REKLAMA

Obejrzałem najgorzej oceniany serial HBO, żeby sprawdzić, czy ktoś nie robi nas w konia

Pierwszy odcinek "Idola" wylądował w bibliotece HBO Max. Najgorzej oceniany serial w historii serwisu na poziomie pilotażowego epizodu nie wydaje się jeszcze aż tak zły, ale z całą pewnością już teraz rozczarowuje.

idol hbo serial premiera recenzja opinie weeknd lily rose depp
REKLAMA

Premiera pierwszych dwóch odcinków "Idola" odbyła się na festiwalu w Cannes. Głośny i wyczekiwany tytuł, za który odpowiadają m.in. Sam Levinson ("Euforia") czy wcielający się w jedną z głównych ról wokalista The Weeknd, wywoływał niemałe emocje już w dniu oficjalnego ogłoszenia. Biorąc pod uwagę dotychczasowe artystyczne dokonania obu panów, oczekiwania były dość spore, a w takich przypadkach łatwo o rozczarowanie. Czym innym jest jednak niespełnienie pokładanych w projekcie nadziei, a czym innym zgarnięcie serii najbardziej krytycznych i surowych recenzji w historii seriali HBO. 24 punkty w serwisie Metacritic oraz 25 proc. pozytywnych opinii (średnia: 3,10!) przy 16 recenzjach - tak słabymi wynikami nie może się "poszczycić" nawet... "Wiedźmin: Rodowód krwi". 

Fakt, że HBO nie udostępniło mediom serialu przedpremierowo - jak ma w zwyczaju - zdaje się potwierdzać, że nie jest najlepiej. Warto jednak pamiętać, że w Cannes wyświetlono zaledwie dwa pierwsze odcinki, a reszta świata otrzymała dziś jedynie pilot - to, czy całość to rzeczywiście spektakularna artystyczna porażka, będziemy mogli ocenić dopiero za kilka tygodni. Jeśli zaś chodzi o pierwszy odcinek, który obejrzałem nie tylko z zawodowej powinności, ale i z sympatii do wspomnianych twórców (i w nadziei, że może jednak - mimo wszystko - znajdę w nim coś, co mnie kupi, coś dla siebie) - w moim odczuciu na tym etapie nie zasłużył jeszcze na to, by tak stanowczo równać go z ziemią. A jednak z całą pewnością nie wypadł zbyt dobrze i nic nie wskazuje na to, by kolejne epizody miały zaoferować nam coś więcej.

Czytaj także:

REKLAMA

Idol: pierwszy odcinek serialu twórcy Euforii już na HBO Max

Kontrowersje wokół "Idola" zaczęły się jeszcze w trakcie realizacji. Początkowo za kamerą stała Amy Seimetz ("Atlanta"), która zdążyła już nakręcić większość serialu. W pewnym momencie pozbawiono ją roli reżyserki, którą przejął wspomniany Levinson. Powód? The Weeknd, współscenarzysta tytułu, zażyczył sobie stonowania sekciarskiego wątku - jego zdaniem produkcja "przesadnie skupiała się na kobiecym punkcie widzenia". Zapragnął też położyć większy nacisk na wątek romantyczny, intensyfikując nagość i sekwencje erotyczne. W efekcie skrypt przerobiono, a wiele scen nakręcono raz jeszcze, modyfikując (i w znacznej mierze odrzucając) koncepcję Seimetz. Co więcej, w artykule opublikowanym w "The Rolling Stone" 13 anonimowych członków obsady i ekipy wyznało, że czuło dyskomfort podczas nagrań - padły nawet teksty takie jak "męska fantazja o gwałcie" czy "torture porn".

REKLAMA
The Idol

"Idol" opowiada historię młodej gwiazdy muzyki pop, Joss (w tej roli Lily-Rose Depp), która szykuje się do wydania nowego materiału. Pewnego dna poznaje Tedrosa (The Weeknd), impresario i właściciela klubu, który oczarowuje artystkę swoją osobą. Facet okazuje się mieć zaskakującą przeszłość, a co więcej - jest też liderem współczesnego kultu i samopomocowym guru. Serial miał z założenia obnażyć przed widzami mroczną stronę showbiznesu - nakreślić przed nami emocjonujący, pociągający, niebywale atrakcyjny wizualnie portret gwiazd popu, które w rzeczywistości bywają zniewolone - stają się marionetkami wielkich korporacji, tracąc wpływ na swoją sztukę i własny wizerunek.

Podobno "Idol" tylko udaje, że demaskuje wyzysk, a w istocie delektuje się nim - cóż, pierwszy odcinek serialu sugeruje, że właśnie tego możemy się spodziewać. Całe to "zaglądanie za fasadę" obnaża co najwyżej zlepek nudnych stereotypów - to "odkrywanie mrocznego oblicza" na poziomie Patryka Vegi, a zatem wtórne, nieciekawe, banalne. Pilot najwięcej uwagi poświęca seksualizacji, stawia ciało w centrum zupełnie bezmyślnie - inaczej niż w "Euforii", gdzie sposób portretowania i przyglądania się fizyczności ma cel i sens. Tu wydaje się być celem samym w sobie.

I bywa niepokojący. Jestem skłonny uwierzyć, że komuś bardzo zależało, by w sekwencjach erotycznych "przebić" opowieść o Rue Bennett - a biorąc pod uwagę to, jak wielką rolę pełnią tu treści seksualne, nie mam najmniejszych wątpliwości, że zamierzone przesłanie tytułu potężnie na tym ucierpiało. Już teraz da się to wyczuć. Gdy przyjaciółka głównej bohaterki mówi jej o Tedrosie, że ten "ma vibe gwałciciela", Joss odpowiada: "i to mi się właśnie podoba". Chyba nie muszę komentować i tłumaczyć, jak bardzo ten okropny dialog rozjeżdża z rzekomymi intencjami twórców i wydźwiękiem produkcji. Być może w pierwotnej wersji "Idol" rzeczywiście opowiadał o młodej kobiecie, która odkrywa siebie i swoją seksualność. Obecnie zapowiada się jednak na to, że serial przekształcił się w opowieść o mężczyźnie, który tę młodą kobietę wykorzystuje - a ona to kocha.

Póki co jest jednak trochę za wcześnie, by wydawać ostateczne werdykty - otrzymaliśmy dopiero wstęp i zarys głównej osi fabularnej. Poczekamy, obejrzymy, przekonamy się - choć obawiam się, że ta audiowizualnie olśniewająca produkcja nie ma nic więcej do zaoferowania. No, chyba że wgląd w męskie i skrajnie toksyczne fantazje masturbacyjne.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA