REKLAMA
  1. Rozrywka
  2. VOD
  3. Netflix

"Sprawa matki Madzi" budzi rozczarowanie, choć zostawia jeden pokrzepiający wniosek

Po 12 latach od zakończenia najgłośniejszej sprawy kryminalnej w Polsce, do serwisu Netflix trafił miniserial dokumentalny o Katarzynie W., która od tamtej chwili jest nazywana "mamą Madzi". Finał historii przedstawionej w produkcji "Sprawa matki Madzi" jest wszystkim dobrze znany, jednak tym razem został on przedstawiony z perspektywy osób, bez których ta historia nie nabrałaby tak olbrzymiego rozgłosu - dziennikarzy. I jest to zarówno wada, jak i zaleta tej produkcji.

06.02.2024
16:37
sprawa matki madzi recenzja netflix
REKLAMA

24 stycznia 2012 r. do komendy miejskiej w Sosnowcu wpłynęło zgłoszenie o porwaniu półrocznego dziecka. Matka dziewczynki, Katarzyna W., zeznała wtedy, że podczas spaceru z córeczką została uderzona w tył głowy, w wyniku czego upadła i straciła przytomność. Kiedy się obudziła, okazało się, że wózek jest pusty, a mała Madzia została porwana. Reakcja społeczeństwa była wówczas niewyobrażalna - ludzie z całej Polski rozpoczęli działania na szeroką skalę, rozwieszając plakaty i publikując zdjęcia zaginionego dziecka w internecie. Do poszukiwań dołączył się również detektyw Krzysztof Rutkowski, który pomógł dojść do szokującej prawdy.

Początkowo Katarzyna W. przyznała, że Madzia zginęła wskutek upadku i uderzenia o próg, kiedy wyślizgnęła się z kocyka. Wobec kobiety zastosowano wówczas środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania, jednak mimo zarzutu o nieumyślne spowodowanie śmierci, W. została wypuszczona z aresztu.

REKLAMA

Myślę, że to orzeczenie już zapisało się w historii. Nie znam innej sprawy, w której ktoś, kto ma postawiony zarzut zabójstwa, zostaje zwolniony z aresztu. Moim zdaniem to był precedens

- stwierdziła Katarzyna Kapusta-Gruchlik, w 2012 r. dziennikarka "Dziennika Zachodniego".

Sekcja zwłok dziewczynki wykazała, że zginęła wskutek uduszenia, a 3 września 2013 r. Katarzyna W. usłyszała wyrok. Za zabójstwo półrocznej córki kobieta została skazana na 25 lat pozbawienia wolności z możliwością ubiegania się o zwolnienie przedterminowe po 20 latach odbywania kary. Co w jej głowie działo się między 24 stycznia 2014 r. a 3 września 2013 r.? Tego się z produkcji w reżyserii Agnieszki Olejnik niestety dowiemy.

Zwiastun miniserialu "Sprawa matki Madzi" (2023)

Sprawa matki Madzi - recenzja miniserialu dokumentalnego w serwisie Netflix

Zacznę może od dobrych stron "Sprawy matki Madzi". Jedną z zalet jest z pewnością spojrzenie na temat "od kuchni", czyli z perspektywy dziennikarzy, którzy pracowali wówczas nad sprawą. W miniserialu wypowiadają się Sławomir Jastrzębowski (w 2012 r. redaktor naczelny "Super Expressu"), Przemysław Gluma (w 2012 r. dziennikarz "Super Expressu"), Katarzyna Kapusta-Gruchlik (w 2012 r. dziennikarka "Dziennika Zachodniego") oraz Robert Jałocha (w 2012 r. reporter TVN24). I choć w produkcji pojawili się również prokurator, ówczesny p.o. oficera prasowego Komendy Policji Miejskiej w Sosnowcu, medioznawca oraz specjalista medycyny sądowej, to jednak głos mediów jest w tym dokumencie najgłośniejszy i kluczowe. Dlaczego to nie do końca jest wadą?

Po pierwsze, jak już wspomniałam, oddanie głosu dziennikarzom pozwala spojrzeć na tak dobrze przecież znaną sprawę z zupełnie innej strony. Od 2012 r. był to w mediach najgorętszy temat, którym żyła cała Polska. Dzięki wypowiedziom innych ekspertów, szczególnie medioznawcy dr. hab. Jacka Wasilewskiego, "Sprawa matki Madzi" nie powtarza tego, co już dobrze jest nam znane z telewizji i pozwala zauważyć pewne mechanizmy, którymi kierowało się społeczeństwo.

Drugą zaletą jest (wyłączając inscenizowane sceny) rzetelnie zebrany materiał - w produkcji pojawiają się setki dziennikarskie, które następnie zestawiane są z wypowiedziami ówczesnego Prokuratora Prokuratury Okręgowej w Katowicach, Zbigniewa Grześkowiaka oraz dziennikarzy. Opublikowano także zdjęcia Katarzyny W., nagrania z Krzysztofem Rutkowskim, a także fotografie pierwszych stron gazet, których nagłówki krzyczały do przechodniów z niemal każdej kioskowej witryny.

Serial nie odpowiada jednak na pytania, które o odpowiedzi po 12 latach aż się proszą.

W tym miejscu trzeba podkreślić, że "Sprawa matki Madzi" nie wyczerpała tematu. Dlaczego Katarzyna W. zabiła swoje dziecko? Co nią kierowało? Co dzieje się z nią obecnie? Jakie są szanse, że po 20 latach wyjdzie na wolność? Co wydarzyło się z jej partnerem? Tych kwestii miniserial niestety nie rozjaśnia, a szkoda - bo po ponad dekadzie poruszenie innych aspektów rzuciłoby światło na sprawę.

Przy omawianiu zalet serialu wspomniałam, że pomysł na przedstawienie najgłośniejszej zbrodni we współczesnej Polsce oczami dziennikarzy był dobry. Teraz muszę dodać, że niestety nie wszystko się udało. Z pewnością ci, którzy w tamtym czasie śledzili na bieżąco poczynania mediów, a szczególnie tabloidów, pamiętają słynną sesję Katarzyny W. w bikini na koniu. Artykuł, który po śmierci małej Madzi ukazał się w "Super Expressie" został opatrzony podpisem "Teraz mam czas na swoje pasje". Kiedy gazeta ujrzała światło dzienne, wszystkie media wstrzymały oddech. Na ten temat wypowiedział się Sławomir Jastrzębowski, ówczesny redaktor naczelny tabloidu:

Mnie najbardziej rzeczywiście uderzyło to, wstrząsnęło mną to, że ona wzięła udział w tej sesji, która tak naprawdę obnażyła ją całkowicie, obnażyła jej psychikę. Tak, zaprosiliśmy ją do tej sesji, ale problem polega na tym, że ona się na tę sesję zgodziła. Ona się nie powinna nigdy zgodzić na taką sesję

- mówił.

Można powiedzieć, że w tamtym czasie, kiedy ludzie chcieli słuchać wyłącznie o sprawie małej Madzi, media podchwyciły temat i na dobrą sprawę zaczęły lansować dzieciobójczynię. Z drugiej strony pojawia się historia o tym, że dziennikarze zjednoczyli się podczas pracy nad tą sprawą, przesiadując w sądzie godzinami - wtedy nie miała znaczenia przynależność do konkretnej redakcji.

Sławomir Jastrzębowski stwierdził, że problemem sesji była Katarzyna W. A co z tymi, którzy podjęli ostateczną decyzję, że zdjęcia zabójczyni swojego dziecka w tej formie ujrzą światło dzienne? Można w tym miejscu pokusić się o stwierdzenie, że miniserial jest swojego rodzaju laurką dla dziennikarzy, sposobem na ich wybielenie, którzy przecież w tamtym okresie również popełniali błędy; wiedzieli doskonale, co najlepiej będzie się sprzedawać. Jednak po seansie serialu "Sprawa matki Madzi" można ostatecznie pozostać z jednym wnioskiem - że należy myśleć nie o zbrodni matki, a o tragedii, która spotkała samą ofiarę, a która w tej całej medialnej szopce zeszła na drugi plan. Natomiast my jako społeczeństwo w początkowej fazie tej sprawy zdaliśmy egzamin z człowieczeństwa.

REKLAMA

O produkcjach true crime na Netfliksie przeczytasz w serwisie Spider's Web:

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA