Niebezpieczny romans, oszustwo, morderstwo - Prime Video obiecywało, że nowy dreszczowiec sparzy użytkowników. I rzeczywiście. "56 dni" korzystają z każdej możliwej sztuczki, żeby rozpalić emocje widzów. Jak im to wychodzi?

"56 dni" to nie jest jakaś skrócona wersja "365 dni". Choć Prime Video uparł się, żeby reklamować serial jako thriller erotyczny, twórczyniom ani w głowie ostre rżnięcie. Bywa oczywiście parno, softcore'owych scen nie brakuje. Nie ma ich dużo, a kiedy już się pojawiają, robią za atrakcję. Produkcja wykorzystuje je wręcz jako zbędny dodatek do romansu pełnego napięć, o których my zazwyczaj wiemy więcej od samych zainteresowanych. Zmienia się przez to w ćwiczenie z suspensu, przykuwającego nas do ekranu. To dzięki niemu mamy zapomnieć o bożym świecie, zanim nie poznamy wszystkich odpowiedzi.
Jak na dreszczowiec przystało, nie mamy do czynienia ze zwykłym romansem. Zaczyna się co prawda jak z komedii romantycznej, od przypadkowego spotkania w supermarkecie. Zaraz jednak twórczynie Lisa Zwerling i Karyn Usher podsuwają nam trop, że przystojny Oliver Kennedy z firmy architektonicznej wcale nie jest tym za kogo się podaje. Ciara Wyse może i nie posiada dwóch dowodów z różnymi nazwiskami, ale też nie wydaje się szeregową pracownicą ze wsparcia technicznego. Każde z nich coś ukrywa. Nie zachodzi więc znany z thrillerów erotycznych mechanizm ustalania psychologicznej, genderowej, bądź klasowej dominacji poprzez seks.
56 dni - recenzja nowego dreszczowca Prime Video
Bohaterowie "56 dni" są równorzędnymi partnerami. Seks nie jest więc narzędziem dominacji, nie pokazuje zmieniającej się dynamiki między Oliverem i Ciarą. Jeśli bardzo się wysilić, można by go od biedy uznać za nośnik niebezpieczeństwa. Bo Zwerling i Usher prowadzą swoją opowieść dwutorowo. Z jednej strony kwitnie romans, a z drugiej - para policjantów prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa. Kto zabił kogo? Twórczynie budują swoją opowieść wokół tego pytania, ciągle przeskakując między wątkami.
"56 dni" są tak skonstruowane, że wraz z policjantami Lee i Karlem odkrywamy kolejne tajemnice związku bohaterów. Kiedy detektywi trafiają na jakiś trop, zaraz cofamy się w czasie, aby zobaczyć jak to wyglądało z ich perspektywy. Zabieg niby sprawny i skuteczny, bo Zwerling i Usher oszczędnie dawkują nam kolejne informacje, wodząc nas za nos. W ten sposób sprowadzają widzów na manowce, przerzucając podejrzenia z Ciary na Olivera i odwrotnie. Zabieg działałby znacznie lepiej, gdyby nie był tak powtarzalny. Dla twórczyń staje się sposobem, żeby niemiłosiernie rozciągać swoją opowieść.
Zwerling i Usher podają nam mnóstwo niepotrzebnych informacji z życia tak Olivera i Ciary, jak Lee i Karla. Zagęszczają dzięki temu atmosferę, pozwalając im plątać się w matni prywatnych i zawodowych relacji. Problem w tym, że nie mamy do czynienia z bohaterami na tyle ciekawymi, żeby udźwignęli osiem długich odcinków. Twórczynie na każdym kroku korzystają z gatunkowych klisz. Bohaterowie - od seksualnej manipulatorki po cynicznego detektywa z problemami osobisty - motają się we wtórnych sytuacjach fabularnych. "56 dni" okazuje się przez to przeładowany powtarzalnymi wątkami. Zamiast niuansować całą opowieść, pływają po gatunkowej płyciźnie, ciągle się zapętlając. Zamiast napędzać narrację, stają się dramaturgicznym balastem.
Twórczynie nieporadnie próbują ukryć brak rzeczywistego ciężaru psychologicznego swojej opowieści, serwując kolejne zwroty akcji. Początkowo służą one za cliffhangery, bo jednak Zwerling i Usher skupiają się na budowaniu klimatu. Spokojna, elektroniczna, delikatnie ambientowa muzyka jest równie dobra we wprowadzaniu romantycznego nastroju, co wzbudzaniu niepokoju. Gdyby nie ona, "56 dni" byłoby całkowicie chłodnym serialem. Operatorzy Nathaniel Goodman i Tobie Marier-Robitaille preferują bowiem statyczne ujęcia i symetryczne kadry. Za sprawą przygaszonych kolorów do pary z obsesją na punkcie architektury (ileż można patrzeć na odkręconą deszczownicę pod prysznicem?) produkcja wygląda jak zaprojektowana przez dekoratora wnętrz z warszawskiego zagłębia korporacyjnego.
W przeciwieństwie do netfliksowego "Fair Play" ta staskowana estetyka nie służy materializacji tematu opowieści, nie działa jako psychologiczna pułapka, ani nie zderza romantycznego mitu z logiką rynku. Jest dekoracją, której udaje się jedynie uwydatnić, że mamy do czynienia z produkcją sterylną. Czystą, zorganizowaną pod jasno obrany cel, ale rozegraną zbyt bezpiecznie, żeby wzbudzić głębsze emocje. "56 dni" zalicza więc poważny fakap. Ale Zwerling i Usher łatają go ASAP-em.
Pod koniec nowego dreszczowca Prime Video twórczynie ścigają się z czasem. Sprawdzają, ile zwrotów akcji mogą zmieścić w ostatnich odcinkach. Choć stawiają pod nie wątłe fundamenty, to właśnie wtedy "56 dni" nabiera rumieńców. Budzi się z letargu i przykuwa uwagę, obnażając, że całą tę historię dałoby się zmieścić w dwóch godzinach. Tempo by nie siadało, rytm nie rozłaziłby się w szwach, a dynamika opowieści nie pozwalałaby przysypiać. Zamiast tego mamy po prostu do czynienia z kolejnym serialem, który powinien być filmem.
Więcej o Prime Video poczytasz na Spider's Web:
- Prime Video z mocnymi nowościami na 2026 rok. Robi wrażenie
- Kultowy horror Stephena Kinga leci na Prime Video. Autor to mistrz serialowej grozy
- Prime Video jednak nie skasuje świetnego fantasy. Zmiana planów
- Nowy kryminał Prime Video może być hitem dopiero po czasie. Mnie też to wkurza
- Ten film wojenny na Prime Video kopnie was z półobrotu. I zechcecie więcej
- Tytuł serialu: 56 dni
- Lata emisji: 2026
- Liczba sezonów: 1
- Twórczynie: Lisa Zwerling i Karyn Usher
- Obsada: Dove Cameron, Avan Jogia
- Nasza ocena: 4/10







































