wiarygodnie pełne uwielbienia i pożądania spojrzenia, są uczciwi, ale i odpowiednio powściągliwi. Kilka sekwencji opartych na interakcjach między nimi zapada w pamięć i łapie za serduszko. To właśnie dzięki nim zmarnowany potencjał nie stał się w tym przypadku równoznaczny z pustym, męczącym seansem.
Czytaj więcej:
- Najpopularniejsze seriale Prime Video. Fallout śpi w nogach
- Serialowy One Piece ma mieć 12 sezonów? Nie kupuję tego, Netflix też nie kupi
- To jak 6. sezon Yellowstone. Polska data premiery Rancza Duttonów
- Prime Video przywróci do życia kultowe sci-fi. Zapowiada się doskonale
- Wonder Man dostanie 2. sezon? Disney mnie zaskoczył


















