REKLAMA

W 2026 roku Netflix nie miał lepszego filmu akcji. Wpadł po cichu, a robi głośną rozpierduchę

James Bond spotyka Johna Wicka - takie hasła to już wydmuszki. Zazwyczaj składają obietnicę nie do spełnienia. Nie w tym wypadku. "Humint", który z zaskoczenia wpadł na Netfliksa, okazuje się wciągającym thrillerem szpiegowskim z dużą dawką widowiskowej akcji.

humint netflix film akcji opinie co obejrzeć
REKLAMA

"Humint" to najbardziej zaskakująca nowość Netfliksa zeszłego miesiąca. Tego podszytego akcją thrillera szpiegowskiego próżno było szukać w oficjalnej rozpisce premier platformy na marzec. Zaledwie parę dni przed streamingowym debiutem wraz z trailerem gruchnęła informacja, że film - już jakiś czas po podbiciu koreańskich kin - pojawi się w serwisie. Wszedł więc do oferty usługi bez promocyjnych fajerwerków, a użytkownicy i tak się na niego rzucili. W momencie pisania tego tekstu jest trzecim najpopularniejszym tytułem pełnometrażowym w naszym kraju.

Nic dziwnego. "Humint" okazuje się jednym z najlepszych (a możliwe nawet, że najlepszym) filmem akcji, jaki w tym roku zadebiutował na Netfliksie. Choć na akcji się nie skupia. Jego tytuł to skrót od "human intelligence", czyli metod wywiadowczych, które oznaczają zdobywanie informacji od ludzi. Bo właśnie ludzie znajdują się w centrum zainteresowań stojącego za kamerą Ryoo Seung-wana. Nie ma gadżetów, technologicznych nowinek czy metod inwigilacji. Są za to emocje rozebrane do samej kości.

REKLAMA

Humint - opinia o filmie akcji Netfliksa

"Humint" ozpoczyna się od odnalezienia informatorki. Wbrew rozkazom Zo - agent południowokoreańskiego wywiadu - postanawia uratować ją z rąk handlarzy ludźmi. Kończy się to widowiskową rozpierduchą, w której główny bohater kopie tyłki złolom w stylu Johna Wicka. Starcie obserwujemy w szerokich kadrach i na wystarczająco długich ujęciach, żebyśmy mogli zachwycić się choreografią walk. Razem z reżyserską inscenizacją jest ona wystarczająco wysmakowana, aby rozbudzić apetyt na więcej. Ale na to więcej trzeba długo poczekać.

Nie oszukujmy się. Po wbijającym w ziemię prologu tempo mocno spada. Przez lwią część seansu brak sensacyjnych atrakcji wynagradza nam jednak napięcie. Ryoo ucieka w mocno psychologiczny thriller szpiegowski, pokazując jak dręczony wyrzutami sumienia Zo werbuje nową informatorkę. Tak się przy tym składa, że Chae Seon-hwa interesuje się również agent agencji bezpieczeństwa Korei Północnej. Park Geon ma ku temu osobiste powody. Reżyser wysoko więc ustawia stawki emocjonalne, serwując nam historię trójkąta nie tyle miłosnego, co wywiadowczego. Co więcej, robi to w pięknym stylu.

Przedstawiany przez niego Władywostok składa się z mrocznych uliczek i zakamarków najczęściej spowitych nocą. Wszystko jest do przesady wręcz wystylizowane, bo barwy są przytłumione, dominuje w nich brąz lub błękit. Sprawia to, że miasto zostaje żywcem wyjęte z ikonografii kina noir - dusi gęstą atmosferą, jednocześnie wciągając niczym bagno. Jest odpychające i fascynujące zarazem. Dlatego chce się w nim przebywać, nawet jeśli na ekranie niewiele się dzieje. Ten klimat to największy atut filmu, który trzyma widzów przykutych do ekrany.

Gdyby nie styl, pozostałyby same dialogi. Opędźcie się jednak od flashbacków z "Łupu", gdzie mroczne Miami służyło za tło ekspozycyjnych rozmów bohaterów, żeby nawet widzowie scrollujący akurat media społecznościowe połapali się w fabule. W "Humint" nikt nie wykłada niczego wprost. Wszyscy mówią jak ludzie, a reżyser nie każe im powtarzać jednej informacji pięć razy. Każde padające z ekranu zdanie posuwa akcję do przodu - zagęszcza atmosferę albo poszerza portret psychologiczny postaci. Tym samym mimo tej całej gadaniny, dostajemy opowieść dynamiczną.

Wieloma twistami - jednymi bardziej przewidywalnymi od drugich - dochodzimy do finałowego aktu. Ostatnie pół godziny to już czysta adrenalina. Wtedy dopiero Ryoo pokazuje, co potrafi. Bohaterowie brutalnie rozprawiają się z hordami handlarzy ludźmi. Z tym że reżyser nie tyle nawet sięga po poetykę "Johna Wicka", co jego bezpośrednich inspiracji. Tak samo jak w netfliksowym "Chaosie", w działaniach Zo i Parka pobrzmiewają więc echa heroic bloodshed. Bo starcia pokazywane są z operowym rozmachem rodem z filmów Johna Woo czy Ringo Lama. "Humint" staje się przez to produkcją, która zgniata widzów dusznym klimatem, a potem rozkłada go na łopatki. Niełatwo się po nim podnieść.

Więcej o Netfliksie poczytasz na Spider's Web:

REKLAMA
"HUMINT" OBEJRZYSZ NA:
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-02T12:55:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-02T08:38:33+02:00
Aktualizacja: 2026-04-01T15:33:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-01T12:47:01+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA