Mało filmów zasługuje na takie określenie, jakie widać w tytule. Mimo pewnych, naprawdę nielicznych, zarzutów, jestem absolutnie skłonny bronić go w przypadku "Wielkiego marszu", który właśnie zasilił ofertę Prime Video. To kino, które uderza widza w gardło i długo nie pozwala na oddech.

Dystopia, Stany Zjednoczone, władza opresyjnie traktująca jednostkę Francis Lawrence wie z czym się tego typu opowieści je - dał nam przecież większość filmów o Igrzyskach Śmierci. Tę tematykę można określić jako bezpieczne rewiry, w których reżyser jest bardzo obeznany. Wykorzystał tę wiedzę, by dać nam bardzo mocne, poruszające i intensywne kino.
Wielki Marsz już na Prime Video. Mocne kino nie do zapomnienia
Wielki Marsz to coroczna inicjatywa władz Stanów Zjednoczonych, wciąż liżących rany po wyniszczającej wojnie. Aby wzniecić na nowo narodowego ducha, etos pracy i przy okazji zarobić na wzrost PKB, co roku młodzi mężczyźni (po jednym na stan) ruszają w wyścigu, który nie ma mety. Idą określonym tempem, a kto łamie zasady, po trzecim ostrzeżeniu otrzymuje śmiertelną kulkę. Jednym z tegorocznych uczestników jest Raymond Garraty (Cooper Hoffman), który po drodze nawiązuje przyjaźń z Peterem McVriesem (David Jonsson).
Główne pytanie brzmiało - czy biorąc pod uwagę sam pomysł wyjściowy (bohaterowie cały czas idą), uda się zrobić z tego dobry, trzymający w napięciu film? Lawrence wraz ze scenarzystą JT Mollnerem ("Strange darling" pokazali, że tak. Stopniowo pokazują piekło, które zaczyna coraz mocniej oddziaływać na bohaterów: zarówno fizyczne (kamera nie odwraca się od fizjologicznych katuszy uczestników), jak i te wpływające na ich psychikę. Pokazuje motywacje chłopaków, takie jak chwała, pieniądze, sposobność do zrobienia czegoś dobrego.
Rzeczywistość weryfikuje to brutalnie: pomimo sporadycznego luzu i humoru nie ma żadnych wątpliwości, że niezależnie od wyniku, na mecie jest rozpacz, zwycięstwo poprzedzone jest rzezią, a ostatni na mecie w nagrodę otrzymuje połamaną psychikę. Minimalny niedosyt, jaki mam po seansie, wynika z tego, że chętnie zobaczyłbym w filmie nieco więcej o wątku wagi Wielkiego Marszu, który szczególnie podkreśla jeden ze złoczyńców. Twórcy świetnie prowadzą bohaterów, skupiają się na tworzących się pomiędzy nimi relacjach, a ich motywacji nie wykładają od razu na tacy.
Mimo tego, że od początku wiemy, która dwójka zostanie na koniec, to twórcy, niezależnie od czasu ekranowego, rysują pozostałych uczestników z odpowiednim sercem i autentyzmem zachowań. Cooper Hoffman swoją główną rolą znów potwierdza, że nosi w sobie więcej niż ojcowskie dziedzictwo i jest czystym, szlifującym się diamentem aktorskim. Podobnie jest z kapitalnym Davidem Jonssonem. Jego Peter McVries to ostoja dobroci, człowiek doświadczony przez życie, który oprócz wyrwania się z życiowego dołu ma w sobie gigantyczne pokłady empatii i braterstwa. Chemia między Hoffmanem a Jonssonem jest niesamowita.
"Wielki marsz" to film, który nie emanuje spektakularnością czy rozmachem. To surowa, mocna, przytłaczająca opowieść, konfrontująca marzenia i aspiracje z brutalną rzeczywistością. Twórcy, mimo tego, zdają się pośród tego mroku wierzyć w ludzi i dostrzegać, że nawet w takich sytuacjach jest cień szansy na zrodzenie się szczerej więzi.
Więcej o Prime Video przeczytacie na Spider's Web:
- Prime Video przedłużyło swój uwielbiany thriller. Fani zachwyceni
- To najlepszy serial Prime Video. Opinie są jednogłośne
- Użytkownicy wciąż są wściekli, że Prime Video skasowało swoje najlepsze sci-fi
- Stary Holmes to teraz Młody Sherlock. Guy Ritchie w formie
- Nowe sci-fi z błyskawiczną premierą na Prime Video. Ten film zaskakuje



















