Górny Śląsk jako industrialne piekło i masa pozbawiona sprawstwa – czy „Ołowiane dzieci” to lekcja historii, czy przejaw paternalizmu? Analizujemy, w jaki sposób produkcja pokazuje peryferie i traumę ołowicy jako „śląski Czarnobyl” na potrzeby globalnego widowiska.

Te dni, które minęły od premiery „Ołowianych dzieci”, to był dobry czas, aby serial dojrzał i abyśmy mogli zobaczyć, jak został przyjęty. Z perspektywy redaktora serwisu o kulturze serial miał wszystko, aby stać się hitem: mocną i prawdziwą historią ze świetną obsadą i dystrybucją Netfliksa. I to owiane marketingiem hasło „polski Czarnobyl”. A jednak mimo artystycznego sukcesu i całkiem niezłych ocen zebranych w agregatorach, jest coś, co nie daje spokoju nie tylko Ślązakom, nie tylko znawcom prawdziwej historii, ale nawet czytelnikom „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego.
Ołowiane dzieci – kontrowersje
W „Ołowianych dzieciach” lekarka grana przez Joannę Kulig przyjeżdża do nowej przychodni. Jej rejon obejmuje Targowisko, dzielnicę Szopienic, w której działa huta. Huta zatruwa przestrzeń ołowiem, który najgroźniejszy jest dla dzieci. Do konfrontacji dochodzi bardzo szybko. Lekarka odkrywa, że najmłodsi są bardzo zaniedbani, ale zanim zacznie winić hutę i pazerną władzę, wini rodziców. Widzi w nich ludzi umorusanych, wulgarnych i nawet niemalże na stracie serialu nazywa ich „ciemnogrodem”. I to słowo warto sobie obejrzeć, bo choć jego historia sięga do XIX wieku, to w latach 60. było ono używane przez władzę w celach propagandowych, aby pokazać Ludowe Wojsko Polskie, jako siłę, która walczy zabobonem na ciemnej prowincji.
I właśnie językiem propagandy mówi główna bohaterka – przynajmniej w pierwszej części serialu. Zabieg ten nie jest przypadkowy, a ma podkręcać dramaturgię, by później doszło do oczyszczenia, czyli spotkaniu obu światów, tego wykształconego i tego poczciwego przecież żywiołu biedaków.
No i rzeczywiście „Ołowiane dzieci” tą fabułą się bronią. Jest przerażająco, ciekawie i na koniec satysfakcjonująco, bo opowieść znajduje swój happy end. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że twórcy wzięli fakty za frak i butem próbowali dopasować je do wymyślonej historii.
Autorka książki „Doktórka od Familoków”, Magdalena Majcher zwraca uwagę choćby na to, że Wadowska-Król nie była w ciąży, gdy lekarka walczyła z władzami o mieszkańców Targowiska. Pisze też, że kobieta pochodziła ze Śląska (skończyła Śląski Uniwersytet Medyczny w Katowicach). Podkreśla też, że:
Doktor Jolanta Wadowska-Król w rozmowach ze mną wspominała, że wszyscy, absolutnie wszyscy rodzice zgłosili się z dziećmi na badania, traktowali ją z ogromnym szacunkiem i zaufaniem. Wierzyli w to, że skoro Doktórka mówi, że należy badać i leczyć dzieci, to tak po prostu jest. Stosowali się do jej zaleceń, stawiali się w wyznaczonych terminach na badania i wizyty, stali za nią murem – pisze Magdalena Majcher.
Czytaj także: Wnuk bohaterki Ołowianych dzieci krytykuje serial. Staje w obronie babci
Swój Inny
Te wszystkie zmiany wprost mają służyć fabule, podbiciu stawki, o jaką walczy bohaterka, wlać w nią łatwy do pokazania na ekranie heroizm. Nie dość, że nie chcą pomagać jej koledzy po fachu, nie dość, że jest na oku SB, to jeszcze obiekt jej troski, nie jest zainteresowany pomocą. To czyni ją niemalże herosem samotnie walczącym przeciwko światu.
Za te decyzje artystyczne płacą jednak postronni. Płaci Bożena Hager-Małecka, której wnuk upomniał się o pamięć o babci. Płaci również bohater zbiorowy, jakim są pracownicy huty. Malowani jako masa, która tak bardzo boi się o pracę i utratę swojego stylu życia, że gra zdrowiem i życiem własnych dzieci.

Mieszkańcy Szopienic zostają sprowadzeni do roli irracjonalnego tłumu, który nie potrafi rozpoznać własnego interesu i atakuje pomocną dłoń. I jest to przedstawienie… kolonialne. Podobnie jak w najlepszych dla potęg zamorskich czasach, tak tutaj, ratunek przychodzi przez ucywilizowanie. Dokonuje tego reprezentant elit, a wiec w tej konkretnej metaforze – reprezentant kolonialnego centrum.
Serialowa „doktórka” traktuje swoich pacjentów z empatią, ale ich rodziców - z paternalizmem.
Być może ktoś pomyśli w tym miejscu, że przesadzam. Jeśli tak właśnie jest, powiedzcie, czy zauważyliście, aby którykolwiek z bohaterów ratowanych przez „doktórkę” miał własną historię, własne zainteresowania lub cokolwiek do powiedzenia, co nie byłoby związanego z ich stosunkiem do lekarki? Więcej czasu niż ratowanym dzieciom, serial poświęca potyczce Ziętka z Grudniem, która – choć wspaniale zagrana – pokazuje optykę rządzących, a nie rządzonych.
Kluczowym problemem jest odebranie ludowi sprawstwa. W rzeczywistości akcja ratunkowa w Szopienicach była ogromnym przedsięwzięciem logistycznym, w którym uczestniczyły setki rodzin. Rodzice, mimo lęku przed utratą pracy w hucie masowo zgłaszali się na badania. W serialu ten aspekt wspólnotowego oporu i solidarności zostaje zastąpiony obrazem ludu jako masy podlegającej manipulacji przez SB lub partyjnych aparatczyków. Dopiero na końcu stają się pełnoprawnymi uczestnikami swojego życia, ale następuje to dopiero, gdy lekarka ich „ucywilizowała”.
Wizualna strona serialu, zdominowana przez mroczne, szaro-bure barwy i ujęcia dymiących kominów, buduje atmosferę beznadziei. Recenzenci zauważają, że tzw. „netfliksowy filtr” został tu nałożony na scenografię, która i tak była już dostatecznie ponura. W mojej opinii ten zabieg estetyczny prowadzi do budowania wrażenia, że Śląsk lat 70. był „monstrum pożerającym swoje dzieci”.
Dlaczego tak?
Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Oczywiście możemy obwinić sposób dystrybucji. „Ołowiane dzieci” miały swoją premierę w ponad 100 krajach świata. I tak napisana historia jest po prostu uniwersalna. Śląsk staje się tutaj wygodnym, przerysowanym tłem, scenografią dla opowieści o heroicznej lekarce. Możemy też łatwo zauważyć, że w postpandemicznym świecie zaufanie do lekarzy spadło, a pewien procent społeczeństwa coraz chętniej sięga po szarlatanów czy pogłoski będące częściami najróżniejszych spiskowych narracji. W tej optyce opowieść o tłumie, który musi zaufać lekarzowi ma pewne propagandowe, choć społecznie uzasadnione zadanie.
Być może jednak problem jest głębszy.
Manipulacja faktami służąca tylko do tego, aby opowiedzieć uniwersalną historię może mieć przyczyny głębsze.
Serial Pieprzycy pojawia się w specyficznym momencie polskiej kultury, określanym jako „zwrot ludowy”. Produkcje takie jak „1670”, „Kos” czy „Chłopi” starają się przywrócić pamięć o historii dołów społecznych i dekonstruować szlacheckie mity. Jednak ten zwrot często odbywa się w ramach inteligenckiego dyskursu – jest to historia ludowa opowiadana „dla” i „przez” wykształconą klasę średnią, często z użyciem ironii i sarkazmu.
„Ołowiane dzieci” różnią się od „1670” czy „Kosa” brakiem ironicznego dystansu. To dramat społeczny o wysokiej temperaturze emocjonalnej, ale wpada w te same pułapki myślenia.
Serialowa bohaterka czasem przyrównywana jest do postaci Żeromskiego Stanisławy Bozowskiej i Tomasza Judyma. To jednak bardzo złudne porównania, bo bohaterka „Siłaczki” jest w pewnym sensie komentarzem do wyobrażenia inteligencji na temat ludu. Z kolei wewnętrzna siła Judyma wynika wprost z niskiego urodzenia i chęci spłacenia długu wobec społeczeństwa. Obie te postawy są tak różne od działań serialowej bohaterki, bo mają świadomość napięcia klasowego. A tego w serialu Netfliksa brakuje.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- 7 błędów Ołowianych dzieci. Autorka książki je wypunktowała
- Gdzie kręcono Ołowiane dzieci? Lokacje w serialu Netfliksa
- Bohaterowie Ołowianych dzieci. Kto z serialu Netfliksa istniał naprawdę?
- Ołowica i jej objawy. Poważna choroba, z którą walczyła bohaterka Ołowianych dzieci
- Ołowiane dzieci to kandydat na polski serial roku. Zachwyca i przeraża







































