Obaw dotyczących filmowej adaptacji "Gry Endera", najbardziej znanej powieści w dorobku Orsona Scotta Carda, było co niemiara. Sporo kontrowersji wzbudzał reżyser i scenarzysta w jednej osobie, czyli Gavin Hood, który raczej nie uchodzi za największego artystę w dziejach Hollywood. Część z owych obaw faktycznie znalazła swoje potwierdzenie, ale ostatecznie dostaliśmy całkiem porządnie zrealizowany, przyjemny film.

Przed premierą mówiło się, że "Gra Endera" może za bardzo pójść w stronę efektownej akcji i efekciarstwa, że język filmu wymusi pewne uproszczenia w stosunku do książki i nadto ją spłyci. Komentowano również, że Hood jest odpowiednim człowiekiem, żeby na te wszystkie skróty się zgodzić. I tym samym zepsuć obraz, chcąc jednocześnie dogodzić konserwatywnym miłośnikom powieści, jak i młodym, niewyrobionym odbiorcom, którzy najchętniej zobaczyliby strzelaniny w kosmosie. Reżyser udowodnił jednak, że jest solidnym rzemieślnikiem i że dobrze rozumie reguły "Gry Endera".

Fabuła w ogromnym skrócie prezentuje się następująco: jest rok 2070, ludzkość podniosła się po wyniszczającej inwazji Formidów sprzed czterdziestu lat. Choć atak istot z innej planety został odparty, widmo ich powrotu wzbudza powszechny strach. Władze prowadzą więc zakrojone na szeroką skalę przygotowania na ten wypadek. Rekrutują i szkolą dzieci, które mają stać się przyszłym dowódcami - gdyż jak dowodzą, to właśnie dzieci mają ku temu najlepsze predyspozycje, podejmują najtrafniejsze i najszybsze decyzje w obliczu zagrożenia. Wśród szczególnie uzdolnionych młodocianych jest Ender Wiggin, który raz za razem demonstruje ponadprzeciętne umiejętności. Szybko pnie się po kolejnych szczeblach kariery, zdobywa szacunek i uznanie ze strony kolegów i dowódców. W tej grze jest jednak tylko pionkiem.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele szczegółów tej historii, żeby nie zepsuć przyjemności z oglądania przede wszystkim tym, którzy nie mieli jeszcze okazji przeczytać książki. Jest w niej kilka świetnych, naprawdę zaskakujących zwrotów akcji, bardzo dobrze i umiejętnie poprowadzonych i aż żal byłoby nie móc się nimi nacieszyć podczas seansu. Owszem, niektóre momenty fabuły są mocno skrócone, w filmie Ender właściwie awansuje z dnia na dzień, ale dla mnie to nie wada. Oczywistym jest, że musi do tego dojść, że nie ma czasu na pokazanie na ekranie każdego tygodnia spędzonego na treningu. Akcenty są rozłożone na tyle precyzyjnie, że mimo tej skrótowości wiemy, co z czego wynika, widzimy, że główny bohater wkłada w swój rozwój ciężką pracę i w jego karierze nie ma przypadku.

Mimo że akcja jest dynamiczna, nie brakuje czasu na poznanie targającymi Endera emocji, dylematów i rozterek. Ta kwestia jest wyjątkowo istotna, szczególnie w kontekście końcowych scen filmu i gdyby ją skopano, wyszedłby gniot. Ale na szczęście nie skopano, przez co historia jest wiarygodna i zręcznie opowiedziana . Aktorsko "Gra Endera" wypada przyzwoicie, nic ponadto, nie porywa ani Asa Butterfield w roli głównego bohatera, ani tym bardziej Harrison Ford, wcielający się w postać pułkownika Hyruma Graffa, opiekuna Endera. Sceny walk - zarówno potyczek w sali gimnastycznej, jak i bitew w kosmosie - są tyleż efektowne, co emocjonujące.
Wydaje mi się, że "Grę Endera" docenią zarówno ci, którzy uwielbiają książkowy oryginał, jak ci, którzy oczekują po prostu dobrej rozrywki w konwencji Sci-Fi. To dobra adaptacja, broniąca się również jako autonomiczne dzieło.