Obyś żył w ciekawych czasach, ale niekoniecznie je oglądał. Kamerdyner to wspaniała historia, ale średni film
Kamerdyner to nowy film Filipa Bajona nawiązujący do wielkiego, epickiego kina, z którego Polska słynęła przed laty. Opowieść o ziemi kaszubskiej w pierwszych czterech dekadach XX w. jest fascynująca. Ale niekoniecznie przekłada się na wybitny film.
OCENA
Każdy fan polskiego kina pamięta wielkie około historyczne produkcje, którymi kiedyś stało rodzime kino. Ogniem i mieczem, Potop czy Faraon, to były filmy monumentalne. Nieubłagane w swej długości, imponujące w skali i dbające o szczegóły. Dobra fabuła stała w nich na drugim planie, tym bardziej że były w większości oparte na powieściach.
Do pewnego stopnia to samo można powiedzieć o Kamerdynerze. Film Filipa Bajona ma za sobą długą drogę produkcyjną - całość prac trwała aż sześć lat, z czego trzy to była praca na planie. I to widać w samym filmie.
Fabuła Kamerdynera obejmuje kilkadziesiąt pierwszych lat XX wieku wraz z dwoma wojnami światowymi.
To opowieść o ziemi kaszubskiej. Świecie gdzie Polacy, Kaszubi, Niemcy i inne ludy żyją wspólnie, choć nie w pokoju. Akcja toczy się wokół dwóch rodzin - Miotke i von Krauss - których wzloty i upadki w zmieniającym się starym świecie obserwuje widz. Widać tu zdecydowanie inspiracje wielkimi sagami rodzinnymi w rodzaju Budenbrooków. A przy tym wierność historii, ponieważ Kamerdyner jest w dużej części oparty na faktach.
Na poziomie realizacyjnym Kamerdyner robi wrażenie przygotowaniem i jakością wykonania. Szeroka obsada z Januszem Gajosem, Borysem Szycem, Adamem Woronowiczem, Anną Radwan oraz Sebiastianem Fabijańskim i Marianną Zydek (w głównych rolach) również ma swój powab.
Niestety, ta epickość samemu filmowi wychodzi zdecydowanie bokiem. Filip Bajon wielokrotnie podkreślał, że głównym bohaterem Kamerdynera jest czas. To wysoka i interesująca idea, ale bez ugruntowania w równie dobrej fabule nie przekłada się na udany film.
Kamerdyner - kiedy premiera?
Obyś żył w ciekawych czasach - to zdanie zawsze naznaczone dużą ilością goryczy. Czasy Kamerdynera absolutnie są ciekawe i obserwacja ich na ekranie dla każdego wina zainteresowanego historią będzie przyjemnością (choć każdej zasłużonej pochwale skierowanej w stronę Janusza Gajosa za występ w języku kaszubskich towarzyszyć będzie język polski, jakim posługują się teoretycznie niemieckie postaci). Nie będzie nią oglądanie filmowego romansu.
Związek Mateusza Krolla i Marity von Krauss jest standardowy do bólu, a to właśnie na nim opiera się większość dramaturgicznego ciężaru. Te postaci i ich życiorysy nie są na tyle pasjonujące, by wytrzymać każde fabularne spowolnienie i potknięcie. Nie chodzi nawet o to, że między aktorami brakuje odpowiedniej chemii. To raczej braki scenariuszowe.
Czas to po prostu niełatwy i niewdzięczny bohater. Nawet reżyser z najwyższymi ambicjami powinien na samym początku zbudować wciągającą historię. Kamerdyner to film w swojej epickości równie udany, jak i nieudolny. Zadowolenie widzów będzie zapewne zależeć od tego, co jest dla nich w kinie ważniejsze. Ale nie zaciera to słabości Kamerdynera.