REKLAMA

Nie śpieszcie się ze skreślaniem "Idola". Serial HBO jeszcze będzie kultowy

Czy mając już ogląd na całość najgorzej ocenianego serialu HBO, można stwierdzić, że przedwcześnie wieszaliśmy na nim psy? Nie. "Idol" skończył się dokładnie tak, jak się zaczął, utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że to bezkształtna papka, która prócz obłędnej oprawy audiowizualnej oferuje widzom tylko tanie szokowanie. A jednak produkcja ma w sobie coś, dzięki czemu z czasem może dojrzeć jak wino. Przywodzi bowiem na myśl pewien kultowy film z lat 90.

idol hbo kultowy kontrowersje
REKLAMA

Z produkcjami kultowymi różnie bywa. Szczególnie tymi złymi w niezamierzony sposób. Czasem od razu dostrzegamy, że coś w nich poszło nie tak i podczas seansu bawimy się jak prosięta ("The Room"). Zdarza się jednak, że nie są tak ostentacyjnie złe i potrzebujemy czasu, aby zacząć czerpać z seansu przyjemność. "Idol" należałby do tej drugiej kategorii, bo coś w nim poszło bardzo nie tak, ale widzowie nie mogą jeszcze odciąć się od jego krytycznego odbioru. Nic dziwnego. Trudno bowiem przebić się przez otoczkę, ten cały mit tego paskudnego, ohydnego i obrzydliwego tytułu wydanego pod słynącą z seriali wysokiej jakości marką HBO.

REKLAMA

Wolność artystyczna i tematyka skierowana do dojrzałego widza - sprawdzająca się do tej pory bez zarzutu polityka HBO, w przypadku "Idola" zdaje się wychodzić stacji bokiem. Można było się tego spodziewać już po wydarzeniach na planie serialu, kiedy to Amy Seimetz postanowiono zastąpić Samem Levinsonem. Na kilka miesięcy przed premierą produkcji, "Rolling Stone" ujawnił niepokojące doniesienia zza jej kulis, wedle których twórcy zamiast realizować mroczną satyrę na showbiznes, zaczęli robić dokładnie to, co mieli krytykować i pierwotną koncepcję przemienili w coś na kształt "torture porn".

I rzeczywiście po premierze na festiwalu w Cannes krytycy zmieszali "Idola" z błotem, nazywając go "szowinistyczną męską fantazją". W ślad za nimi szybko poszli widzowie, którzy od samego początku narzekali na formę, czy też nadmiar erotyki. Im dalej w las, tym było gorzej. W drugim odcinku komentatorów zniesmaczyła scena seksu, a w trzecim - żart z "wyspy pedofilów" Jeffreya Epsteina. Już wtedy widać było, że twórcy - Sam Levinson, Abel "The Weeknd" Tesfaye i Reza Fahim - chcą nas po prostu szokować. Co im bowiem pozostało, skoro podejmowany temat został już przemielony niczym krucha osobowość Marilyn Monroe przez światła reflektorów w "Blondynce"?

Czytaj także:

Idol - czy serial HBO faktycznie jest taki zły?

Ileż to razy Hollywood opowiadało nam "Wszystko o Ewie" i pokazywało, co kryje się "Poza doliną lalek". Wiemy, jak wyglądają "Narodziny gwiazdy" i na pamięć znamy "Tajemnice Silver Lake". Ba, naszych mrocznych wyobrażeń o showbiznesie nie kształtuje jedynie fikcja, bo nie tak przecież dawno z błyskiem oku śledziliśmy walkę Britney Spears o podmiotowość. Przede wszystkim właśnie o tym jest "Idol". Opowiada bowiem o gwieździe pop, która po załamaniu nerwowym spowodowanym śmiercią matki, zamierza wrócić na szczyt. Jocelyn ciężko pracuje nad nowymi piosenkami i szykuje się do trasy koncertowej. Pewnego wieczoru poznaje właściciela klubu nocnego i wdaje się z nim w płomienny romans. Tedros wprowadza się do jej domu wraz ze swoją sektą i stopniowo przejmuje kontrolę nad kolejnymi aspektami jej życia.

Idol - HBO

Cała idea "Idola" opiera się na kliszach fabularnych. W dodatku twórcy nie potrafią z nich korzystać, o czym boleśnie przekonaliśmy podczas finałowego odcinka. Jocelyn przejmuje władzę, zmanipulowała Tedrosa i teraz to on będzie jej pacynką. Serio? Skąd to się wzięło? Tak jak we wcześniejszych epizodach nic nie trzyma się kupy, a o jakimkolwiek uzasadnieniu działań postaci można zapomnieć. Przecież to jest jak "365 dni" - chodzi tylko o potrząśnięcie widzem, pokazanie, jacy to twórcy są bezkompromisowi. Dlatego odsłuch staje się tu orgazmicznym przeżyciem, a próba wydobycia emocji z głównej bohaterki sprowadza się do grzebania jej w majtkach.

Seksualizacja każdej czynności przybiera w "Idolu" formę groteski i na kilometr pachnie Patrykiem Vegą, bo wydaje się, jakby Sam Levinson bardzo chciał przebić "Euforię" i w pogoni za wulgarnością sam się pogubił. No prawie. Nad scenariuszem (i kilkoma innymi elementami) można znęcać się bez końca, ale - nie oszukujmy się - stylówa produkcji, ten cały mroczny glamour jest iście hipnotyzujący. Wygląda oszałamiająco i opatrzony został wpadającym w ucho soundtrackiem. Ok, wykonywane przez bohaterów utwory brzmią jak wszystkie kawałki The Weeknda, ale wciąż mają taki urok, że aż się je później nuci pod prysznicem.

Idol ma vibe kultowego filmu

Twórcy epatują wyuzdanym seksem, ale posypują go brokatem i ujmują w artystyczne środki wyrazu, próbując nadać mu jakiejś wartości. Z tego względu każdy odcinek "Idola" to wybuchowa mieszanka perwersji i pretensji, która wydaje się żywcem wyjęta z wyobraźni Joe Eszterhasa - scenarzysty "Showgirls". W czasie swojej premiery w 1995 roku film został zmiażdżony przez krytyków, a widzowie machnęli na niego ręką. Był taką klapą, że w gruzach legły kariery członków obsady i reżyser Paul Verhoeven postanowił wrócić z Hollywood do rodzinnej Holandii. Po latach coś się jednak w jego recepcji zmieniło, stał się produkcją kultową.

Czytaj także: Dlaczego tak bardzo kochamy złe filmy? "Jesteśmy jak filmowa sekta"

Dzisiaj widzowie oglądają "Showgirls" prześmiewczo. Podczas kolejnych seansów szaleją przede wszystkim na słynnej scenie seksu w basenie, na którą spogląda się z równie pobłażliwym uśmiechem, co na całą erotykę serwowaną nam w serialu HBO. Uzasadnione wydaje się więc pytanie dziennikarki The Ringer: "czy ktoś z osób zaangażowanych w "Idola" kiedykolwiek uprawiał seks?". Nie da się jednoznacznie na nie odpowiedzieć, ale właśnie to odrealnienie i przerysowanie erotyki, predestynuje tytuł do stania się w przyszłości obiektem kultu. To dokładnie ta forma transgresji, która oddziela produkcję kultową od niekultowej.

REKLAMA
Showgirls - Idol - HBO

Być może kiedy po tych wszystkich kontrowersjach i krytyce "Idola" kurz już opadnie, widzowie spojrzą na serial chłodnym okiem, dostrzegając jego kampowy potencjał. Według mnie z produkcją jest tak, jak mówił Marty McFly w "Powrocie do przyszłości": chyba nie jesteście na to gotowi, ale wasze dzieci będą przy tym szaleć.

Wszystkie odcinki "Idola" obejrzycie na HBO Max.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA