REKLAMA

Małgorzata Oliwia Sobczak: "Pierwsze 10 minut filmu to kwintesencja mojej powieści". Rozmawiamy z autorką "Czerwieni"

"Kolory zła: Czerwień" to produkcja, która stała się globalnym hitem Netfliksa i podbiła serca widzów na całym świecie. Tytuł jest adaptacją powieści "Czerwień" autorstwa Małgorzaty Oliwii Sobczak, która opowiedziała nam o filmie, swojej najnowszej książce z cyklu "Kolory zła" oraz o tym, dlaczego była zaskoczona obsadzeniem Jakuba Gierszała w roli głównej.

malgorzata oliwa sobczak wywiad kolory zla czerwien
REKLAMA

Film "Kolory zła: Czerwień" zadebiutował na Netfliksie 29 maja. Wystarczył niemal tydzień, by produkcja uplasowała się na 1. miejscu globalnej TOP-ki serwisu, stając się najpopularniejszym filmem nieanglojęzycznym. W ciągu pierwszych kilku dni tytuł był oglądany przez 32,7 mln godzin, a po trzech tygodniach od premiery wciąż święci triumfy. O najnowszej powieści "Żółć" z cyklu "Kolory zła", walorach filmu i o tym, dlaczego obsadzenie Jakuba Gierszała w roli głównej było zaskakujące, rozmawiamy z autorką książki "Czerwień", Małgorzatą Oliwią Sobczak.

REKLAMA

Małgorzata Oliwia Sobczak o filmie "Kolory zła: Czerwień" i powieści "Żółć", najnowszym tomie z cyklu

Anna Bortniak: Dlaczego po raz pierwszy zabiłaś mężczyznę? Nawiązuję oczywiście do "Żółci", twojej najnowszej powieści z serii "Kolory zła".

Małgorzata Oliwia Sobczak: Statystyki pokazują, że to kobiety częściej padają ofiarą makabrycznych morderstw, a sprawcami w większości są mężczyźni. I to właśnie ten paradygmat zapalał dotychczas moją wyobraźnię, pobudzając moją empatię, tak potrzebną by zbudować poruszający świat fabularny. Kiedy jednak przyszedł pomysł na "Żółć", pomyślałam, że czas odwrócić ten schemat, przy czym obdarłam ofiarę z klasycznej dla mnie niewinności, pokazując najróżniejsze jego zachowania w kontekście prowadzonej przez niego szkoły uwodzenia, jak i relacji z kobietami.

W "Żółci" poruszyłaś też mocny temat, jakim jest przemoc wobec kobieta - ta fizyczna i psychiczna - opisując ją niezwykle szczegółowo. Czym się inspirowałaś?

Przystępując do pisania "Żółci", od razu wiedziałam, że poruszę problematykę małżeństw i ich tajemnic. Wynikało z takiej mojej osobistej potrzeby, a zarazem to był taki rok rozstań wśród moich przyjaciółek i koleżanek, które opowiadały mi o swoich związkach, małżeństwach i rozwodach. Okazało się, że to były historie, które naprawdę mroziły krew w żyłach. Pomyślałam wtedy, że muszę je koniecznie inkorporować do mojej książki, przede wszystkim w imię kobiecej solidarności. No i też w związku z tym, że Sobczak jest jednak złodziejem opowieści (śmiech).

Nazywasz siebie złodziejką opowieści - bardzo mi się to spodobało i do tego też chciałam nawiązać. Nie uważasz, że jest to dobra "kradzież", biorąc pod uwagę fakt, że kobiety rzeczywiście odzywały do ciebie po lekturze "Żółci"? Czy zanotowałaś taki odzew w związku ze swoimi poprzednimi powieściami?

Dostałam naprawdę dużo feedbacków po napisaniu "Żółci" - przede wszystkim od kobiet, które miały do czynienia z umniejszającymi partnerami lub które wciąż żyją w tego typu związkach. Mam wielką nadzieję, że "Żółć" w pewien sposób pomoże wszystkim tym osobom, które nie znajdują w sobie siły, by przerwać toksyczne relacje - zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym, bo umniejszanie może pojawić się nie tylko w związkach uczuciowych, ale też przecież w przyjaźni, czy w pracy. Ważne, by mieć świadomość pewnych zachowań, które pozornie nie krzywdzą, a które tak naprawdę mocno przyczyniają się do destrukcji poczucia naszej własnej wartości.

Z podobnie silnym odzewem spotkałam się po opublikowaniu "Szumu", drugiej części mojej serii kryminalnej "Granice ryzyka". Poruszyłam tam kwestie depresji, a także braku samoakceptacji dla siebie i swojego ciała, czyli zjawisk, które masowo występują wśród młodzieży, a których rodzice nie zawsze potrafią zrozumieć. Starałam się również wyjaśnić, czemu nastolatki tak często się samookaleczają, jako że bliska mi osoba wykazywała takie właśnie zachowania, mówiąc, że my, rodzina, nie wierzymy w jej depresję, w jej ból. I wtedy pomyślałam, że to samookaleczanie jest najbardziej namacalną, rzeczywistą emanacją tego bólu. Że ten ból, albo ta cholerna pustka, których nie widać, i w które nikt nie wierzy, poprzez te nacięcia przybierają określoną, konkretną formę. Stają się prawdziwe. I tak w "Szumie" pojawił się czarny robak - czarny robak wypływający przez nacięcia z ciała, symbolizujący odczuwany przez nastolatki ból istnienia. Najróżniejsi rodzice, którzy przeczytali tę książkę, przekazywali mi, że dzięki "Szumowi" potrafią lepiej zrozumieć swoje dzieci i ich rozterki i emocje.

Opisujesz te wszystkie negatywne aspekty w niezwykle szczegółowy i poruszający sposób. Myślisz, że mężczyzna byłby w stanie tak emocjonalnie opisać przemoc wobec kobiet, którą przedstawiłaś w "Żółci"?

Z pewnością, bo przecież przemoc nie tylko dotyczy kobiet. Ona dotyczy też mężczyzn i dzieci, ludzi każdej płci i w każdym wieku. Przemoc jest bardzo demokratyczna. Nie chroni przed nią ani status społeczny, ani wykształcenie. Bardzo często ofiary przemocy psychicznej czy ekonomicznej zaczynają się do niej przyzwyczajać. Ona nie staje się nagle. Ona bardzo często sączy się powoli, aż staje się normą. Przykładowo umniejszanie, które ja tym razem wzięłam na warsztat, to takie bardzo podstępne i zakamuflowanie dewaluowanie, poprzez uderzanie psychikę. Często to tylko słowa, zdania, takie jak: "gdy cię poznałem, byłaś inna" czy "jak zwykle zrobiłeś to źle". Sprawia to, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ktoś nas krzywdzi, przyzwyczajając się do różnych zachowań w naszych związkach. Słowa mają moc i naprawdę potrafią ranić. Podobnie jak karanie milczeniem, które, jak udowodniono, pobudza dokładnie te same obszary w mózgu, które odpowiedzialne są za ból fizyczny. Kto by pomyślał, że milczenie i ignorowanie naszej obecności może być formą przemocy, prawda?

Mówiąc o twoich książkach, chciałam ci pogratulować - wspominałaś, że wyprzedały się wszystkie trzy pierwsze tomy "Kolorów zła", czyli "Czerwień", "Czerń" i "Biel". Jak na to zareagowałaś?

Nie spodziewałam się tego, choć oczywiście zakładałam różne opcje. W zasadzie od kiedy zarezerwowano prawa filmowe do "Czerwieni", czyli tuż po jej pojawieniu się na rynku, śledziłam mechanizm wpływu ekranizacji na sprzedaż książek i wygląda to bardzo różnie. Niektórych pisarzy winduje na sam szczyt, a u innych przechodzi bez szczególnego echa. Natomiast okazało się, że popularność pierwszego "Koloru zła" na TOP-ce polskiego i światowego Netfliksa wywołała sprzedażowy efekt wow. Tysięczne zapasy moich powieści po prostu zniknęły z rynku, rozchodząc się następnie w przedsprzedaży i wciąż utrzymując się w TOP-ce Empiku. Do tego ludzie z całego świata, z Chile, Portugalii czy Brazylii, pisali do mnie na Instagramie, wypytując o to, kiedy będą przekłady, bo chcą koniecznie przeczytać książki. To wyjątkowo piękne i budujące sygnały.

Skoro już płynnie przeszłyśmy do tematu filmu, zastanawiam się, czy typowałaś kogoś do roli Leopolda Bilskiego? Wiem, że byłaś zaskoczona tym, że otrzymał ją Jakub Gierszał.

Właściwie nie miałam żadnych typów do roli Bilskiego. "Czerwień" zaczynałam pisać prawie 7 lat temu i wtedy Bilskiego wyobrażałam sobie jak mojego byłego męża - ciemnowłosego, z brązowymi oczami, z ciemnym zarostem, z dużym nosem. Obstawiałabym wówczas takich aktorów jak Stramowski czy Dorociński. To jednak było już 7 lat temu, więc wiek tych aktorów nie odpowiadałby teraz 36-letniemu Bilskiemu. Dlatego kiedy dostałam informację, że w roli głównej zostanie obsadzony Jakub Gierszał, to było dla mnie totalne zaskoczenie. Z jednej strony mile mnie to połechtało, bo uwielbiam Jakuba Gierszała - pierwszy raz zobaczyłam go w filmie "Wszystko, co kocham" i pomyślałam, że to jest aktor, który zrobi naprawdę dużą karierę. Z drugiej strony wybór był nieoczywisty, bo wizualnie Gierszał jest kompletnym przeciwieństwem mojego Bilskiego. Ale niewątpliwie ma on szczególnego rodzaju charyzmę, która predestynuje go do bycia wielkim bohaterem.

Gdy poznałam Jakuba na planie filmowym, okazało się, że to niesamowicie skromny człowiek, pełen cichego uroku, lekko zawstydzony, a gdy wchodzi w rolę zaczyna z niego bić jakieś ogromne, pełne mocy światło. Z przyjemnością obserwowałam jego pracę, nie mogąc oczywiście oderwać wzroku. A w dodatku, gdy podawaliśmy sobie rękę na do widzenia, z ust Jakuba padło zdanie: "Mam nadzieję, że cię nie zawiodę". Światowej klasy aktor kłania się skromnej autorce. Ech, i to się dopiero nazywa klasa!

Nie zawiódł?

Oj! Zdecydowanie nie! Paradoksalnie główny bohater filmowej "Czerwieni" nie miał niesamowicie dużego pola do popisu, gdyż scenarzyści nie uwzględnili relacji łączących Bilskiego z innymi postaciami, w tym przede wszystkim relacji uczuciowej z asesor prokuratorską Anią Górską, która w ogóle nie znalazła się w filmie. Ale Gierszał pięknie zagrał swoją subtelnością i niedopowiedzeniami - widać było, że jest bardzo zaangażowany, że chce odkryć prawdę, że ma jakieś tło rodzinne. Niewątpliwie wzbudził w
widzach sympatię, a to klucz do sukcesu.

Zabrakło mi właśnie w tej produkcji Ani Górskiej, która była jednak kluczową postacią w książkach i też była swojego rodzaju dopełnieniem wizerunku Bilskiego.

Niewątpliwie postać Anny Górskiej pozwala spojrzeć na Bilskiego z innej perspektywy. Dzięki ustawieniu go w relacji do drugiej osoby, w tym wypadku kobiety, można wydobyć z tego bohatera różnorodne odcienie: jego lęki, pragnienia, traumy, całą emocjonalność, jak i kryjący się w nim mrok. Bez Górskiej to wszystko nie znajduje ujścia. Bilski pozostaje nierozpoznany. Z drugiej strony czy udałoby się to wszystko pokazać w filmie? Scenarzyści położyli nacisk na historię Moniki Boguckiej i jest to pewnego rodzaju kompromis, z którym zresztą zdążyłam się oswoić, bo scenariusz dostałam dokładnie rok
przed premierą "Czerwieni". Myślę, że film nadrobił te wszystkie braki naprawdę świetnymi zdjęciami i muzyką, które nadały tej produkcji sznyt "amerykańskości". Te walory zrobiły naprawdę świetną robotę.

Mówiąc o "amerykańskości", wydaje mi się, że ten film jest też całkiem brutalny - mam tu na myśli scenę z Kazarem, w którego wcielił się Przemysław Bluszcz. To właściwie była scena literalnie wycięta z książki.

Tak. Podobnie jest ze wspomnieniem z dzieciństwa Moniki Boguckiej, które słyszymy w scenie, w której martwe ciało dziewczyny leży na plaży w Orłowie. To tworzy genialny kontrast. I ten film cały oparty jest na kontrastach - emocjonalność i brutalność, namiętność i ból. To doskonale wpisuje się w klimat "Czerwieni" - pierwszego koloru zła, w którym nie ma nic neutralnego. Czerwień to w końcu takie słowo wykrzyknik - jest w nim miłość, pragnienie, bunt, żądza, przemoc, krew, rozpacz, okrucieństwo. I myślę, że te wszystkie emocje genialnie oddali wybrani do filmu aktorzy.

Swoją drogą, kilka dni temu oglądałam recenzję "Czerwieni" zamieszczoną na kanale Zero Ekranowe. Tomasz Raczek i Michał Walkiewicz rozmawiali tam między innymi o grze Mai Ostaszewskiej. W scenie, kiedy wsiada do samochodu po zidentyfikowaniu ciała swojej córki, początkowo wydaje się być martwa, niemalże obojętna i sparaliżowana. Potem rusza i prawie zderza się z wyjeżdżającym zza rogu samochodem. Raczek z Walkiewiczem stwierdzili, że ona powinna była to inaczej zagrać, że walenie rękami o kierownicę jest sztampowe. Kiedy zaczęłam myśleć o psychologicznym mechanizmie tej sceny, doszłam do wniosku, że jest ona bardzo wiarygodna.

"Kolory zła: Czerwień" - zwiastun

Istnieją dwa podstawowe mechanizmy obronne na sytuację graniczną: uciekaj albo walcz. Trzecią naturalną reakcją jest paraliż. Tę strategię bardzo często stosują króliki, gdy rzuci się na nie światło lampy. Zamierają, niemal przestając oddychać. Intuicyjnie udają, że są martwe, by poradzić sobie ze skrajnym stresem. A potem, aby się z tego paraliżu wyswobodzić, zaczynają się wzdrygać. To wzdryganie je budzi, przełącza układ w mózgu.

I w tym kontekście myślałam o reakcji Heleny Boguckiej - widzi martwą córkę, a jej organizm reaguje paraliżem. Jak w śnie idzie do auta, nie wie, co się dzieje, automatycznie rusza, i kiedy wjeżdża w inny samochód, następuje wstrząs - zaczyna walić rękami w kierownicę, czyli "wzdryga się", żeby w ogóle wydobyć reakcję, żeby cokolwiek poczuć, a potem zaczyna przeraźliwie krzyczeć, jakby wszystko do niej dotarło. To przejmująca scena, która za każdym razem sprawia, że mam łzy w oczach i ciarki na skórze. Po chwili Maja patrzy we wsteczne lusterko i widzi, że usta ma pomalowane na czerwono, co nagle wydaje jej się niestosowne do tej sytuacji, wręcz obrazoburcze, i zaczyna tę szminkę wycierać. To bardzo symboliczny akt w kontekście całego tytułu. Moim zdaniem zagrało to tutaj wyśmienicie.

A jak w takim razie oceniasz pozostałych członków obsady? Bo na przykład Monika Bogucka, podobnie jak Leopold Bilski, również nie wygląda tak jak bohaterka książki.

Oj, Zosia Jastrzębska to był strzał w dziesiątkę! Monikę Bogucką wyobrażałam sobie jako młodą Geraldine Chaplin - aktorkę mającą taką specyficzną szczękę z lekko wysuniętymi zębami. Cały czas myślałam, jaka polska aktorka mogłaby zagrać taką postać i nikt z taką twarzą nie przychodził mi do głowy. Myślałam na początku o Julii Wieniawie, która ma w sobie równocześnie drapieżność i coś dziewczęcego. I nagle pojawiła się Zosia Jastrzębska. Choć w "Czerwieni" miała krótkie włosy, gdyż
wcześniej ogoliła je w jednej ze scen "Infamii”, gdzie odegrała główną rolę, to w zasadzie wyglądała po prostu identycznie jak postać, którą sobie wyobraziłam. Okazało się przy tym, że Zosia Jastrzębska to piękna, pełna pokory osoba, mająca w sobie zarówno dziecko, jak i femme fatale. Jak dla mnie aktorka kompletna o ogromnym potencjale. Wiem, że zajdzie bardzo daleko. Kiedy zobaczyłam ją w "Infamii", to byłam już totalnie spokojna o "Czerwień" - wiedziałam, że ten film będzie sukcesem, bo Zosia jest wspaniała.

Miałaś wpływ na to, jak będzie wyglądała produkcja? Mogłaś wprowadzać poprawki do scenariusza czy raczej dostałaś gotowy już produkt?

Realizatorzy mieli wolną rękę. Dlatego też początkowo bałam się, jak odbiorę ten film. Zastanawiałam się, czy nie odczuję dysonansu pomiędzy moją książkową wizją, a tym, co zobaczę na ekranie. Gdy przed premierą jechałam do Netliksa na pokaz, pomyślałam, że najgorzej będzie, jak po seansie włączą światła i zapytają: "I co? I co?", a ja oględnie powiem: "Nie no, było fajnie" (śmiech). Kombinowałam, jak to dyplomatycznie rozegrać, jeśli nie do końca film zrobi na mnie wrażenie. Tym bardziej tak bardzo cieszyłam się, że mogę z całego serca wykrzyczeć, że jestem zachwycona. Okazało się, że dzięki
zmianom potrafiłam odebrać "Kolory zła: Czerwień" jak zupełnie odrębne dzieło. A z drugiej strony w filmie odnalazłam tę książkową emocjonalność, na której najbardziej mi zależało. Pierwsze dziesięć minut tego filmu to kwintesencja mojej powieści. Jest mocno, odważnie, ale i poruszająco.

Scenariusz przysłano mi natomiast jeszcze przed zdjęciami, więc spotkaliśmy się z Adrianem Pankiem, reżyserem, i Leszkiem Bodzakiem, właścicielem firmy producenckiej Aurum, by omówić wszystkie kwestie. Wyjaśniono mi, czemu poczyniono niektóre zmiany fabularne, choć kilka moich uwag zostało potem też uwzględnionych. Ostatecznie konsensusy okazały się trafne - oglądalność mówi sama za siebie.

Wspominałaś, że myślisz obrazami. Czy kadry z filmu pokrywały się z twoimi wyobrażeniami, mimo tej fabularnej dekonstrukcji?

Zdecydowanie. Gdy piszę, zawsze widzę kadry utrzymane w ciepłych barwach, wyraziste, a zarazem skandynawsko przydymione. Właściwie moja wyobraźnia garściami czerpie z klasycznego zachodniego kina, na którym się wychowałam. Film "Kolory zła: Czerwień" faktycznie dał mi dużą dozę przyjemności estetycznej, mocno odbiegając od polskiej konwencji realizacji filmowej. Podobał mi się sposób, w jaki operowano światłem - operator Tomasz Augustynek położył na to ogromny nacisk, co też w polskim kinie wcale nie jest takie powszechne. Wszystko było dobrze doświetlone, na twarzach bohaterów tańczyły światłocienie, a nawet kręcony nocą dom na Wyspie Sobieszewskiej pięknie wydobywał się z mroku. Już za sam ten aspekt oceniłabym tę produkcję o jedną gwiazdkę wyżej!

O "Kolorach zła" czytaj w serwisie Spider's Web:

Na koniec muszę jeszcze spytać o "Czerń", czyli 2. tom z cyklu "Kolory zła": czy jest szansa na kolejną ekranizację?

Na razie skupiamy się na sukcesie pierwszej części. Opcje do sprzedaży wszystkich części "Kolorów zła" są już sprzedane, więc zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

W takim razie trzymam kciuki, żeby powstała ekranizacja zarówno "Czerni", jak i "Bieli" i "Żółci"! Z niecierpliwością czekam też na kolejny "Kolor zła". Wiadomo już, że pracujesz nad kolejną powieścią - masz już pomysł na to, jaki tym razem wybierzesz kolor?

REKLAMA

Tak, oczywiście, kolor jest wybrany - to jest bardzo ważny czynnik, który determinuje całą opowieść, jak i barwy dominujące w jej przestrzeni. Na razie oczywiście nie mogę go zdradzić, natomiast mam już plan całej książki i pierwsze rozdziały. Teraz natomiast czekam na spokój w mojej przestrzeni życiowej, bo obecnie bardzo dużo się dzieje. Wtedy czym prędzej oddam się nowej opowieści.

Zdjęcie główne: Krzysztof Sado Sadowski i Ivo Ledwożyw.

REKLAMA
Najnowsze
Zobacz komentarze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA