Na Apple TV pojawił się właśnie nowy film z Keanu Reevesem. Przy pomocy uwielbianego aktora Jonah Hill serwuje nam w nim satyrę na celebrycką kulturę Hollywood. W "Skutkach ubocznych" sprawnie miesza prawdę z fikcją, ale do dobrej opowieści wciąż produkcji daleko.

"Skutki uboczne" mają ten problem, że opierają się na złych założeniach. Stojący za kamerą Jonah Hill wymaga od nas, żebyśmy nie tylko podążali za głównym bohaterem, ale też mu współczuli. Nawet jeśli koloryzuje i przerysowuje reakcje jego i jego otoczenia, wciąż spogląda na niego z dozą sympatii. Trudno jednak wykrzesać utożsamianie się zwykłego Smitha - o Kowalskim nie wspominając - z typem, którego podwyżki cen benzyny nie dotyczą. Który może zamknąć się z przyjaciółmi w swoim domku na plaży z dala od nieprzyjaznej rzeczywistości. Który ma sztab ludzi od rozwiązywania każdego najdrobniejszego i wydumanego jak kolejne spory polityczne problemu. Nie da się. Nawet jeśli gra go Keanu Reeves.
"Skutki uboczne" mają mnóstwo metażartów. Trudno się nie uśmiechnąć na widok portretów skompromitowanych osobistości - od Kevina Spacey'ego po Billa Clintona - które wiszą w siedzibie specjalisty od zarządzania kryzysem wizerunkowym. Ale nawet wspomnienie o antysemityzmie połączone ze zbliżeniem na wizerunek Kanyego Westa blednie przy castingu. Obsadzenie Reevesa w głównej roli to wstęp, rozwinięcie i puenta dowcipu, jaki opowiada nam Hill.
Skutki uboczne - recenzja nowego filmu Apple TV
Mówimy przecież o jednym z uniwersalnie uwielbianych aktorów. Nigdy nie dawał on pożywki tabloidom. Trzyma się z dala od skandali i jest grzeczny do przesady. Kiedy mu powiesz, że jest breathtaking, odpowie, że to ty jesteś breathtaking. Dlatego jest jedyną osobą, co do której możemy mieć pewność, że nie ma jej na liście Epsteina. To złoto, nie gwiazdor, wciela się w "Skutkach ubocznych" w celebrytę próbującego nie dopuścić do PR-owej katastrofy. W sumie przeglądanie internetu, czy nikt nie napisał o nim przypadkiem złego słowa, wydaje się czymś, co Reeves mógłby robić w prawdziwym życiu. Bo nie ma szans, żeby cieszył się tak dobrą reputacją i nie popadł w obsesję na punkcie tego, co inni o nim myślą.
Hill portretuje granego przez Reevesa bohatera jakby był wybrańcem. Kamera Benoita Debie lubi patrzeć na Reefa Hawka, gdy siedzi skąpany w słońcu niczym jakiś boski pomazaniec. Jednocześnie jednak reżyser robi z niego człowieka małostkowego. Na pewno widzi go jako atencyjną kurtyzanę. Przecież nigdy nie odmawia strzelenia sobie fotki z fanami, a po udziale w popularnym talk show idzie pogadać z ludźmi od cateringu. A kiedy przyjaciel go odciąga, potrafi na niego naskoczyć, gdyż rozmówcy mogą teraz napisać o nim coś niemiłego. W utrzymanie nienagannego wizerunku wkłada mnóstwo wysiłku. Dlatego na wieść, że ktoś zamierza udostępnić niewygodne nagranie z jego udziałem, od razu rusza w trasę przeprosin wszystkich osób, którym kiedykolwiek mógł zajść za skórę.
Nie trafia ani z menadżerem, którego niegdyś porzucił, ani z matką, która zbija kapitał z jego sławy, występując w popularnym reality show. Nakręca klsię spirala paranoi. Hill każe nam zgadywać, co tak okropnego Hawk mógłby zrobić. Możliwości jest ogrom, dlatego kryzysowy PR-owiec skrzykuje ekspertów od #MeToo i rasizmu, żeby mogli od razu wymyśleć strategię naprawy zszarganej reputacji. "Skutki uboczne" stają się bowiem satyrą na celebryckie piekiełko. Potrafią wytykać słynnym osobom ich najbardziej wyrachowane i nastawione na zbieranie kapitału wizerunkowego zachowania, ale jednocześnie wyśmiewają cancel culture.
Stojącego za kamerą Hilla znacznie bardziej lubię w liryczno-nostalgicznym wydaniu z "Najlepszych lat". Poprzez ciepło-melancholijny klimat pełnometrażowy debiut aktora miał w sobie emocjonalną siłę. W "Skutkach ubocznych" jest tylko śmieszkowanie, które - biorąc pod uwagę filmy z jakimi jest najczęściej kojarzony - powinno przyjść mu naturalnie. Ewidentnie celuje w ironiczną satyrę w stylu "Studia". Bez przerwy nawiązuje do prawdziwych zdarzeń z udziałem hollywoodzkich gwiazd, zapełniając drugi plan znajomymi twarzami. Możemy sobie przez to posłuchać rozliczającej się z własną przeszłością Drew Barrymore i nawet zobaczyć zawsze twardego Martina Scorsesego, ale coś w tym wszystkim jednak nie gra. Jest na siłę, bo twórca brakuje lekkiej ręki Setha Rogena i Evana Goldberga. Z tego względu jego nowy film wypada sztywno.
"Skutki uboczne" nieudolnie próbują nas rozbawić, pławiąc się w miałkich problemach miałkich ludzi. Rzucają przy tym komunałami, bo Hawk lubi perorować, że przez robienie kariery nie zaznał prawdziwej bliskości i brakuje mu normalności. Reeves nawet wtedy nie potrafi jednak zmienić swojej jednostajnej miny. Może i jest kimś na kształt supergwiazdora, ale aktorsko pozostaje drewnem. Ze smutnym wyrazem twarzy wyrzuca matce wszystkie pretensje i ze smutnym wyrazem twarzy towarzyszy kryzysowemu PR-owcowi przy wypróżnianiu się (tak, to ten poziom żartu). Tym bardziej utrudnia wczucie się w jego sytuacje. Dostajemy po prostu adaptację mema ze smutnym Keanu. Jak mi go nie żal. I wam też nie będzie.
Więcej o nowościach Apple TV poczytasz na Spider's Web:
- Serial Mroczna materia powróci już niedługo. Co o nim wiemy?
- Tak się robi cliffhangery. Widzowie nie mogą przestać gadać o nowym thrillerze
- Tak dobre finały nie zdarzają się często. Najbardziej ludzki serial kończy się bezbłędnie
- Apple TV dostarczył perełkę. Ten serial jest boski
- Rok temu zakochałam się w tym serialu od Apple TV. Czas na 2. sezon
- Tytuł filmu: Skutki uboczne
- Rok produkcji: 2026
- Czas trwania: 83 minuty
- Reżyser: Jonah Hill
- Obsada: Keanu Reeves, Jonah Hill, Cameron DIaz
- Nasza ocena: 4/10


















