REKLAMA

„Final Space” mógł być serialem lepszym niż „Rick i Morty”. Szkoda, że tak ogromny potencjał zmarnowano

Science fiction i animacja to dwa niezwykle popularne gatunki na platformie Netflix. Produkcja TBS i Adult Swim – „Final Space” – połączyła interesująco oba te elementy i zdobyła sporą grupę fanów. Potencjał 2. sezonu był olbrzymi, ale czy udało się go zrealizować?

final space netflix
REKLAMA
REKLAMA

Większość polskich widzów zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy, ale „Final Space” oryginalnie miał być początkiem nowego otwarcia stacji TBS, która planowała otwarcie własnego kanału z serialami i filmami animowanymi. Wydaje się, że składanie całej odpowiedzialności za powodzenie tak wielkiego projektu na barki zupełnie nowej marki, było dosyć niemądrym posunięciem. „Final Space” otrzymało bowiem dosyć pozytywne recenzje od krytyków, ale oglądalność serialu nie należała do najwyższych. Mimo to Netflix zdecydował się wykupić prawa do międzynarodowej dystrybucji, co pomogło znacząco poszerzyć bazę fanów produkcji. Dość powiedzieć, że znalazła się w pierwszej dziesiątce najlepiej ocenianych animacji na platformie.

Szefowie TBS nie mogli być zadowoleni z wzięcia „Final Space” w Stanach Zjednoczonych, ale nie zrezygnowali z dzieła Olana Rogersa. Postanowiono jednak przenieść 2. sezon na platformę Adult Swim. Dlaczego wspominam o tych wszystkich branżowych zawirowaniach? Głównie dlatego, żeby pokazać jak wiele osób uwierzyło w potencjał „Final Space” i dostrzegło, że to może być kolejny animowany hit po serialach „Rick i Morty” oraz „BoJack Horseman”.

Osobiście byłem niezwykle podekscytowany perspektywą powrotu „Final Space” na platformę Netflix.

Maciej Gajewski był dosyć krytyczny w swojej recenzji 1. sezonu serialu TBS i z częścią wymienionych przez niego wad się zgadzam. „Final Space” momentami sprawiał wrażenie, że chce pokazać zbyt wiele w trwających 21 minut odcinkach. Pierwsze epizody produkcji były dość chaotyczne i wręcz zbyt wypełnione akcją. Szybko okazało się jednak, że bohaterowie animacji science fiction to pełna uroku grupa, a po początkowych problemach fabuła zaczęła niesamowicie wciągać.

Wiele wskazywało na to, że nowy sezon będzie dotyczyć powolnego zbierania nowej drużyny przez Gary'ego Goodspeeda. Wszystko po to, żeby zdobyć dostęp do tytułowego Kosmosu Ostatecznego i uratować Quinn. Cały koncept wydawał się jednocześnie klasyczną opowieścią i ciekawym zestawieniem opowieści o Tytanach i Starych Bogach w komediowej odsłonie. Niestety, 2. seria „Final Space” nie radzi sobie z nagromadzeniem wątków, postaci i akcji.

Już poprzedni sezon miał z tym problem, ale w najnowszych odcinkach problem robi się wręcz krytyczny. Załoga Goodspeeda w ciągu zaledwie jednego odcinka rośnie z dwóch postaci do dziesięciu. A z czasem dochodzą do tego przeciwnicy i bohaterowie drugoplanowi. Przy tak wielu bohaterach nie sposób dać im wszystkim wystarczający czas antenowy, tym bardziej gdy trzeba łączyć rozwój postaci z ciągłymi żartami i niezwalniającą akcją.

Gdzieś po drodze zagubiło się wielkie serce „Final Space”. Serial, który oprócz śmiechu potrafił też poruszać do łez, stracił cały swój czar.

Dowcipy w 2. sezonie zaczęły się robić coraz bardziej powtarzalne i drętwe, a fabuła choć ciągle pędzi to nijak nie posuwa się do przodu. Gary i jego towarzysze otrzymują od Tytana o imieniu Bolo zadanie znalezienia pięciu kluczy, które pozwolą na otwarcie Kosmosu Ostatecznego. Zostaje na to poświęcony cały sezon, choć po prawdzie można to było zmieścić w kilku odcinkach. A ponieważ w 2. serii bohaterowie przestali ponosić konsekwencje swoich czynów (wyróżniało to wcześniej „Final Space” z grona takich animacji jak „Rick i Morty”, „South Park” czy „BoJack Horseman”), to trudno w związku z ich działaniami czuć inne emocje niż znużenie.

final space netflix class="wp-image-348742"
Foto: „Final Space” sezon 2

Nie mam zamiaru rzucać spoilerami, ale w nowych odcinkach zdarza się też pewna sytuacja, którą fani premierowego sezonu uznają wręcz za obraźliwą i w aktywny sposób rujnującą bardzo istotny emocjonalnie moment. Naprawdę trudno mi zrozumieć, jakie motywacje mieli twórcy, ale zniszczyć własną przeszłość jedną bardzo złą decyzją to faktycznie jest sztuka. Trzeba też sobie otwarcie powiedzieć, że w 2. odsłonie „Final Space” większość bohaterów sprawia znacznie gorsze wrażenie. W ich wzajemnych relacjach wciąż pojawiają się pojedyncze momenty wzruszeń, ale większość rozmów sprowadza się do męczących, powtarzanych w kółko dowcipów. Sama strona wizualna, która wciąż trzyma wysoki poziom, nie wystarcza do pełnego zaangażowania widza.

REKLAMA

Serial Adult Swim nie sprawdza ani jako space opera, ani poważne science fiction. W 2. sezonie twórcy starają się poszerzyć świat o dodatkowe elementy, ale żaden z nich nie jest zbyt interesujący. Szybko zaczynają też eksperymentować z podróżami w czasie, a to dodatkowo gmatwa fabułę i w dodatku nie trzyma się wewnętrznej logiki. Boleśnie odczuwalny jest też brak głównego antagonisty w postaci Lorda Dowódcy, którego zastępują osoby o zdecydowanie mniejszej charyzmie. I choć ostatnich kilka odcinków 2. sezonu (łącznie jest ich trzynaście) nieco poprawia ogólną ocenę i zbliża się do jakości poprzedniej serii, to i tak „Final Space” sprawiło mi olbrzymi zawód. Szkoda zmarnowanego potencjału na świetną opowieść w kosmosie.

Oba sezony „Final Space” możecie legalnie obejrzeć w Polsce na platformie Netflix.

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA