Medialna dziewczyna Eminema oraz samozwańcza kochanka Quentina Tarantino wydały nowe albumy. Premierowe nagrania Dido oraz Kate Nash można od dziś słuchać na platformie WiMP.

Dido Florian Cloud de Bounevialle O'Malley Armstrong (pełne imię artystki, potocznej znanej jako Dido) wypłynęła dzięki Eminemowi. W refrenie „Stan” hip-hopowiec wykorzystał fragment zwrotki z piosenki „Thank You” pochodzącej z debiutanckiego krążka artystki. Od tego momentu świat usłyszał delikatny i wrażliwy głos, który idealnie komponuje się w nastrój ambitnego popu połączonego z trip-hopowym tłem. Piosenkarka nie poszła w ślady starszej siostry (Sister Bliss, współzałożycielki kultowej grupy Faithless) i nie została pochłonięta przez muzykę klubową. Mniej więcej z tego powodu, w niektórych kręgach uważa się ją za symbol nudy zamiast nostalgii.

Girl Who Got Away to czwarty album Brytyjki, w którym postanowiła poeksperymentować więcej z elektroniką i nadać repertuarowi świeżego brzmienia. Czyżby słowa krytyki wzięła sobie do serca? Podobnie jak na debiutanckim krążku, nad najnowszym materiałem pomagała artystce Sister Bliss, co słychać od razu przy singlach promujących – „Blackbird” to spokojny taneczny policzek wymierzony nachalnym piosenkom Davida Guetty, a „Let Us Move On” z raperem Kendrickiem Lamarem przypomina delikatniejszą wersję „Hanging On” wykonywaną przez Ellie Goulding i Tiniego Tempah. Tylko kawałek otwierający, „No Freedom” to ukłon w stronę dawnej Dido z akustyczną gitarą w tle trip-hopowych bitów.
Cały krążek broni się jednak jedną cechą charakterystyczną – subtelnością. Piosenkarka nadal tworzy ambitny pop tylko z bardziej nowoczesnymi dźwiękami. „Love to Blame” to wzór rewolucji kompozycyjnej płyty, gdzie unosi się duch Depeche Mode i Faithless, a w „End of Night” rozbrzmiewają echa Alphaville i Ultravox. Elektroniczne aranżacje w połączeniu z wokalem Dido są niezwykłe i nawet jeśli przeplatają je wyrafinowane i ciche ballady, to one właśnie stanowią prawdziwą siłę Girl Who Got Away.
Propozycja Kate Nash nie jest równie gorsza, ale znajduje się w zupełnie innej kategorii muzycznej. 25-letnia Angielka porzuciła swoje korzenie pozytywnej acz zgryźliwej hetery i stała się chrypliwą buntowniczką. Wszystko przez fikcyjny romans z Tarantinem i piosenką „Death Proof” będącej muzycznym hołdem dla tego „dobrego złego filmu”. Image pozornie grzecznej dziewczynki Nash zmienia na zadziorny i seksowny wystrój rodem z tytułowego kina klasy B.

Cały krążek Girl Talk jest utrzymany w surowym garażowym stylu, który zaskoczy wielbicieli wcześniejszych dokonań artystki. Rock’n’roll przenika każdą z piosenek, wchodząc nawet do podziemia („Sister” i „All Talk” to hołd dla brytyjskich punkowców). „OMYGOD!” zahacza o ska, przypominając stare dobre No Doubt, a „Part Heart” i „Fri-end?” brzmią niczym ścieżka dźwiękowa do harleyowego kina drogi lub nieistniejącego remake’u „Thelmy i Louise”.
Niestety, nie jest to ta sama Kate Nash, co kiedyś. Zadziorność wokalna i rockowa ujmuje jej uroku, przez co zagorzali wielbiciele będą wielce zawiedzeni nowym scenicznym wizerunkiem. Przyciągnie to jednak słuchaczy, którym brakuje starego gitarowego grania. W Girl Talk artystka jest bez wyrazu i ten muzyczny eksperyment średnio się udał.
Płyta Dido Girl Who Got Away dostępna w wersji deluxe.
Album Kate Nash Girl Talk do przesłuchania.